Energia atomu, czyli ofiara fobii motłochu

Ostatnie dni upłynęły pod znakiem tsunami w Japonii oraz awarii w elektrowni atomowej Fukushima czy jakjejtam. Fukushima to, Fukushima tamto, drugi Czarnobyl, nie ma kontroli, reaktor się stopił, wybuchy – oto skrót wiadomości z ostatniego tygodnia. To, że media lubią robić wielką katastrofę z niczego, jest akurat normalne – ale energetyka jądrowa to jest taki temat, który lubi co jakiś czas rozgorzeć (zwykle z okazji jakiegoś incydentu), przy akompaniamencie bredzenia oszołomów, świętych Janów (tego od Apokalipsy, jakby ktoś nie załapał) i ekoidiotów. W tym wypadku odnoszę wrażenie, że liderują Niemcy – ichniejsi Światli Przywódcy już oczywiście ogłosili, że trzeba się nad tymi elektrowniami zastanowić – a potem uznali, że to nie będzie zadowalające dla bojaźliwego plebsu, dlatego jeszcze uznali, że wszystkie elektrownie atomowe wybudowane przed 1980 rokiem zostaną póki co wyłączone, i najlepsze – premier Brandenburgii zaapelował nawet do Polaków, by Ci zrezygnowali z budowy własnej elektrowni atomowej.

Śmiech mnie ogarnia, aż nie wiem, od czego zacząć – od technicznych absurdów takiej działalności czy od politycznych. Niech będzie, że od tych drugich. Z okazji tej sprawy głupota demokracji pokazała się w całej okazałości – kompletnie niemający pojęcia na dany temat motłoch ma wpływ na podejmowanie kluczowych decyzji. Ich wiedzę na temat energii jądrowej można streścić w zdaniu „Coś tam kiedyś w Czarnobylu wybuchło” – a żądne sensacji i katastrof zagrażających egzystencji naszej cywilizacji media podsycają ich całkowitą ignorancję poprzez snucie apokaliptycznych wizji – dziwnym trafem, zawsze robią to ludzie, którzy z fizyką mają tyle wspólnego, ile jej mieli w liceum. W rozsądnym kraju ich opinia byłaby oczywiście kompletnie ignorowana – ale przecież żyjemy w demokracji, więc cieszmy się, bo z powodu absurdalnych lęków ciżby będziemy niedługo oświetlać dom świecami! Ja już nie wspomnę, że reakcja (głównie niemieckich) rządzących także wskazuje na ich kompletną niewiedzę, ale z drugiej strony można przypuszczać, że oni tylko tak chrzanią, by pokazać plebsowi (czyt. elektoratowi), jak bardzo troszczą się o to, żeby im nie wyrosła druga głowa – a w rzeczywistości maja na tyle zdrowego rozsądku, by, gdy sprawa przycichnie, wrzucić te wszystkie idiotyczne projekty dot. rezygnacji z elektrowni atomowych do kosza – tam, gdzie ich miejsce. Tym niemniej irytuje mnie ta gra pozorów – politycy szczerzą się i pieprzą głupoty do kamery, bo wiedzą, że nie mają innego wyjścia – są zależni od tępego motłochu, któremu się wydaje, że jak będą mieszkać koło elektrowni jądrowej, to będą świecić w nocy. Żadnej szczerości nie uświadczymy, żadnych realnych planów nie poznamy – przynajmniej nie bezpośrednio. Demokracja to teatr. Dziś oglądamy sztukę „Popadamy w panikę, by pokazać, jacy to troskliwi i odpowiedzialni jesteśmy” – podczas gdy w rzeczywistości chyba żaden Rozsądny Człowiek nie sądzi, że przez ten cały czas rząd (niemiecki w tym przypadku) nie wiedział, co to są te reaktory atomowe, które im tak sobie działają, a po wypadku w Fukushimie pacnęli się w czoło i zakrzyknęli – „Rany, ależ to przecież niebezpiecznie! WSZYSTKIE MI TU ELEKTROWNIE ROZJECHAĆ BULDOŻERAMI!”.

Nie. Na szczęście nie doszliśmy jeszcze do tej fazy demokracji, gdzie u władzy są absolwenci szkół specjalnych.

Dobrze, a teraz przejdźmy do tego, jak irracjonalny jest lęk przed atomem, patrząc na niego od strony bardziej technicznej. Zacznę od twierdzenia, które być może dla niektórych będzie wręcz hitchcockowskim wstrząsem – energia atomowa to najwydajniejsza i jedna z najbardziej bezpiecznych form pozyskiwania elektryczności. Pod względem bezpieczeństwa przebijają ją chyba tylko elektrownie wiatrowe i słoneczne. Nie będę oszukiwał, że jestem fizykiem jądrowym, ale zanim zacznie się klepać głupoty o nuklearnej zagładzie niczym baba ze wsi, warto posiąść choć podstawową wiedzę. Otóż, po pierwsze – stopień bezpieczeństwa współczesnych reaktorów jest wyśrubowany do takiego poziomu (głównie ze względu właśnie na te naciski społeczne), gdzie jakiś wypadek może się stać dopiero w naprawdę wyjątkowo niefortunnej sytuacji (np. tsunami). Po drugie – nawet jak już wydarzy się wypadek, nie ma on takich katastrofalnych skutków, jak by sobie tego życzyli panikarze (ta największa z największych katastrof, niewiarygodna tragedia, nieomalże apokalipsa – Czarnobyl – ma 30 [słownie: trzydzieści] oficjalnie potwierdzonych, bezpośrednich ofiar). Nie trzeba od razu opanowywać fizykę jądrową i budowę reaktora. Wystarczy rozumieć podstawy działania. Po pierwsze – wbrew potocznej opinii, nie ma takiej opcji, by awaria w elektrowni atomowej wywołała wybuch atomowy. Już przy samej bombie atomowej trzeba się nieźle napocić, by wybuchła ona tak jak trzeba. A reaktor się w bombę nie zamieni. Wybuch w Czarnobylu miał charakter chemiczny, nie jądrowy. Po drugie – współczesne reaktory są budowane tak, by przy jakichś usterkach występowało ujemne sprzężenie zwrotne – co oznacza, że jak coś idzie nie tak, to reaktor stopniowo zwalnia, aż się wyłącza. Reaktor czarnobylski był o tyle niebezpieczny, że w jego przypadku gdy coś szło nie tak – to produkowana energia wzrastała miast maleć. A mimo to i tak do katastrofy doprowadził eksperyment, który już w założeniu był całkiem niebezpieczny – a został przeprowadzony w skrajnie partacki sposób, który musiał wywołać katastrofę. Reaktor typu RBMK (używany w Czarnobylu) sam w sobie i tak jest bezpieczny – do dziś działają w Rosji bez żadnych problemów i jakoś nikt tam nie ma dwóch głów. Dla tych, co chcą wiedzieć więcej i dokładniej – link.

Dla tych, którym wszelka nauka ścisła jest obca, proponuję inne wyjaśnienie – elektrownie atomowe funkcjonują na świecie od lat ’50. Kilkadziesiąt lat setki reaktorów pracują bezustannie po dziś dzień. Ile znasz katastrof jądrowych? Czarnobyl – wspomniane 30 ofiar (plus może parę promili więcej zachorowań na raka tarczycy), ogólnie bardzo rozdmuchany wypadek. Parę osób może jeszcze kojarzy nazwę Three Mile Island – ofiar 0 (słownie: zero).

To trochę mało jak na tak „niebezpieczną” formę pozyskiwania energii, co nie?

I w Fukushimie nic także się nie stanie – bo nie ma po prostu prawa. Możliwe, że paru pracowników spotka przykre następstwo w postaci choroby popromiennej – ale w skali makro zarówno świat, jak i sama Japonia jest całkowicie bezpieczna. Wszelkie podejmowane środki bezpieczeństwa są wyłącznie po to, by uciszyć mediom japy, które by w przeciwnym razie kłapały na pierwszych stronach: „CI ATOMOWI SZALEŃCY NAS ZARAZ WSZYSTKICH POMORDUJO!”. Podobnie jest w Niemczech – bo nie wierzę, by rzeczywiście ktoś byłby tam aż tak głupi, by faktycznie rezygnować z energetyki atomowej – zwykle najlepszej opcji z możliwych. U nas jednak dalej rządzą ekoidioci, którzy swego czasu zablokowali budowę elektrowni w Żarnowcu – czym przyczynili się do dalszego zanieczyszczania powietrza przez elektrociepłownie. Że ja już nie wspomnę o ofiarach wśród górników w kopalniach węgla – ich jest o wiele, wiele więcej niż ofiar energetyki jądrowej.

Ci górnicy to ofiary ludzkiej ignorancji.

Reklamy

Informacje emes91
Ategotojużwogóle

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: