NOT DEAD YET

Ostatnio straszliwie zaniedbałem tego bloga. Moim głównym usprawiedliwienie powinno być, to że niby jest tam jakaś sesja – ale to trochę wstyd, że niby nie mam czasu, bo tyle kuję, ponieważ się boję, że nie zdam. Troszkę się powystrzelałem z tematów i brak mi weny, ale informuję, że pisać będę nadal. Na razie tylko przerwa.

Reklamy

Nie róbmy polityki – budujmy… tfu, zamykajmy stadiony

Wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że pan premier Tusk w końcu zdobył przezwisko, na które pracował od już długiego czasu. Pewien bloger ochrzcił go mianem „Kononowicza” – od idola politycznego, na którym pan Tusk zdaje się wzorować. A przede wszystkim na pamiętnym haśle „żeby nie było niczego”. Żeby nie było dopalaczy, żeby nie było hazardu, żeby nie było stadionów i innych pokus dla zagubionego, wymagającego opieki Polaka. Ale za to – żeby było poparcie i żeby była złuda jakiejś działalności, mająca zamaskować przebimbanie większości kadencji. Co do tego ostatniego – niestety, to może być nawet skuteczne. Ludzie mają krótką pamięć i już spotkałem się z głosami „TERAZ IM JUŻ NIE POWIECIE, ŻE NIC NIE ZROBILI”.

Szkoda tylko, że robią tylko rzeczy, których by lepiej dla ogółu nie robili. Tym bardziej, kiedy są one tak ewidentnie nastawione nie na jakąś korzyść dla tego styranego kraju i ludzi, tylko na korzyść dla rządu i jego słupków poparcia – najwyższej wartości w demokracji. Zamykanie stadionów jest tego najlepszym przykładem – pan premier postanowił zastosować się do znanej i sprawdzonej w obozach koncentracyjnych zasady odpowiedzialności zbiorowej i z powodu wybryków paru chuliganów (możliwe, że podstawionych, wg niektórych teorii spiskowych) ukarać wszystkich ludzi chcących się rozerwać w weekend, a także kluby, które ponoszą ogromne straty. Ukarać podobno całkowicie bezprawnie, ja tam nie wiem, ale czy to naprawdę ma jakieś znaczenie? Po tym, jak już prawo zostało bezceremonialnie zdeptane przy okazji delegalizacji dopalaczy i nikomu jakoś to nie przeszkadzało? Niestety, „państwo demokratyczne” i „państwo prawa” to dwa pojęcia pozostające ze sobą w wielkiej niezgodzie.

Jest nadzieja, że ten czysto populistyczny zabieg jednak się panu Donaldu Tusku nie opłaci. Wśród kibiców z pewnością definitywnie stracił poparcie – a to nie jest wcale taki mikroskopijny elektorat. Pozostaje niestety jeszcze masa, tak samo naiwna i głupia jak zawsze. Strach pomyśleć, jakich desperackich kroków podejmie się rząd, byle tylko uratować swoje stołki. Wszak premier zamknął te stadiony z niewątpliwym bólem serca, w końcu to znany fan futbolu, okazyjnie także piłkarz. W końcu to on nam pobudował Orliki – polską receptę na świetlaną przyszłość! Przejeżdżałem niedawno obok takiego – we wsi liczącej ze 200 osób, piękne boisko z oświetleniem nawet (!). Lampy nie świeciły, bo był dzień, za to sam Orlik oczywiście świecił pustkami. Stadiony Narodowe w miniaturze. Ale jednak coś nam ten rząd kochany buduje! Nie powiesz, że nie! Gdzieś widziałem nawet, że na Orliki wydaje się więcej niż na drogi. I nikogo to nie powinno dziwić, to całkowicie logiczne z demokratycznego punktu widzenia – co daje większe szanse na przetrwanie kadencji, jest ważniejsze. A Orliki niewątpliwie są zdecydowanie bardziej widowiskowe niż jakieś nikomu niepotrzebne drogi.

Ech, demokracja – demokracja nigdy się nie zmienia. Jak można popierać ustrój, w którym wszelka inwestycja, która zwróci się po okresie dłuższym niż kadencja, jest ze strony władzy działalnością charytatywną? Dokładnie charytatywną, bo jej się nie opłaca robić czegoś, co nie dość, że nie przełoży się pozytywnie na wynik najbliższych wyborów, to dodatkowo może wpłynąć na nie negatywnie (bo przecież „nic nie robią” – jak wiadomo, przyszłość dla masy nie istnieje, bo jej nie widać. Orliki widać). Sens ma jedynie ustrój, w którym korzyść dla narodu i państwa jest jednocześnie korzyścią dla rządzących. Obecnie jest to rozdzielone – państwo jest w stanie agonalnym, ale posłom diety jakoś nigdy nie zabrakło.

I tak to będzie trwało, aż nadejdzie bolesny upadek. Ten wydaje mi się nieunikniony, także biorąc pod uwagę działalność kolejnych rządów. Nawet Tusk, człowiek o, bądź co bądź, liberalnych korzeniach, robi wszystko na opak, jeśli miałoby się na celu ratowanie państwa – tj. podwyższa podatki i zwiększa wydatki na coraz większą administrację. Ratowanie państwa jednak wyraźnie nikomu na sercu nie leży i odnoszę wrażenie, że te wszystkie działania mają jeden tylko cel – nachapać jak najwięcej kasy, póki jeszcze można. Teza strasznie prymitywna i wręcz naiwna, ale szczerze – biorąc pod uwagę klasę naszych polityków, nie zdziwiłoby mnie to. Im jeno kury szczać prowadzić, jak to rzekł onegdaj marszałek Piłsudski.

Jenzyk jest naszom własnościom

Pojawienie się i spopularyzowanie Internetu przyniosło wśród skutków między innymi pewien szok. Jako że ludzie porozumiewają się tutaj głównie pisemnie, wyszło na jaw, że sporo ludzi ma z tym problem. Z pisemnym porozumiewaniem się. Dość „wątpliwa” ortografia stała się charakterystyczną cechą internetowych wypowiedzi, ale w ostatnich latach jest tendencja do surowego tępienia takiej „tfurczości”. Tendencja, która moim zdaniem przyjmuje czasem niewłaściwe i zbyt agresywne formy.

Żeby nie było nieporozumień – nie widzę niczego fajnego w „ortach”. Nie szukam też dla siebie usprawiedliwienia, bo go zresztą nie potrzebuję – z pisownią języka polskiego akurat nigdy nie miałem większych problemów). Uważam, że nieumiejętność poprawnego pisania do pewnego stopnia świadczy o człowieku. Wszak ortografię i interpunkcję przyswajamy głównie przez czytanie, z czego można wyciągnąć logiczny wniosek, że piszący „poprawnie inaczej” mało czyta. Co oznacza, że prawdopodobnie nie jest zbyt… mądry. I te wnioski będą trafione dla zdecydowanej większości przypadków. Bo większość może zasłaniać się dysleksją (co swoją drogą jest głupotą do kwadratu, bo dysleksja to kłopoty z czytaniem, nie z pisaniem, i teoretycznie nie ma nic wspólnego „ortami”), ale „prawdziwych” dysortografów są ułamki. Reszta jest leniwa i tyle. Dlatego robienie błędów na każdym kroku z pewnością nie powinno być pochwalane – lepiej dać takiemu delikwentowi odczuć, że w ten sposób nie zdobędzie uznania.

Taka mała dygresja – na nieszczęście, „dowolna” ortografia zaczęła się rozprzestrzeniać poza fora dyskusyjne. Kompromitujące byki na portalach informacyjnych to wcale nie taka rzadkość. Czasem zdarzają się nawet w telewizji. Ale ewidentne błędy ortograficzne to pół biedy – ja nie wspomnę o błędach bardziej subtelnych. Na przykład interpunkcja, która zwykle leży kompletnie i jest to już w zasadzie standardem. Mało kto w ogóle to zauważa, gdyż, jak zauważyłem, mało ludzi tak naprawdę zna interpunkcję. Kiedyś nawet widziałem wręcz żenujący błąd interpunkcyjny w reklamie – ale już nie pamiętam, jaki konkretnie. Pamiętam za to w TVN24 tytuł newsa „Komórki polaków”. Tak, „Komórki” dużą, „polaków” małą. Interesująca logika. Błędy interpunkcyjne zdarzają się nawet w książkach, które przecież przechodzą korekty. Zwykle jednak mam odczucie, że autor nie tyle nie zna zasad stawiania przecinków, co uparcie wdraża własne. Ale jeszcze „inty” można znieść – chyba, że przecinek akurat ma kluczowe znaczenie dla sensu zdania.

OK, więc już ustaliśmy, że jak ktoś strzeli byka, to mu pogrozić paluchem i w ogóle – wskazać, gdzie i jaki błąd, można też dorzucić uwagę w stylu „słownik nie gryzie”, w porządku. Ale jednak czasami odnoszę wrażenie, że wytykanie błędów staje się nieco zbyt… intensywne i traci swój pierwotny cel – zamiast polepszyć poziom pisowni „winowajcy”, ma na celu jedynie go zgnoić i podreperować ego atakującemu „językowemu Gestapo”. Idealny przykład takiego działania podsunął mi nasz ukochany bloger Kominek (rany, ktoś mi może powiedzieć, czemu go czytam, bo ja nie mam pojęcia). Rzeczony Kominek umieścił ostatnio u siebie wpis, na którym odpowiada na pytania zadawane przez czytelników. Oto jedno z nich:

18. Z kąd pomysł na pisanie bloga, a nie jak reszta Polski pracowanie od świtu do zmierzchu?
Jesteś debilem i wstydzę się, że mam jednego czytelnka, który nie wiem nawet jak zadać pytanie nie robiąc kompromitującego ortografa. Won z bloga.

Przykład jaskrawy i dobitny. Zamiast wytknąć czy nawet lekko wyśmiać, a potem przejść do meritum – pan Kominek wybrał opcję polegającą na zmieszaniu z błotem, kompletnie nie odnosząc się do sedna sprawy, którym było pytanie (nieco idiotyczne, co prawda, ale wszystkie tam takie były). Wiadomo, że koleś się nie popisał, ale jednak wyzywanie kogoś od debili, bo ten popełnił jeden, mały w dodatku (ponieważ, z tego, co gdzieś słyszałem, pisownia „z kąd” była kiedyś jak najbardziej poprawna – „skąd” jest sztucznym tworem komisji ds. ortografii, która dostosowała pisownię do wymowy) błąd, uważam za żałosną próbę samodowartościowania się, bo ktoś zrobił błąd, a ja nie. Opieram się tu na pojedynczym przykładzie, ale wierzcie mi, że to dość powszechne zjawisko – grupa zakompleksionych nerdów skupia się na wyszukiwaniu błędów i znęcaniu się nad językowymi zbrodniarzami, jednocześnie ignorując kwestię merytoryczną ich wypowiedzi. Nje tendy droga.

Abstrahując od błędów – inną sprawą jest działalność językowego gestapo, która polega nie tylko na wyłapywaniu byków, ale także tępienie wszelkich zapożyczeń i sformułowań w ich ocenie niestosownych, bo zbyt „niepolskich”. „Apdejtować”, „hejcić”, „luknąć” – lepiej być ostrożnym, używając takich sformułowań, bo możemy się narazić jakiemuś puryście. Tego już nie rozumiem kompletnie. Istnienie jakichś państwowych urzędów ds. języka polskiego, które arbitralnie ustalają sobie, jak ma wyglądać nasz język, jeszcze mogę przełknąć ze względu na to, że w dzisiejszym świecie globalizacji i ze względu na potrzeby administracji jednak lepiej, gdy jasne i wszędzie te same reguły są ogólnie obowiązujące. Ale należy zrozumieć, że język podlega ewolucji niemal tak samo jak gatunki – i dlatego należy pozwolić na pewną elastyczność. Gdyby w X wieku wszyscy byli takimi purystami, to dziś mówilibyśmy X-wieczną polszczyzną. Na polski w przeciągu stuleci ogromne piętno odcisnęło wiele języków – francuski, rosyjski, łacina. A dzisiaj jest to angielski – i nie wiem, jaki jest sens walczyć z tym zjawiskiem. Język musi się rozwijać. Dlatego nie dajmy się wszelkim narzekaczom, którzy nie pozwolą na najmniejsze odstępstwo od ich ukochanych reguł, nawet uzasadnione.

JEEEEEEE OSAMA IBN LADEN NIE ŻYJE!

Nareszcie będę mógł poczuć się bezpiecznie! Przez ostatnią dekadę nie zmrużyłem oka, bo wiedziałem, że ON gdzieś tam się czai!

Oczywiście, to taki żarcik, z okazji takiej, że różne media próbują z tego zrobić zdarzenie, które ma jakikolwiek wpływ na nasze życie. W TVN24 ponoć naprawdę powiedzieli, że „od tej chwili możecie Państwo spać spokojnie”. No dzięki, kurwa, już nie muszę spać z mamą.

Zabicie człowieka, o którym nie słyszano w zasadzie kompletnie nic od paru ładnych lat i który, jeżeli nie umarł na nerki w 2002 roku (jak to głoszą niektóre teorie), zajmował się głównie zabawą w chowanego (niestety, nie udało mu się pobić światowego rekordu – 11 lat, 2 miesiące, 26 dni, 9 godzin, 3 minuty i 27 sekund). I raczej nie był aż takim geniuszem, by nie dało się go zastąpić i Al-Kaida się rozpadnie. Więc na dobrą sprawę – zabicie jakiegoś człowieka odpowiedzialnego (rzekomo, hehe) za zbrodnię sprzed 10 lat nie ma znaczenia.

Za to możemy sobie z tej okazji poobserwować cyrk w telewizorniach. Takie sytuacje coraz bardziej mnie utwierdzają w przekonaniu, że dzisiejsze media to farsa. Jakieś dziennikarzyny zdążyły już nawet z dumą upublicznić zdjęcie martwego ibn Ladena, które zaraz potem okazało się być fotomontażem – i to żenującej jakości:

Ja rozumiem, że takie czasy, teraz wszyscy są łakomi na sensację – ale jakieś resztki klasy wypadałoby zachować. Są to jednak płonne nadzieje, bo współczesny dziennikarz nie jest ani klasowy, ani wykształcony. To zwykle jakaś pannica po studiach, która generalnie nie rozumie tego, co się do niej mówi, ale wie, co trzeba wyciąć, by wyszło „ciekawie”. I tak przez najbliższe dni będziemy pewnie uparcie karmieni tym njusem, jakby to było najważniejsze wydarzenie w naszym życiu. W końcu jesteśmy bezpieczni!

A podchodząc do tego bardziej poważnie – trochę mi to wszystko śmierdzi. Osama ibn Laden od lat był jedynie pretekstem służącym do usprawiedliwiania wielu różnych działań USA i jej armii. Nie liczyło się już w zasadzie to, czy on żyje, czy nie – ważne, że mógł żyć, dlatego nie możemy jeszcze wycofać wojsk, proszę państwa. Jednakże ta sztuka miała już za dużo aktów – a wymagała jakiegoś rozwiązania. I oto mamy deus ex machina – w postaci Obamy, który ni stąd, ni zowąd ogłasza, że przeprowadzili operację i ibn Laden kopnął w kalendarz. Eee, jakieś oficjalne zdjęcia? Nie ma. To może ciało? Eeee, pochowaliśmy je w morzu. Nic to, że to wbrew muzułmańskiej tradycji, nie zadawajcie pytań.

Jakoś to wszystko podejrzane – czemu, skoro mieli lokalizację Osamy, po prostu nie otoczyli go paroma dywizjami i nie powzięli żywcem? W sensie, teoretycznie jeżeli naprawdę tam był, to pewnie w trakcie akcji popełniłby samobójstwo – ale co szkodziło spróbować? Coś wątpię, by rząd USA z własnej woli zrezygnował z takiej okazji do polepszenia sobie notowań poprzez zrobienie pokazowego procesu „najgroźniejszemu terroryście wszech czasów” – tak, jak pochwycili i zrobili proces Saddamowi Husseinowi. Nie jestem może ekspertem militarnym, ale nie wydaje mi się, by takie zadanie przerastało amerykańskich komandosów.

Zresztą – to tak naprawdę nieważne, czy Osama zginął dzisiaj, czy parę lat temu. I tak był on duchem – istniał on tylko w niepotwierdzonych nagraniach publikowanych w Al-Jazeerze. Przynajmniej nie będą nas już nim męczyć – ani Amerykanie nie będą mogli się tłumaczyć koniecznością jego pochwycenia. Byle sobie tylko nie znaleźli innego pretekstu.