Kto tutaj jest faszystą?

W końcu mój cykl „2 teksty w ciągu 6 dni” pękł. Cóż, nie mogłem utrzymywać tempa wiecznie, tym bardziej, że staram się unikać krótkich notek, a zarazem nie pisać na siłę. Więc teraz trochę spuszczę z tonu – planuję teksty w poniedziałek i w piątek. Zobaczymy, co z tego będzie.

O niezrozumieniu przez większość ludzi, na czym polega idea wolności słowa lub wolności w ogóle pisałem już wcześniej i zdaje się, że to temat-rzeka. Co i rusz napotykam się na jakieś historie, gdzie ktoś w ramach walki o wolność słowa pragnie zakneblowania usta komuś, kto inaczej myśli. Podręcznikowym przykładem jest niedawne wystąpienie niejakiej Sabiny Złotorowicz, która zaapelowała do prezydenta Opola, by ten zabronił przeprowadzenia dyskusji między Pawłem Kukizem a działaczami ORN-u. W ramach wolności poglądów i demokratycznych wartości, oczywiście. Nikt nie będzie nam solą w oku ze swoimi nieprzystającymi poglądami! By dopełnić obrazu zgrozy, pani Złotorowicz działa z ramienia „Amnesty International”, a przynajmniej tak deklaruje. Tak czy owak, respekt minus dla tej organizacji.

Dzisiaj jednak będzie o wzruszającej historii, która nie jest nam tak odległa – gdyż dzieje się ona za zachodnią granicą, we wsi na Pomorzu Przednim. Ten rejon Niemiec słynie z wysokiego poparcia dla rosnących w siłę grup narodowosocjalistycznych. Polecam lekturę dla łatwiejszego ogarnięcia tematu:

http://www.presseurop.eu/pl/content/article/503381-moj-sasiad-nazista

Gdy jednak ktoś jest wyjątkowo leniwy, ja będę wyjątkowo uprzejmy i streszczę, że artykuł opowiada o pewnym, niemieckim małżeństwie, które stanowi ostatni bastion oporu w środowisku wiejskim, które politycznie jest opanowane przez neonazistów. Zacznijmy od tego, że skala opisanych zjawisk, a często wręcz ich absurd sprawia, że mam skłonności do wątpienia w wiarygodność tego reportażu. Przyjmijmy jednak, że wszystko jest prawdą. Na początek możemy przepisowo dać się ogarnąć zgrozie i przerażeniu, czytając o prześladowaniach ostatnich samurajów demokracji przez krwiożerczych faszystów, którzy nie przebierają w środkach, by dać im do zrozumienia, że dla państwa Lohmeyerów nie ma miejsca. Choć nie są oni jedynymi nie-nazistami w okolicy, pozostali wolą się nie wychylać, gdyż nie lubią mieć szczurów w skrzynce pocztowej, za to lubią mieć szyby w oknach. Ofiary więc zdane są na siebie w tej tragicznej walce.

Ale to tylko „na początek”. Potem warto się nieco otrząsnąć i spojrzeć na sprawę trzeźwo i neutralnie. Oczywiście, nie jestem aż takim idącym pod prąd, by popierać to, co robią „Aryjczycy” – ale chodzi o ich konkretne czynności, a nie ich światopoglądy same w sobie. Wciąż jestem jednak na tyle „alternatywny”, by widzieć drugą stronę medalu – która ujawnia się w pojedynczych fragmentach tekstu. Wspieram to nieszczęsne małżeństwo w ich walce o swoje własne życie i własne poglądy – ale nie będę przymykać oczu na przejawy myślenia z cyklu „ja wiem najlepiej, reszta powinna myśleć jak ja”.

Więc zacznijmy po kolei. Tekst jest skonstruowany tak, że powoli wprowadza mnie w to iście „demokratyczne” myślenie i przygotowuje na nie, by w końcu uderzyć takimi twierdzeniami:

Poczucie osamotnienia nie jest także obce Dieterowi Maßmannowi, burmistrzowi Hoppenrade, położonej sto kilometrów stąd na wschód. W grudniu ubiegłego roku rozwścieczeni neonaziści chcieli pobić jego kolegę z sąsiedniej gminy.

Odmówił on bowiem wydania zaświadczenia, że prezydent Niemiec zostanie honorowym ojcem chrzestnym siódmego dziecka rodziców sympatyzujących ze skrajną prawicą [w Republice Federalnej przywilej ten przysługuje dzieciom z rodzin wielodzietnych – przyp. tłum.], a także wstrzymał wypłatę becikowego w wysokości 500 euro.

Czyli mówiąc wprost – odmówił tym ludziom tego, co im się należało tylko dlatego, że wyznają nie takie poglądy, jak trzeba. Oczywiście, nikt tego nie przyzna wprost – zawsze się przecież znajdzie jakaś wymówka, że tak nie można, że przecież to naziści, oni zjadają Żydów na kolację i tak dalej. Ale, choć osobiście jestem przeciwny takim świadczeniom jak becikowe (wszelkim innym w zasadzie też), jednocześnie uznaję i szanuję obowiązujące reguły gry – reguły, które ten burmistrz złamał, a teraz on uchodzi za ofiarę. Choć zapewne nie wyrażam aprobaty dla reakcji neonazistów (coś czuję, że będę musiał często to powtarzać – a i tak pewnie znajdzie się jakiś baran, które powie, że jestem faszystą) – nie dziwię się wcale, że się wściekli.

Na zewnątrz Artamani sprawiają wrażenie ludzi pokojowo nastawionych do świata. Żyją w wielodzietnych rodzinach, zajmują się ekologicznym rolnictwem, protestują przeciwko inżynierii genetycznej – i popierają NPD, z której to w landtagu Meklemburgii-Pomorza Przedniego zasiada obecnie sześciu posłów.

(…)

Artamani są wykształceni i działają bardzo sprytnie. „Starają się zaistnieć w świadomości publicznej za pośrednictwem różnego rodzaju stowarzyszeń oraz działalności w ochotniczej straży pożarnej”, mówi Maßmann.

Konstrukcja pierwszego cytowanego akapitu jest rozczulająca – wymienienie (z pewnością nielicznych) zalet tych ludzi, by na końcu przywalić gromem, który rujnuje cały ten obraz – „popierają NPD”. Co jest emocjonalnie równoważne z „spuszczają krew z małych dzieci i piją ją jako aperitif”. Z drugim akapitem jest podobnie – te potwory nawet jeśli robią coś poza grabieniem i mordowaniem Żydów, to na pewno robią to, by szerzyć zło i zepsucie. Powinno się im zabronić służyć w straży pożarnej! Najlepiej by było ich zamknąć w chacie i zabić drzwi dechami, by się nie wychylali ze swoimi chorymi poglądami. Typowa „demokratyczna” retoryka.

I teraz prawdziwa bomba, najsmaczniejszy kąsek z całego reportażu:

Latem każdego roku Lohmeyerowie organizują festiwal, aby pokazać, że nie całą wioskę wzięli w posiadanie naziści. Na pytanie, czego by sobie najbardziej życzyli, odpowiadają zgodnie – delegalizacji NPD. Tylko w ten sposób można pozbawić tych ludzi struktur organizacyjnych.

Tego samego zdania jest Dieter Maßmann z Hoppenrade. Cała trójka nie robi sobie jednak większych nadziei na wznowienie postępowania o wyjęcie partii spod prawa. Tak długo, jak Berlin widzi w neonazistach problem Niemiec Wschodnich, nie ma co liczyć na poprawę sytuacji

I to jest właśnie to, co autor tego tekstu nazywa na początku „wzorową, obywatelską postawą”. Rzygać mi się chce od tej komunistycznej retoryki. Tępienie wrogów ludu, wszelkich podżegaczy i krwiożerczych przeciwników naszej demokracji – to iście obywatelska postawa. Niewątpliwie ta postawa jest prawdziwie demokratyczna – lecz nie uważam tego za zaletę, tylko mnie to przeraża. Przeraża mnie karanie ludzi za odmienne poglądy, próby kneblowania im ust. Przeraża mnie pojęcie „myślozbrodnia”, którą niewątpliwie popełniają ci neonaziści w oczach tych „bojowników o słuszną sprawę”, walczących pod przykrywką „obrony wolności” – która jest kłamstwem, bo właśnie oni Wolność zwalczają najskuteczniej. To zresztą tylko jedno z szeregu kłamstw. Innym np. jest wmówienie ludziom, że „demokratyczny” to synonim do „wolnościowy”. Tylko w demokracji może istnieć wolność! Jak ktoś ją łamie, to łamie zasady demokracji.

Nie łamie. Właśnie się do nich stosuje, co widać po tej całej sprawie. Temu gronu ludzi zabiera się wolność do własnych poglądów, ponieważ nie podobają się one Większości – a w demokracji to jest wystarczający powód. Dlatego ten ustrój jest właśnie podatny na brak wolności i uciskanie – mniejszości przez większość. Pisałem już o tym kiedyś – nie ma czegoś takiego jak „wolność poglądów, za wyjątkiem poglądów nazistowskich, komunistycznych itp.” To jest jedynie wolność wybiórcza, tylko dla tych, co myślą jak my – czyli czysta kpina, nie wolność. Można karać ludzi za ich czyny – takie jak dręczenie czy paserstwo (za co zamknięto przywódcę tych nazistów, oby nie pod zmyślonym pretekstem…) – ale jeśli karzemy ich również za myśli i poglądy, to stajemy się nimi. Jesteśmy faszystami, którym pojęcie Wolności jest obce. Czas się z tym zmierzyć – i przyznać się do tego, albo zmienić drogę.

Dlatego choć rozumiem desperację państwa Lohmeyerów, którym radykaliści nie uczynili życia łatwym, i popieram ich, jeśli chodzi o ich prawo do obrony swych „demokratycznych” poglądów, kiedy czytam takie wyraźne, przesycone nienawiścią deklaracje, że chcą zakneblować „innym” usta i wpakować ich za kratki tylko za to, że nie myślą „jak trzeba”, to muszę powtórzyć tytułowe pytanie – kto tu jest faszystą?

Ponieważ ja nie potrafię rozróżnić.

Reklamy

Dziecinne rozumienie polityki

Stany Zjednoczone po raz kolejny postanowiły zbrojnie nieść pokój i demokrację. Pojawia się niczym Superman tam, gdzie ludziom dzieje się krzywda.

Znowu. Czy ktoś jeszcze ma déjà vu?

W zasadzie jestem zadowolony. Coraz więcej osób zaczyna powoli rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi – i cynicznie uzasadnia inwazję na Libię słowami „Pewnie im się ropa skończyła”. Zresztą, by tego już po takim czasie nie zauważać – to trzeba by by mieć chyba jakieś klapki na oczach. Ale jednak – wciąż spotykam ludzi, którzy widzą to inaczej. Widzą to jak małe dzieci. Dlaczego Koalicja zaatakowała Libię? Bo Kaddafi to tyran. Bo zabija cywilów. Bo ludzie cierpią głód i nędzę. Bo nie ma demokracji i wolności słowa.

Doprawdy, żeby naprawdę w takie rzeczy wierzyć, trzeba być dzieckiem, idiotą albo Polakiem. Tak, bo można wyciągnąć wniosek (także z naszej historii), że jesteśmy narodem, któremu pojęcie polityki realnej jest szczególnie obce. Jak to podobno rzekł Bismarck – „Polacy są poetami w polityce i politykami w poezji”. Istotnie nas zdecydowanie byłoby stać na przeprowadzenie inwazji tylko dlatego, że gdzieś tam zabijają cywilów. Że w jakimś dalekim kraju jest nie taki ustrój, jak trzeba. Wszak jesteśmy Chrystusem Narodów – to nasza powinność! Ale polityki się tak nie prowadzi od czasów „Księcia” Machiavellego.

„Przeciętny człowiek dla swojego własnego dobra nigdy nie powinien zobaczyć, jak się robi kiełbasę oraz politykę” – rzekł ten sam Bismarck. W tym pozornie żartobliwym zdaniu kryje się cała istota tej niewdzięcznej dziedziny życia, jaką jest polityka. Tak, prawdziwy polityk powinien być ateistą – bo jeśli Piekło by istniało, to on na pewno by doń trafił. Ponieważ nie powinno istnieć dla niego coś takiego jak moralność, etyka czy skrupuły. Politykę prowadzi się tylko na podstawie zimnej kalkulacji, prostego rachunku zysków i strat. Żadnego polityka nie rusza to, że w sąsiednim kraju ludzi żywcem obdzierają ze skóry – choć oczywiście, może pokazowo protestować i demonstrować oburzenie, by ludzie nie widzieli w nim potwora, jakim w istocie musi być. Szalenie niewdzięczny zawód – bo żeby być dobrym politykiem, trzeba być „złym” człowiekiem. Dlatego też wszelkie oficjalne uzasadnienia Koalicji, że inwazja jest po to, by zakończyć okrutny reżim Kaddafiego i przynieść Libijczykom pokój, przyprawiają mnie o pusty śmiech. Nikt nigdy nie będzie marnował swoich pieniędzy tylko po to, by uchronić jakichś ludzi na antypodach przed terrorem. Tak to można sobie uzasadniać w mediach, a gawiedź może sobie w to wierzyć.

My jednak jesteśmy dorosłymi ludźmi, dlatego możemy się zastanowić nad rzeczywistymi powodami inwazji. Można pójść na łatwiznę i standardowo wyjaśnić to ropą naftową, na która chrapkę mają zachodnie koncerny. Można też stwierdzić, że rządy niezależnego i krnąbrnego Kaddafiego były cierniem w oku USA. Oba wyjaśnienia pozostawiają bez odpowiedzi jedno pytanie – dlaczego akurat teraz? Kaddafi rządzi Libią nie od wczoraj. Ropa jest w Libii również nie od wczoraj. Niby jest ta „rewolucja”, więc można by było stwierdzić, że kują żelazo, póki gorące – ale mizerność tej „rewolucji” wskazuje na to właśnie, że została umyślnie sprowokowana, by dać pretekst do ataku. Bo Libijczycy wcale na Kaddafiego nie narzekali – jak się ma tyle pieniędzy z ropy, to można się bawić w socjalizm i palenie kasą w piecu, a i tak wszyscy mają się dobrze. Arabów dodatkowo zawsze przyciągają wyraziste osobowości – mówiąc wprost, lubią być pod batem. Taka ich kultura. Dlatego obstawiam, że Amerykanie podburzyli lub opłacili większość „wywrotowców” w celu wywołania sztucznych rozruchów – i pretekst gotowy. Trzeba nieść demokrację! No ale wciąż prawdziwy powód nie jest jasny. Jednak ktoś zauważył ciekawą rzecz – otóż wizja Kaddafiego o nazwie „Wielka Sztuczna Rzeka” powoli ma się ku realizacji – projekt ogromnej sieci rurociągów przez całą Saharę, która będzie nawadniać pustynny kraj wodą z wielkiego jej źródła odkrytego na południu w latach ’50 przy okazji poszukiwania ropy. Mimo imponującego rozmachu tego pomysłu, media zachodnie coś skąpią informacji na ten temat – poza pojedynczymi felietonami o prześmiewczym charakterze. Wodna konstrukcja rozwiązałaby największy problem Libii – niedostatek wody i żywności. Kaddafiland stałby się zupełnie niezależny.

A niezależność krajów arabskich i afrykańskich to zawsze był cierń w oku byłych i nowych metropolii, które prowadzą politykę kryptokolonialną. Żaden zdrowy na umyśle polityk nie pozwoli ot tak, na utratę strefy wpływów. A Kaddafi, jako że sprawuje władzę absolutną – jest łatwym celem prowokacji. Nikt nie będzie zbyt głośno protestował, gdy Amerykanie będą obalać kolejnego „ciemiężcę” – a w rzeczywistości dbając o swoje własne interesy, jak zresztą każde państwo. W polityce nie istnieje coś takiego jak „bezinteresowność”.

Niezależnie od powodu ataku – ja będę protestował. Nie mogę przyklaskiwać realizacji przez Stany Zjednoczone swojej imperialnej polityki. Bo tu nie chodzi o dobro Libijczyków – ponieważ, jak to zwykle w historii bywa, lud wyjdzie na tym najgorzej. Dlatego, choć oczywiście nie popieram Kaddafiego, rewolucyjnego socjalisty, w samym sobie – w tym konflikcie biorę stronę największej ofiary – Libii. Kolejnej ofiary zachodnich interesów.

Lepiej tego nie czytaj…

…bo w tym wpisie światło dzienne ujrzą poetyckie arcydzieła! Moje nawet. Próbki posmakowaliście  na koniec tego wpisu – więc jeśliście się jednak zdecydowali na przeczytanie tego, to możecie się odpowiednio przygotować mentalnie. Tworzę gdzieś od półrocza i trochę tak głupio pisać do szuflady, bo bez sensu jest się oszukiwać, że pisze się „dla siebie” (dobre sobie, wyluzuj stary, nie jestem aż tak wymagający, byś musiał dla mnie pisać – przyp. mojej drugiej jaźni). A jako że mam jakiegoś bloga podobno, to na nim to upublicznię.

Na początek dla porządku – powtórka z rozrywki:

Choć nie wiem, jakie dusz ludzkich zajmuje połacie
wspólny rewir
Piszę z tego, co stanowi o istocie postaci
– myśli i trzewi
Gdy czasem mózg uwalnia się z pętów
dziennego schematu
Dziwna oczywistość wyłania się z kręgów
dziwnego tematu
Gdy ocierając się o świadomości kres
wewnętrzną rozmową
Zdajesz sobie sprawę, że ta postać w lustrze jest
naprawdę TOBĄ?
Że z morza, co kryje naszego ego lodową górę
pod warstwą lica
Część z tego, co przed obcym odgrodzone murem
to nie tajemnica
Czuję wtedy, jakbym swoimi wodził palcami po
poznania granicach
Jak cała Istota uniwersum tego jest mną
jak w drzewie żywica
Bo tylko ja jestem, domem – moich myśli gród
z ostrokołem groźnym
A jedynym kompanem kukła o stawach ze śrub
i oczach próżnych
I jeszcze te dłonie – jaki sekret, co go strzegą,
się ujawni w słońcu?
Nie wiem, czy chcę wiedzieć – bo boję się tego
co na ramion końcu
Więc samym zostanę – i jaźń ma zaklęta
w szkatułce ciasnej
I rozpacz daremna – bo niezniszczalne pęta –
zgrozo – tylko „własne”!
Kto mi odpowie na me pukanie z wewnątrz
Wpuści gwiazdę dzienną?
Komu mogę rzec: „Wieko skrusz! Z resztą zjednocz!”?
Chyba śmierci jeno…

Me najnowsze „dzieło” – taka historyczno-filozoficzna refleksja o postaci, którą wszyscy znają, a tak naprawdę niewiele o niej wiadomo:

Bywają na kartach historii postacie
Z których to się ostało, co się kojarzy
Surowy gubernator o nierozdartej szacie
O rzymskich rysach, o okrutnej twarzy

Oto Piłat Poncki – cokolwiek jest ponura
to osoba, i szczególnych jej znaków
nie odmówisz – szaty prestiżowej purpura
i biczem wykutych w Króla ciele braków

Czym Ci zawinił, bezduszny urzędasie
ten szalony Żyd, samozwańczy król?
Gniewu Sanhedrynu w całej jego krasie
Nie zwolniłeś skrajnie napiętych strun!

Różne obrazy Piłata, lecz różnice małe
między nimi, bo na tragiczną figurę
składa się czy to cynik, co ma skałę
za serce, czy tchórzliwy gryzipiórek

Lecz przecież nie tak umówione było
Krew Sprawiedliwego – rzecz Hebrajczyków
A Bezsilnemu woda w misce skryła
Brud odpowiedzialności – klątwę polityków

W czasie nocy Historii słyszę jego skargę
„Czemuście umowę złamali? Włożyli w poczet cieni?
Czy nie spadnie na mą spieczoną wargę
Kropla przebaczenia, co mój byt odmieni?”

Jaki to tragizm w sytuacji – być przypartym
do ściany, aż Płacz uczyni z niej swe mienie
Motłoch krwią się żywi – pokarm życia warty
Z polityką ponownie przegrywa sumienie

Więc czy o specyfice postaci tej istnienia
Spekuluje Ewangelista, czy też Bułhakow
Żal mi człowieka – z urzędem, lecz bez imienia
Bo na takie szczegóły – Historia skąpi znaków

Tutaj moje tramwajowe przemyślenia – doświadczenie cokolwiek nowe dla mnie (tramwaje, nie przemyślenia), bo do Łodzi się przeprowadziłem z okazji studiów. Bardzo lubiłem jechać tramwajem, teraz już mniej.

W tramwaju numer dziewięć
Przeżuwam losu dziegieć
W pustej w miarę przestrzeni
Oparty o okno
Za którym światło aut mieni
się, a ludzie mokną
A ja tu bez problemów
I zajęć na tę chwilę
Od kłopotów rozlewu
Chroni mnie przywilej
siedzenia za szybą
Co świata rozmycie
brudem sprawia – i szyną
jadę, prostą jak życie

W tramwaju numer dziewięć
Mógłbym bez końca siedzieć
Tu mam i spokój, i ciszę
Tutaj mam azyl
Świat zza okna przeglądam jak klisze
W ciszy, ze sztilu oazy
Na Kopcińskiego furkot
i kołysanie mnie wrzuca
w senność, a furtką
jedyną drzwi – z tym, że skróca
czas jej bytu dalszy ruch do celu
Lecz ja chcę wiecznie dążyć doń
Bez obowiązków i w tramwaju trelu
Ukajając obolałą skroń

W tramwaju numer dziewięć
Nieważne, czy w żalu, czy w gniewie
Czy będąc w problemów bogactwie
Czy w ich biedzie
Mogę być w tym odciętym, mniszym bractwie
Bo tramwaj wszak sam jedzie
Więc o nic się martwić nie muszę
Każdy kłopot utopię w Styksie
Każdą emocję zduszę
Więc żal, gdy wieść w grypsie
W postaci stacji paliw
Dotrze do mózgu, że skręcę
w Narutowicza, i do celu w oddali
mnie ciało poniesie – choć nie chcę

Ten wiersz byłby dobrym uzupełnieniem do tego wpisu.

Człowiek jest zerem
W melodii wszechświata zakłócenia szmerem
Niszczy harmonię wiedzy przekonaniem
Fikcji swoich kart prowadząc rozdanie
Na gmachu tego świata dobudują nowy
I pełni są dumy ze swojej alkowy

Człowiek jest niczym
Boga nawet z jego pracy chce rozliczyć
A sam tworzy zgoła karykatury
Niedoścignionej w pracy swej natury
Oczy ich zaćmione prawdy tylko grudy
Widzą i ubiorą tak, by utrzymać złudy

Człowiek jest śmieciem
Ale resztę śmieci sam rozdepcze, zmiecie
Myśląc, że lepszy, dbając o swe ego
Mocarny heros – tak zwierzę może go
Widzi, nie widząc, jak się łatwo kliny
Wbija w miękkie mózgi norwidowskiej gliny

Tak można sobie mówić z pozycji Boga
Lub ten, co stojąc na palcach, wyższego zgrywa
Lecz z nieba do ziemi jest daleka droga
Cały obraz zakłóca mi perspektywa
Ta koncepcja z natury mej jest mi wroga
Lecz muszę uznać, choć zgryźliwość rozrywa
Wszystkim jest człowiek
A zwłaszcza ten mój

A to jest, zdaje się, mój pierwszy utwór. A o czym to, kto zgadnie?… Czy zechce zgadnąć?

Idziemy na dno
Chociaż jest to celem naszym
Jakiś opór w sercu się stwarza
Przed powiększaną ciężką pracą maszyn
Warstwą płynu, co miażdżenie wdraża
Nie ma komu powierzyć duszę swą
Idziemy na dno!

Idziemy na dno
Wszędobylską grozę tworzą odmęty,
Która przeszywa mózgi na wskroś tych,
Co trzymają strach swój zaklęty
W nerwowym śmiechu i dowcipach sprośnych
Bledną bogowie przed otchłanią tą
Idziemy na dno!

Idziemy na dno
A tunel powrotny już zasklepiony
Bo gdy się właściwy sobie rozjusza
żywioł, tu zużyty i rozrzedzony
Ten miast zbawczo spoić – nadmiarem ogłusza
Choć chęci nasze w inną stronę lgną
Idziemy na dno!

Idziemy na dno
Wypalone umysły objąć tylko mogą
Mikrokosmos rozmiarów ze stali cygara
Lepko przepływa przesycony trwogą
Czas mierzony sekundnikiem zegara
Rzutu szufli żwiru o kadłub ton
Idziemy na dno!

Noce i dnie
Różnic nie mają w powietrznej oazie
Gdzie w brudnych ciał i mózgów wspólnocie
Wspólna myśl i obawa się wspólnie rozłazi
Po świadomościach rozmytych w duchocie
Że na rozpaczy, zgnieceni szczytnie
Jesteśmy dnie…

 

To by było tyle. Uspokajam, że to się raczej więcej nie powtórzy.

W ogóle zauważyłem ciekawą rzecz – żaden z tych wierszy nie ma tytułów. Jakoś nie odczułem potrzeby ich nadawania – lub nie miałem pomysłu.

Energia atomu, czyli ofiara fobii motłochu

Ostatnie dni upłynęły pod znakiem tsunami w Japonii oraz awarii w elektrowni atomowej Fukushima czy jakjejtam. Fukushima to, Fukushima tamto, drugi Czarnobyl, nie ma kontroli, reaktor się stopił, wybuchy – oto skrót wiadomości z ostatniego tygodnia. To, że media lubią robić wielką katastrofę z niczego, jest akurat normalne – ale energetyka jądrowa to jest taki temat, który lubi co jakiś czas rozgorzeć (zwykle z okazji jakiegoś incydentu), przy akompaniamencie bredzenia oszołomów, świętych Janów (tego od Apokalipsy, jakby ktoś nie załapał) i ekoidiotów. W tym wypadku odnoszę wrażenie, że liderują Niemcy – ichniejsi Światli Przywódcy już oczywiście ogłosili, że trzeba się nad tymi elektrowniami zastanowić – a potem uznali, że to nie będzie zadowalające dla bojaźliwego plebsu, dlatego jeszcze uznali, że wszystkie elektrownie atomowe wybudowane przed 1980 rokiem zostaną póki co wyłączone, i najlepsze – premier Brandenburgii zaapelował nawet do Polaków, by Ci zrezygnowali z budowy własnej elektrowni atomowej.

Śmiech mnie ogarnia, aż nie wiem, od czego zacząć – od technicznych absurdów takiej działalności czy od politycznych. Niech będzie, że od tych drugich. Z okazji tej sprawy głupota demokracji pokazała się w całej okazałości – kompletnie niemający pojęcia na dany temat motłoch ma wpływ na podejmowanie kluczowych decyzji. Ich wiedzę na temat energii jądrowej można streścić w zdaniu „Coś tam kiedyś w Czarnobylu wybuchło” – a żądne sensacji i katastrof zagrażających egzystencji naszej cywilizacji media podsycają ich całkowitą ignorancję poprzez snucie apokaliptycznych wizji – dziwnym trafem, zawsze robią to ludzie, którzy z fizyką mają tyle wspólnego, ile jej mieli w liceum. W rozsądnym kraju ich opinia byłaby oczywiście kompletnie ignorowana – ale przecież żyjemy w demokracji, więc cieszmy się, bo z powodu absurdalnych lęków ciżby będziemy niedługo oświetlać dom świecami! Ja już nie wspomnę, że reakcja (głównie niemieckich) rządzących także wskazuje na ich kompletną niewiedzę, ale z drugiej strony można przypuszczać, że oni tylko tak chrzanią, by pokazać plebsowi (czyt. elektoratowi), jak bardzo troszczą się o to, żeby im nie wyrosła druga głowa – a w rzeczywistości maja na tyle zdrowego rozsądku, by, gdy sprawa przycichnie, wrzucić te wszystkie idiotyczne projekty dot. rezygnacji z elektrowni atomowych do kosza – tam, gdzie ich miejsce. Tym niemniej irytuje mnie ta gra pozorów – politycy szczerzą się i pieprzą głupoty do kamery, bo wiedzą, że nie mają innego wyjścia – są zależni od tępego motłochu, któremu się wydaje, że jak będą mieszkać koło elektrowni jądrowej, to będą świecić w nocy. Żadnej szczerości nie uświadczymy, żadnych realnych planów nie poznamy – przynajmniej nie bezpośrednio. Demokracja to teatr. Dziś oglądamy sztukę „Popadamy w panikę, by pokazać, jacy to troskliwi i odpowiedzialni jesteśmy” – podczas gdy w rzeczywistości chyba żaden Rozsądny Człowiek nie sądzi, że przez ten cały czas rząd (niemiecki w tym przypadku) nie wiedział, co to są te reaktory atomowe, które im tak sobie działają, a po wypadku w Fukushimie pacnęli się w czoło i zakrzyknęli – „Rany, ależ to przecież niebezpiecznie! WSZYSTKIE MI TU ELEKTROWNIE ROZJECHAĆ BULDOŻERAMI!”.

Nie. Na szczęście nie doszliśmy jeszcze do tej fazy demokracji, gdzie u władzy są absolwenci szkół specjalnych.

Dobrze, a teraz przejdźmy do tego, jak irracjonalny jest lęk przed atomem, patrząc na niego od strony bardziej technicznej. Zacznę od twierdzenia, które być może dla niektórych będzie wręcz hitchcockowskim wstrząsem – energia atomowa to najwydajniejsza i jedna z najbardziej bezpiecznych form pozyskiwania elektryczności. Pod względem bezpieczeństwa przebijają ją chyba tylko elektrownie wiatrowe i słoneczne. Nie będę oszukiwał, że jestem fizykiem jądrowym, ale zanim zacznie się klepać głupoty o nuklearnej zagładzie niczym baba ze wsi, warto posiąść choć podstawową wiedzę. Otóż, po pierwsze – stopień bezpieczeństwa współczesnych reaktorów jest wyśrubowany do takiego poziomu (głównie ze względu właśnie na te naciski społeczne), gdzie jakiś wypadek może się stać dopiero w naprawdę wyjątkowo niefortunnej sytuacji (np. tsunami). Po drugie – nawet jak już wydarzy się wypadek, nie ma on takich katastrofalnych skutków, jak by sobie tego życzyli panikarze (ta największa z największych katastrof, niewiarygodna tragedia, nieomalże apokalipsa – Czarnobyl – ma 30 [słownie: trzydzieści] oficjalnie potwierdzonych, bezpośrednich ofiar). Nie trzeba od razu opanowywać fizykę jądrową i budowę reaktora. Wystarczy rozumieć podstawy działania. Po pierwsze – wbrew potocznej opinii, nie ma takiej opcji, by awaria w elektrowni atomowej wywołała wybuch atomowy. Już przy samej bombie atomowej trzeba się nieźle napocić, by wybuchła ona tak jak trzeba. A reaktor się w bombę nie zamieni. Wybuch w Czarnobylu miał charakter chemiczny, nie jądrowy. Po drugie – współczesne reaktory są budowane tak, by przy jakichś usterkach występowało ujemne sprzężenie zwrotne – co oznacza, że jak coś idzie nie tak, to reaktor stopniowo zwalnia, aż się wyłącza. Reaktor czarnobylski był o tyle niebezpieczny, że w jego przypadku gdy coś szło nie tak – to produkowana energia wzrastała miast maleć. A mimo to i tak do katastrofy doprowadził eksperyment, który już w założeniu był całkiem niebezpieczny – a został przeprowadzony w skrajnie partacki sposób, który musiał wywołać katastrofę. Reaktor typu RBMK (używany w Czarnobylu) sam w sobie i tak jest bezpieczny – do dziś działają w Rosji bez żadnych problemów i jakoś nikt tam nie ma dwóch głów. Dla tych, co chcą wiedzieć więcej i dokładniej – link.

Dla tych, którym wszelka nauka ścisła jest obca, proponuję inne wyjaśnienie – elektrownie atomowe funkcjonują na świecie od lat ’50. Kilkadziesiąt lat setki reaktorów pracują bezustannie po dziś dzień. Ile znasz katastrof jądrowych? Czarnobyl – wspomniane 30 ofiar (plus może parę promili więcej zachorowań na raka tarczycy), ogólnie bardzo rozdmuchany wypadek. Parę osób może jeszcze kojarzy nazwę Three Mile Island – ofiar 0 (słownie: zero).

To trochę mało jak na tak „niebezpieczną” formę pozyskiwania energii, co nie?

I w Fukushimie nic także się nie stanie – bo nie ma po prostu prawa. Możliwe, że paru pracowników spotka przykre następstwo w postaci choroby popromiennej – ale w skali makro zarówno świat, jak i sama Japonia jest całkowicie bezpieczna. Wszelkie podejmowane środki bezpieczeństwa są wyłącznie po to, by uciszyć mediom japy, które by w przeciwnym razie kłapały na pierwszych stronach: „CI ATOMOWI SZALEŃCY NAS ZARAZ WSZYSTKICH POMORDUJO!”. Podobnie jest w Niemczech – bo nie wierzę, by rzeczywiście ktoś byłby tam aż tak głupi, by faktycznie rezygnować z energetyki atomowej – zwykle najlepszej opcji z możliwych. U nas jednak dalej rządzą ekoidioci, którzy swego czasu zablokowali budowę elektrowni w Żarnowcu – czym przyczynili się do dalszego zanieczyszczania powietrza przez elektrociepłownie. Że ja już nie wspomnę o ofiarach wśród górników w kopalniach węgla – ich jest o wiele, wiele więcej niż ofiar energetyki jądrowej.

Ci górnicy to ofiary ludzkiej ignorancji.

Bądźmy hipsterami, grajmy w alternatywę

Nie tak dawno narzekałem na poziom współczesnych gier – że są w większości strywializowane, proste i efekciarskie. Cóż, kiedy producenci mogą łatwo zadowolić klienta poprzez ładną grafikę, to nie ma sensu się wysilać. Niepotrzebny jest już pomysł i grywalność, tak jak było to wcześniej, kiedy różne Amigi i Commodore’y nie dawały wielkich możliwości w kwestii wizualnej – a przecież coś trzeba było zrobić, by ludzie grali w te gry. Więc może dźwięki były ze spikera, ale za to był pomysł i chciało się w to grać. Pomysły jednak kiedyś się kończą, a ładnej grafiki jest pod dostatkiem, dlatego większość dzisiejszych gier  jest wtórna i nudna.

Właśnie jednak zaczęło się to zmieniać. Po oszołomieniu przez nagły skok możliwości, jaki zawdzięczamy rozwojowi  technologii komputerowej, ludziom jednak zaczęło się nudzić, że z roku na rok robimy to samo, ale więcej, głośniej i ładniej. Zaczęły powracać do łask gry z pomysłem, proste i grywalne, niskobudżetowe i pod względem grafiki archaiczne. Chyba każdy z nas nie raz wolał pobawić się przy grach on-line, mimo że na kompie miał o wiele „większe” produkcje. Jakieś tower defence’y, minitycoony, coś o zombiakach, proste gry logiczne. Wszystkie nie imponują grafiką, ale za to jest w nich coś, co sprawia, że ciągle chce się w nie grać (tym bardziej, im ważniejsze są rzeczy, którymi powinniśmy się akurat zająć). Jednak nie tylko gry online, ale także te wydawane „konwencjonalnie” zaczęły zdobywać coraz większą popularność.

SpaceChem – jedna z nielicznych gier, w przypadku której pokusiłem o zakup, co nie było zresztą takie trudne, bo jak niemal każda gra indie – nie jest droga. Ta produkcja jest przyprawiającą o ból mózgu grą logiczną, w której, najogólniej mówiąc, układamy algorytmy tworzące związki chemiczne. Tych, którzy na dźwięk nazwy jakiejś nauki ścisłej bledną, śpieszę uspokoić, że, jak sami twórcy przyznają, SpaceChem nie ma nic wspólnego z prawdziwą chemią. Nie chodzi o to, że pierwiastki w nim się pojawiające są fikcyjne, ale po prostu by go ogarnąć, nie potrzebujemy magistratu z chemii czy nawet czwórki z tego przedmiotu w liceum. To jednak nie sprawia, że jest to gra łatwa – po pierwszych etapach, które pełnią rolę samouczka, gra systematycznie i bezlitośnie podwyższa trudność aż do poziomu, w którym łeb nam kopci, a problemy, które trzeba rozwiązać, nie dają nam spać. Zapewne nie każdy tak lubi, powiedziałbym nawet, że tylko garstka – ale jak każda gra „niszowa”, SpaceChem nie jest raczej grą dla każdego. W miarę postępów w grze nie ograniczamy się już do robienia projektów pojedynczych reaktorów, ale także całych łańcuchów produkcyjnych, pojawiają się także nawet zadania „obronne”. SC ma nawet jakąś fabułę, której przedstawienie odbywa się po prostu w formie pojawiające się co jakiś czas kolejne „strony” powieści słowem pisanym opowiadające historię naszego życia. Postawione nam zadania są nawet w pewnym związku z tą „fabułą”, ale równie dobrze można to kompletnie olać i nic się nie stanie. Jest jeszcze jeden fajny element – po ukończeniu zadania nasze osiągnięcia zostają porównane na tle innych graczy. Mnie to skłania do ciągłego poprawiania mych „dzieci”, mimo że przecież już zadanie wykonałem i wcale nie muszę do niego wracać.

Mój wieloletni kolega Mega Dziwny Koleś (czy jakoś tak) pokusił się o poruszenie tematyki bardzo mi bliskiej, bo rynku gier Indie, który to śledzę, kocham i szanuję. Kolega Koleś całkiem świadom tego faktu poprosił mnie, bym przelał z mych ust trochę miodu, aby ktoś w końcu zaczął to czytać. Nie ma na to szansy, ale to temat o tyle ciekawy i niedoceniany ( szczególnie w naszej Ojczyźnie), że postanowiłem dokonać jego promocji wśród tej połowy tuzina ludzi , którzy rocznie wchodzą na niniejszą stronę.

Minecraft- czyli Wydobywaniowytwarzanie, z pozoru sugeruje dość toporną rozgrywkę. Jednak jest to jedna z najlepszych gier w jakie miałem szansę w swoim życiu zagrać. I jest na bardzo dobrej drodze by stanąć na podium, bo na razie jest dopiero na etapie wersji Beta. A czym jest Minecraft? Niestety i na całe szczęście nie sposób jest użyć do opisu tej gry porównania z inną, już istniejącą produkcją.  A w zasadzie istnieje, i nazywa się Infiniminer. Nie przyda się nam ta nazwa ponieważ nikt o takiej grze nie słyszał,  niemniej to właśnie ona zainspirowała genialny umysł Markusa Perssona (czyli dla Minerdów Notcha), który to samodzielnie stworzył wczesne wersje omawianej tutaj gry.  No dobra, ale o co tam chodzi? Pierwszy kontakt ze światem Minecrafta może się wydawać brutalny. Jesteśmy sobie ludzikiem w samym środku wielkiego (w zasadzie nieograniczonego) świata zbudowanego z sześcianów. I nic więcej. Nie ma wesołego staruszka, który nas wita i pokazuje jak postawić pierwsze kroki (w ogóle jak to klimatycznie brzmi: „ Wędrowcze, by poruszać się do przodu naciśnij W”). Jesteśmy tylko my i niezbadany świat. Ktoś marny mógłby pomyśleć „A niech to, nie mam czasu na takie głupoty” i pójść jeść ziemniaki. Jednak Prawdziwy Gracz pozostanie niezrażony, sięgnie po Internety i w mig odnajdzie się na swojej wyspie, zaśnieżonej dolinie czy lesistych wzgórzach (tak, generator terenu działa losowo i obsługuje biomy). Więc w końcu – o co chodzi? Oficjalnie chodzi o to, o co każdemu stworzeniu kiedykolwiek stąpającemu po ziemskim padole – o przetrwanie. Inna sprawa, że stworzenia ziemskie rzadko muszą budować fortece chroniące je przed armiami zombie, truposzy, pająków i innych paskudztw. Te wraże watahy (dobre zdanie na dyktando) pojawiają się jedynie w nocy, a wraz ze wschodem słońca ulegają spaleniu, pozwalając nam na wypełznięcie z kryjówki i kontynuowanie rozbudowy fortecy czy realizację jakiegokolwiek innego celu, łącznie z budową komputera, cyfrowego wyświetlacza czy gigantycznego Jezusa ze Świebodzina. I wreszcie dochodzimy do sedna sprawy – w Minecrafcie wydobywamy surowce takie jak drewno, kamienie, srebro, czerwony piasek etc., które służy nam do budowy fortec, budowli, pomników, torów kolejki czy nawet bramek logicznych. I tutaj też według mnie tkwi cała radość z obcowania z Minecraftem – pozwala powrócić do czasów, gdy jako berbeć budowaliśmy fortece z klocków Lego, ale w dużo bardziej rozbudowanej formie. Przy odrobinie samozaparcia każdy może wybudować swój ogromny drapacz chmur, most, osiedle domków jednorodzinnych, Stadion Stulecia czy cokolwiek innego. Przedmiotów do stworzenia jest cała masa – obecnie, za Minepedią (tak, Minecraft ma własną Wikipedię) jest ich 141. Oczywiście jeżeli ktoś nie chce poświęcić całego tygodnia na budowanie Wieży Saurona w grze, może pozostać przy założeniach pierwotnych, wczuć się w niesamowity i niepowtarzalny klimat, tworzony dzięki stylistyce (jak ktoś powie że Minecraft jest brzydki to się w ogóle nie zna, wcale a wcale) oraz bardzo, bardzo dobrze dopasowanej muzyce. Niestety po pewnym czasie rozgrywka jednoosobowa przestaje być interesująca, ponieważ nie stawia przed graczem żadnych celów. Za to daje ogromny wachlarz możliwości- wspomniane wydobywanie i budowa, hodowla roślin, łowienie ryb, polowanie na Creepery w celu konstrukcji bomby atomowej, tworzenie własnych stawów hodowlanych i jezior lawy, sztucznych wysp, zalążki hodowli zwierząt a nawet budowa portalu do Piekieł (oficjalnie The Nether). Na szczęście kupno  gry daje dostęp do multiplayera, w którym możemy na nowo czerpać radość z rozgrywki – wystarczy znaleźć tylko jakiś serwer z Miłymi Ludźmi (nie należy wtedy biegać po całej mapie i palić wszystkiego, gdyż Mili Ludzie potrafią banować). Bardzom się rozpisał,  a przecież czeka na nas jeszcze jedna gra o której chciałbym wspomnieć, mianowicie…

Braid – każdy grał w Mario. To oczywista prawda. Jednak Mario, wiadomo, skacze sobie po potworkach, wskakuje z rury do rury i zbiera monety. Jest fajnie, ale mogłoby być NAPRAWDĘ ZACNIE,  gdyby dodać, powiedzmy, genialną oprawę artystyczną, manipulację czasem i plansze nie tyle sprawdzające w jakim stopniu jesteśmy powiązani z Naczelnymi w kwestii sprawności, ale sprawdzające jak dobrze kombinujemy. Pora ogłosić coś kompletnie niespodziewanego – taka gra powstała, a jej tytuł widnieje zaraz u góry. Jako jedna z niewielu produkcji, Braid jest świetnym podłożem do dyskusji o tym, czy gry mogą być traktowane na poważnie jako dziedzina sztuki. I jednocześnie świetnym argumentem w rękach zwolenników tej teorii. Od pierwszego momentu rozgrywki oczywistym jest, że obcujemy z czymś więcej. Ręcznie malowane tła, specyficzny styl graficzny i świetna ścieżka dźwiękowa  (wykorzystująca głównie instrumenty klasyczne) tworzą spójny, absolutnie unikalny klimat. Jednocześnie historia w tle, w bardzo mglisty sposób opowiadająca o pewnej dziwnej miłości, daje dodatkową motywację, by poznać jej znaczenie i samo zakończenie. Jednak mnogość interpretacji, z których najbardziej prawdopodobne są całkowicie zaskakujące dla kogoś, kto powierzchownie podszedł do fabuły gry, powoduje że nie jesteśmy w stanie od razu spokojnie odejść od produkcji i odhaczyć ją na liście pozycji „zaliczonych”. Sama rozgrywka natomiast, jak zresztą w większości odnoszących sukcesy gier niezależnych, bazuje na pomyśle. Na pomyśle o którym wspomniałem – by do pozornie prostej platformówki dodać elementy manipulacji czasem. I tak mamy do dyspozycji ciągłą, nieograniczoną umiejętność cofania i przyspieszania czasu, a w trakcie rozgrywki równolegle do niej pojawia się bardzo wiele wariacji – na przykład czas na planszy jest uzależniony od naszej pozycji – przy poruszaniu się w przód czas płynie normalnie, gdy cofamy się, wszystkie stworzenia i mechanizmy na planszy wracają do swojego stanu sprzed chwili. Nie rozpisując się dalej, mogę szczerze polecić zapoznanie się z powyższymi produkcjami, ponieważ jest to doświadczenie absolutnie unikalne, szczególnie w czasach robienia gier pod schemat, w których rozgrywka nie różni się niemal niczym.

Się rozpisał, a i tak nikt nie przeczyta, bo przecież nikt nie gra w takie niszowe gry.

Nie, no dobra – gra coraz więcej ludzi i to mnie cholernie cieszy. Nie ze względu na to, że tak mi zależy na rozrywce innych ludzi. Chodzi o to, że ci wielcy producenci nie mogą pozostać obojętni na to, że tracą konsumenta. Magia kapitalizmu – gdy konkurencja oferuje coś nowego, zaoferuj to samo. Dlatego może dzięki rozwijającemu się rynkowi gier niezależnych ci „growi” potentaci ograniczą serwowanie nam kolejnych wtórnych i nudnych części Call of Duty, a zamiast tego sami spróbują jednak bardziej się wysilić – z korzyścią dla nas, bo jednak grafika to nie wszystko.

Możecie przyśpieszyć ten proces poprzez wykupienie wszystkich niszowych gier na Steamie! (Zobaczymy, jakie mam wpływy. Przewiduję prawdziwy boom gier indie.)

P.S. Przepraszam za jednodniowe opóźnienie, ale nic nie poradzę, że schetyna jest TAKI GŁUPI.

Granie na emocjach to potężne narzędzie

Kiedyś to było fajnie. Świat 95% ludzi był ograniczony do ich wsi i okolic. Orali oni te swoje pola, żyli w swoim mikroświecie, mieli jakieś tam swoje wyobrażenia i przemyślenia, z którym mogli się z sąsiadem podzielić. Zawsze wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkim i prawo zwyczajowe działało bez zarzutu – pracowity był szanowany, pijak był pogardzany. A jak ktoś miał większe ambicje – mógł (z niemałym trudem, to trzeba przyznać) zdobyć wykształcenie i dołączyć do tych 5%, co wiedzą coś o świecie poza jedną wsią i de facto nim sterują. I to ich idee, poglądy, przemyślenia się liczyły – lud mógł sobie wierzyć w to, że Słońce krąży wokół Ziemi i jakie to miało znaczenie? Komu to szkodziło?

Dzisiaj jest inaczej. Przede wszystkim – z powodu powszechnej i obowiązkowej edukacji ciżba dorwała się do jakichś szczątków wiedzy – a to jest wystarczający dla nich powód, by uznawać się za kogoś, kto coś wie i może się z pełną powagą i odpowiedzialnością wypowiadać o wszystkim. Stąd jesteśmy atakowani z każdego ekranu telewizora, każdego głośnika radia setkami tysięcy zwykłych bzdur głoszonych przez ludzi, którym się wydaje, że ich tytuł magistra dowodzi, że mają o czymkolwiek pojęcie i że potrafią myśleć. A jakąś wartość dalej przejawia te 5% – lecz tym razem zagłuszone i popierane co najwyżej przez pozostałych z tych 5% oraz hipsterów. Typowy przedstawiciel tłuszczy przejawia też bardzo niezdrowe przekonanie, że ma wystarczające kompetencje, by wypowiadać się o dowolnej sprawie, o której usłyszał w telewizji czy przeczytał w gazecie. I o tym przede wszystkim jest ten wpis.

A zaczęło się, jak zwykle, od Wykopu. Od tego konkretnie. Gdy go zobaczyłem pierwszy raz, olałem go z myślą „Ehe, pewnie kolejna wielka >>akcja<<„. Cóż, kiedy po jakimś czasie zauważyłem grupy na Facebooku, zrozumiałem, że moja myśl była prorocza. Mamy do czynienia z kolejną wielką, społeczną „akcją”, a mówiąc jaśniej – z plebejskim linczem. Jakby ktoś jakimś cudem sprawy jeszcze nie znał, oto obszerny artykuł z wyborczej, a tutaj samo centrum sprawy, czyli konto YouTube troskliwego tatusia o jakże chwytającej za serce nazwie „Ratujcie Szymona!”:

http://www.youtube.com/user/RatujcieSzymona

Heh, na starcie przede wszystkim trzeba przyznać, że facet absolutnie jest nie w ciemię bity. Podkłada dyktafony, tłucze się po sądach, a gdy ten go spławia, odwołuje się do najwyższej instancji władzy sądowniczej w państwie demokratycznym – do Głosu Ludu. I to nie byle jak, tylko wykazując nieprzeciętne zdolności manipulacyjne, mistrzowsko grając na emocjach, wyróżniając WIELGACHNĄ, czerwoną czcionką szczególnie „oburzające” fragmenty (taka delikatna sugestia, że jeżeli to na nas nie działa, to chyba jakimiś potworami jesteśmy), kropkując wypowiedzi matki lub dziecka, które mogłyby zaburzać obraz wzorcowej rodzinki patologicznej, umieszczając to na YouTube’ie, chodząc z tym do wszelkich mediów itp.

I oczywiście to nie jest po to, by zniesławić matkę. Wszystko dla dobra dziecka.

Na początek tak nieśmiało zwrócę uwagę, że w państwie prawa sądownictwo jest niezawisłe. Oznacza to, że ŻADNE naciski, sugestie, dramatyczne historie, krzyki ciżby i wrzask szukających sensacji mediów NIE MOGĄ być brane pod uwagę nawet w najmniejszym stopniu. Na sali rozpraw liczy się tylko prawo i konstytucja. Dlatego też twierdzenia ojca, że on tylko walczy o sprawiedliwość i prawo, uważam za przejaw hipokryzji. O prawo walczy się w przeznaczonych do tego instytucjach, a nie w gazetach i w internecie – czyniąc ze swojego życia rodzinnego i sytuacji tego chłopca medialne igrzysko, wyrządzając mu przy tym zapewne nie mniejszą krzywdę, niż ta matka. Z drugiej jednak strony, jak już wiemy, tatuś jest zapewne niegłupi i zdaje sobie sprawę, że nie żyjemy w państwie prawa – tylko w państwie demokratycznym. Tutaj liczy się zasada „vox populi, vox Dei” – gdzie vox tego populi może być dowolnie manipulowany, jeśli tylko się odpowiednio przedstawi sprawę. Prawo można przy tym wyrzucić do kosza.

Taką już mam naturę, że jeżeli z okazji jakiejś sprawy miażdżąca część ludzi opowiada się po jednej stronie, zawsze poważnie rozważam opowiedzenie się po stronie przeciwnej. Bo jak to powiedział Oscar Wilde: „Kiedy ludzie są tego samego zdania co ja, mam zawsze wrażenie, że się pomyliłem.” Dlatego zamiast się przepisowo popłakać przy jakże przejmujących nagraniach i popluć trochę jadem wobec osoby, o której nie wiem tak naprawdę nic, postanowiłem popatrzeć na to z trochę innej strony. Przede wszystkim – ludzie chyba nie widzieli prawdziwej patologii. To, co ukazują te nagrania, to obraz dużej części polskich domów – ja sam nieraz byłem świadkiem takich zachowań normalnych matek, wobec których krew mi się trochę mroziła w żyłach. A dlaczego tak jest? Otóż w czasie dwóch wojen światowych kobiety musiały pójść do pracy w fabrykach – z konieczności. Po wojnie ktoś sobie pomyślał, że tak może zostać – prawdopodobnie także pod wpływem myśli komunistycznej.

Kobiety na traktory!

Dzisiaj niemal wszystkie kobiety mają pracę poza domem – a te, które zostają „przy garach”, są traktowane jako gorsze, zdominowane, słabe „kury domowe”. Efekt? Zestresowana, przemęczona matka musi jeszcze zajmować domem i dzieckiem – co wcale nie jest mniejszą pracą. Niektórym już nie wystarcza cierpliwości niezbędnej przy wychowywaniu dziecka – i jest to naturalna i całkiem łatwa do przewidzenia reakcja.

Oprócz tego, nieszczęście z wychowywaniem polega na tym, że prawie każdy to będzie robił w swoim życiu, a mało kto tak naprawdę umie. Jaki wniosek wyciągnie typowy „plebejusz”? Trzeba zabierać dzieci patologiom i dawać do domu dziecka!

Ja już litościwie nie wspomnę, że w bidulu te dzieci miałyby gorszy los niż Szymonek przy swojej mamusi. Podstawowym problemem jest to, że większości ludzi nie mieści się w głowie, że patologie to naturalna część społeczeństwa – bo w każdym naturalnym środowisku potrzebne są wynaturzenia. Oczywiście w ograniczonej, odpowiedniej dla wynaturzeń ilości. Tak było zawsze i tak być musi. Zapewnia to kluczową z punktu widzenia ewolucyjnego różnorodność – nie da się zapewnić wszystkim sielankowego, pięknego życia z kochającymi rodzicami. I zwiększa to naszą ogólną wartość. Należy się spytać – ile wielkich osób wychowało się w takich „nienajlepszych” warunkach? I czy byliby wielcy, jeśliby zamiast tego wychowali się we wzorcowej, kochającej rodzince? I nie twierdzę, że nie należy w miarę możliwości ograniczać takich zjawisk jak alkoholizm, znęcanie się czy tym podobne. Ale tego nie robi się poprzez zabieranie wszystkim dzieci i umieszczanie w domu dziecka, gdzie wcale nie będą miały lepiej zresztą. Nie walczy się z pryszczami poprzez ich wyciskanie.

I jeszcze o sprawie wspólnej dla wszystkich takich masowych ruchów na rzecz jakiejś sprawy. W necie aż się roi od nienawistnych komentarzy, gróźb i pieniactwa. Wszyscy zgodnie obrzucają panią matkę błotem, a jakaś banda idiotów nawet zhejciła jakiejś babce konto na nk, bo miała nieszczęście mieć tak samo na nazwisko jak rzekoma winowajczyni (albo się tak sprytnie wykręciła, hehe). Typowy przykład wściekłej ciżby, co gówno wie i gówno myśli, ale za to ostrzy widły i zapala pochodnie. Ja osobiście nie wierzę, że w państwie, w którym istnieje tendencja właśnie do nadgorliwego zabierania dzieci rodzicom i ogólnego braku poszanowania praw rodziny, prokuratura, a także inne instytucje (np. Rzecznik Praw Dziecka), mogłyby umorzyć postępowanie ot tak, bez dobrego powodu. Dlatego zamiast jazgotać i wypisywać te swoje ociekające oburzeniem wypowiedzi, lepiej może zostawić sprawę tym, których obowiązkiem jest zbadanie tego z każdej strony i jak najgłębiej? Bo, powtórzę raz jeszcze – gówno wiecie poza tym, co przeczytaliście w Wyborczej czy na kanale tatuśka. Nie znacie kontekstu, nie znacie tatusia, nie znacie mamusi i nie znacie nawet opinii samego dziecka (nigdzie się jej nie doszukałem, ciekawe) ani jego samego. Przesądzanie o całej sprawie z waszego poziomu wiedzy – to dowód pieniactwa, głupoty i łatwego ulegania emocjom.

Zaznaczę – przy założeniu prawdziwości tych nagrań, nie popieram sposobów wychowawczych matki. Ale po pierwsze, nie mam w zwyczaju wtrącać się w sprawy obcych ludzi, których kompletnie nie znam. A po drugie – podstawowa zasada zachowania trzeźwego oglądu sytuacji to NIE DAĆ SIĘ ZWARIOWAĆ. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.

Teoria Względności działa nawet w naukach humanistycznych

Historio, Historio, tyle w Tobie marzeń
Często Ciebie piszą kłamcy i gówniarze!

Jaką smutną prawdę zawiera powyższy fragment utworu Agnieszki Osieckiej! O historii często mówią ludzie, którzy jej nie rozumieją – lub cwaniacy, którzy wiedzą, że to nie matematyka – i można nią manipulować ku swoim potrzebom. Historia to nauka o ludziach – i jest taka jak ludzie. Mroczna, tajemnicza, skrywa zarówno przepiękne budowle, jak i stosy z czaszek. Bo, jak to już stwierdził święty Augustyn, człowiek to istota dychotomiczna, zdolna do najwznioślejszych gestów, jak i do niewiarygodnego skurwysyństwa. W sensie, święty Augustyn pewnie w nieco inne słowa to ubrał. Jako że osoby mające do czynienia z tą zacną nauką, dokonują oceny ludzi, sami będąc ludźmi, nie mogą oni pokonać tych baconowskich „idolae”, dlatego ich oceny są względne, niepełne, a często po prostu nieprawdziwe. Dlatego mówię o Teorii Względności w tytule – bo w historii wszystko jest względne.

Cóż, w zasadzie nie potrafię powiedzieć, jak to wygląda w innych krajach, więc nie mam punktu odniesienia – ale, co zauważono już dawno i wiele razy, wygląda na to, że jesteśmy narodem, który szczególnie lubujemy się w zatapianiu w tym pluszu naszej narodowej tragedii, w odkrywaniu kości, ekshumowaniu zwłok i tym podobnym makabrycznym praktykom. Używamy historii jako narzędzia albo do polepszania swojego narodowego ego, albo do usprawiedliwiania swojej obecnej, nędznej sytuacji. A przecież historia jako taka nie ma celu – przez to nasz ogląd historyczny w zasadzie nigdy nie jest czysty, trzeźwy i właściwy. Albo uprawiamy tę naszą słynną martyrologię, albo – dla równowagi – obłudne samobiczowanie stosowane przez środowiska, które kojarzą jakiekolwiek poczucie własnej narodowej godności z „zaściankowością” i „bogojczyźnianym fanatyzmem”.

Przykłady tego ostatniego to ostatnio książka Grossa – przykład wybiórczego i manipulacyjnego podejścia do historii, czy też ostatnia wypowiedź profesora Bartoszewskiego, który w wywiadzie dla niemieckiej gazety rzekł, że w trakcie okupacji bardziej bał się Polaków-zdrajców niż Niemców. Nie wątpię zresztą,  że to prawda, bo istotnie skryty wróg jest bardziej niebezpieczny od otwartego – ale z uwagi na kontekst, w jakim zostało to wypowiedziane – w trakcie, gdy „Przedsiębiorstwo Holocaust” działa pełną parą, a poszczególni Niemcy podejmują coraz śmielsze próby przerzucenia odpowiedzialności – myślę, że sekretarz stanu kancelarii premiera wykazał się albo pierwszymi oznakami demencji starczej, albo obłudą, gdy twierdzi, że on tylko tak sobie powiedział, co miał na sercu.

Z drugiej jednak strony, my sami często nie potrafimy rozsądnie podejść do historii innych narodów. Np. modne ostatnio stało się wynajdywanie i wypominanie zbrodni ukraińskich nacjonalistów, którzy po nadejściu nazistów skorzystali z okazji i dali upust swej nienawiści do Polaków, którą starannie hodowaliśmy od czasów Chmielnickiego. Nie tak dawno jeszcze skandal w naszym kraju wywołało nadanie Stefanowi Banderze tytułu Bohatera Ukrainy przez prezydenta Juszczenkę. A na nieocenionym Wykopie całkowicie niedawno pojawił się artykuł wypominający wymordowanie kilkunastu (jakkolwiek bezdusznie to zabrzmi – liczba śmiesznie mała jak na 2. Wojnę Światową… Historio, Historio, ty żarłoczny micie/Co dla Ciebie znaczy jedno ludzkie życie?) przez tzw. własowców – „armię” złożoną z kompletnych degeneratów, którzy wypłukani ze wszelkiej moralności przez wojnę, zaczęli ją traktować jak grę, którą muszą po prostu wygrać – bez znaczenia, do kogo strzelając. Na ich nieszczęście, stanęli oni po niewłaściwej stronie barykady.

Jakkolwiek takie rozjątrzanie każdego zamordowanego polskiego chłopa może wydawać się co najwyżej nieco absurdalne, zwłaszcza że mówimy o wojnie – na której, no cóż, ZDARZA SIĘ, że ludzie umierają – tak jednak wtrącanie się w sprawy wewnętrzne Ukrainy uważam za wysoce niestosowne. Może my widzimy Banderę jako zwykłego polakożercę, ale Ukraińcy uważają go za bojownika o ich niepodległość i niewątpliwie mają ku temu podstawy. Wypadałoby lepiej zająć się własnymi skurwielami, których wcale nie mamy mniej niż państwa ościenne – niejednego z nich uważamy po dziś dzień za naszego „bohatera”. Na przykład dla Litwinów Piłsudski to imperialista, który ukradł im Wilno. Tak to jest z historią, że oceny zmieniają się jak w kalejdoskopie zależnie od tego, z czyjej perspektywy patrzymy. Bo w tej nauce bardzo wyraźnie ukazuje się podstawowa cecha tego świata – nie jest on czarno-biały, i nie ma na nim ani permanentnych aniołów, jak i absolutnie skończonych i bezwarunkowych gnojów. Ludzie robią to, co uważają za słuszne, a „słuszne” jest pojęciem względnym. Dlatego jeszcze raz apeluję – zamiast podniecać się tym, jakich skurwysynów Ukraińcy mają za bohaterów, zajmijmy się najpierw własnymi – bo o części nie wiemy, część czcimy, a na niektórych nawet głosujemy.