Wiedźmin 2: Zabójcy Królów

Rzadko się zdarza, by w kraju nad Wisłą tyle się wszędzie mówiło o grze komputerowej. U nas raczej wciąż pokutuje nieco… dewocjonalne (czy dewotyczne, czy jakieś tam, może właśnie wymyśliłem to słowo) podejście do tematu gier w ogóle – głównie dzięki poszukującym sensacji mediom, które co pewien czas mają w zwyczaju kreowanie jakiegoś Wielkiego Zła, co nam dzieci demoralizuje. Dlatego cieszę się, bo Wiedźmin przełamał pewne bariery – okazuje się, że gra komputerowa to nie jest rozrywka tylko dla nieodpowiedzialnych „wiecznych chłopców”. To może być dojrzała, poważna produkcja, przeznaczona dla dorosłych ludzi, także tych właśnie „odpowiedzialnych” i nie-tak-znowu-młodych mężczyzn (czy kobiet też, a co tam). Wiedźmina 2 doceniono nawet na najwyższym szczeblu Powagi i Odpowiedzialności, bo, jak wielu zapewne słyszało, pan prezydent Bronisław Komorowski wręczył egzemplarz „naszej” gry prezydentowi Barrackowi Obamie. Naprawdę, byłem pod wrażeniem. Jeśli Obama zagra choć minutę, to obecny Rząd będzie chyba mógł dokonać pierwszego wpisu na „liście sukcesów”, pffhyhy.

Wiedźmin urósł do rangi naszego głównego towaru eksportowego, jest grą, którą wymienimy na pierwszy miejscu, gdy jakiś obcokrajowiec zapyta, co u nas takiego stworzono. Jest to o tyle ciekawe, że w ostatnich latach akurat powstało całkiem sporo bardzo dobrych tytułów, które są dziełami polskich twórców. Wiedźmin jednak, chyba jako jedyny, „polski” (czy może bardziej ogólnie – „słowiański”) charakter, przez co jest najbardziej reprezentatywny dla nas, Polaków. Jak Ukraińcy mają swojego S.T.A.L.K.E.R.-a, tak my mamy Witchera. A kiedy jeszcze opiera się na kawale dobrej, polskiej literatury – rozgłos jest gwarantowany. O Wiedźminie mówi się wszędzie, wszyscy się nim jarają (Wykop to dosłownie był nim zaspamiony) i tworzy się poczucie, że jeśli nie kupiłeś tej gry, to jesteś jakiś dziwny.

No więc kupiłem. Za bardzo przyzwoitą cenę 80 złotych (chyba pierwszy raz opłaciło się życie w Polsce), dostając za to zestaw godny edycji kolekcjonerskiej. Niestety, przydatność i wartość niektórych jest wątpliwa. Płyta ze ścieżką dźwiękową i wywiadami – fajna rzecz. Poradnik, a w zasadzie solucja przejścia – cholernie przydatne. „Replika” orena – już trochę mniej, ale fajny gadżet, doceniam, choć monety zbierałem przez rok mojego życia, gdy byłem małym chłopcem. Mapa świata gry – też cool, dla tych, co lubią się wczuć w klimat gry. Pamflet Jaskra – już trochę na siłę dodane, nie jakoś wybitnie napisane, więc wiele wysiłku w to nie włożyli. No i najgorsze – dwie badziewne, kartonowe figurki do złożenia. Przepraszam, ale czy ja jestem dzieckiem z Bangladeszu (i to do tego z najniższych warstw społecznych), że sobie pomyśleliście, że się z tego ucieszę? Ucieszyła się moja siostra, która to sobie złożyła, a teraz wala mi się to gdzieś po kątach, czekając na wywalenie do śmieci. No ale OK, doceniam dobre chęci. Przejdźmy do samej gry.

Nie ukrywam, że zamierzam nieco zadziałać na przekór temu zbiorowemu orgazmowi, którego doznają recenzenci i gracze, zwłaszcza z naszych stron. Rozumiem, że to polska gra, bardzo fajnie, ale zachowajmy nieco obiektywizmu. Dlatego pozwolę sobie zacząć od rzeczy najmniej przyjemnych – czyli od warstwy technicznej. Która ssie, gryzie piach, doprowadza do rozpaczy i wyrywania włosów.

Okej, żeby była jasność – grafika jest bez wątpienia przepiękna. Jest to absolutna czołówka, jeśli chodzi o dzisiejsze tytuły. Problem w tym, że cieszyć się nią mogą ludzie z NASA ze swoimi komputerami – a u zwykłych śmiertelników może 5% ma wystarczająco mocnego kompa, by odpalić Wieśka na najwyższych detalach. Mimo tego, na niższych gra wciąż wygląda bardzo dobrze. Problem w tym, jakim kosztem się to odbywa. Optymalizacja pozostawia bardzo dużo do życzenia. Tak samo płynność. Tekstury notorycznie wczytują się na naszych oczach, co wygląda fatalnie. Ba, tekstury to pół biedy – czasami robi to całe otoczenie. Nierzadko się zdarzało, że wbijałem sobie do miasta i me oczy raczył widok wiszących w powietrzu ludzi, gdyż nie załadowały się żadne obiekty, budynki, w zasadzie nic oprócz podłoża i wspomnianych ludzi. Chwila zwiechy – i wszystko się dopiero cudownie pojawia.

Nie można powiedzieć, by Wiedźmin był brzydki

Aha, devy przed premierą coś tam gadali o znacznym zmniejszeniu liczby ekranów ładowania (coś tam 4 zamiast 17 – nie mam pojęcia, o co im chodziło). Nie wierzcie tym perfidnym kłamcom. Ładowania nie jest wcale dużo mniej niż w pierwszej części. A na pewno jest go w dalszym ciągu zdecydowanie za dużo. Niby silnik gry pozwala na generowanie całego świata – ale i tak co jakiś czas musi się ratować ekranem ładowania i krótką przerwą, ew. nie doczyta tekstur, jak to wspomniałem wyżej. Oprócz tego – ja osobiście połowę czasu gry spędziłem, czekając na wczytanie się sejwa. A to dlatego, że w około 50% przypadkach ten w ogóle nie raczył się załączać. Mogłem się tylko gapić do usranej śmierci w tego przeklętego węża goniącego własny ogon – dopóki nie wyłączyłem gry przez menadżer zadań. Jednakowoż nigdzie w necie nie spotkałem się z kimś, kto miałby podobny problem. Może to tylko tak u mnie. Niestety, pomoc techniczna CD Projektu nie raczyła mi odpowiedzieć, gdy im to opisałem. Więc opiszę to tutaj – hehe, in yo face, gnoje. 20 czytelników tego bloga pozna prawdę.

To będzie częsty widok, gdy będziecie grali w Wiedźmina 2. Przyzwyczajajcie się

Twórcy bardzo się chwalili silnikiem stworzonym specjalnie na potrzeby gry. Oczywiście, to są głównie marketingowe przechwałki. Ów silnik ma wiele wad. Przede wszystkim – korzystanie z drabin, drzwi i wskakiwanie na półki skalne. Odbywa się to nie w jakiś normalny sposób, a za pomocą kliknięcia, które sprawia, że Geralt odprawia cały rytuał. Rytuał, którego nie da się w żaden sposób przerwać, nawet groźbami i łzami. Więc jeśli przez przypadek klikniecie myszką, w niefortunny sposób znajdując się koło drabiny – będziecie zmuszeni obserwować, jak nasz Biały Wilk bardzo starannie, szczebelek po szczebelku, wspina się po drabinie niczym ten kominiarz. A potem będziecie musieli zejść. Co do drzwi – jest to istotnie zauważane przez niemal każdego recenzenta, którego czytałem. Autentyczna sytuacja wzięta z gry – zmierzamy całą, około 10-osobową grupą, do jakiegoś celu. Napotykamy drzwi. Co się dzieje? Wszyscy członkowie rzeczonej grupy ustawiają się w kolejce – po czym każdy po kolei otwiera drzwi, przechodzi przez nie, starannie zamyka za sobą drzwi, otwiera drzwi, przechodzi przez nie, zamyka za sobą… Po prostu kpina. A najlepsze, że mimo wszystko twórcy naprawdę mogli to rozwiązać w lepszy sposób. A to dlatego, że w niektórych miejscach są drzwi, które po otwarciu przez jakiś czas pozostają otwarte i można przez nie w miarę swobodnie przechodzić. Ale, jak wspomniałem – to cecha przypisana tylko niektórym egzemplarzom tego wyjątkowego urządzenia. Kiedy widze takie rzeczy, zastanawia mnie – czy twórcy w ogóle grali w swoją grę, skoro nie zauważyli tak rzucających się w oczy utrudnień i bugów?

Wspomnę jeszcze o systemie walki – bo ten uległ sporym zmianom względem pierwszej części. Ja osobiście nie narzekałem na system z jedynki, ale to dlatego, że nie walka stanowi dla mnie esencję gry RPG i zwykle dążę do tego, by ją po prostu zakończyć,  a nie czerpać z niej radość. Jednak bitwy z pierwszej części były przedmiotem sporej krytyki, dlatego zmieniono to w sequelu. Teraz walki mają bardziej zręcznościowy charakter – bardzo istotne stały się uniki, bloki, kontrataki i przede wszystkim – używanie wiedźmińskich znaków. Tych jest pięć i każdy jest na swój sposób użyteczny – jednak po jakimś czasie myślę, że każdy gracz ograniczy się do jednego czy dwóch „ulubionych” czarów, których będzie używał. Ja na ten przykład leciałem w zasadzie wyłącznie na Quen – czyli obronnej tarczy przenoszącej obrażenia na przeciwników. W początkowej fazie gry jednak czerpałem użytek także z Aardu, Yrdenu i Axii. Igni nie lubię z powodów nawet sobie nieznanych.

Skoro już jesteśmy w tym temacie, powiem o poziomie trudności. Napotkałem na wiele narzekań, jakoby Wiedźmin był bardzo ciężką grą. Mogę się z tym zgodzić jedynie połowicznie – mianowicie Wiedźmin 2 powiela cechę części pierwszej. Cechę, która polega na tym, że początki przechodzimy z taką miną, drugą część z taką, a trzecią z taką. Mówiąc dokładnie – owszem, wiele razy zginąłem w tej grze, ale jakieś 80% zgonów pochodziło z prologu i pierwszego aktu. Ostatnim momentem, który sprawił mi jakąś trudność (tzn. musiałem wczytać grę więcej niż 2 razy), była walka z bossem na końcu 1. aktu (nie chodzi mi o Kejrana). Cała reszta gry to już były wakacje. Nie jestem pewien, czy to dlatego, że mam w zwyczaju dokładnie przechodzić gry, a nie speedrunić, co Wiedźmin w wyjątkowy sposób nagradza. W każdym razie – im dalej w las, tym łatwiej.

Przejdźmy w końcu do IMHO najważniejszej części takich gier, czyli do fabuły. Wszak bazowanie na literaturze Sapkowskiego zobowiązuje, i to bardzo mocno. Akcja gry dzieje się krótko po zakończeniu pierwszej części, a główna oś fabularna opiera się na tajemniczych Królobójcach, z których jednego Geralt uśmiercił w outrze Wiedźmina 1. Choć historia rozpatrywana osobno z pewnością trzyma najwyższy poziom, mam pewne wątpliwości co do zachowania spójności z częścią pierwszą. Chodzi o to, że odniosłem lekkie wrażenie, iż Wiedźmin 1 nie był zrobiony z myślą o eksportowaniu sejwa do sequela. Powoduje to parę zgrzytów, z których największy pojawia się już na samym początku gry: w jedynce „mój” Geralt związał się z Shani, a i tak początek drugiej części to naga Triss w łóżku Geralta. Nie no bardzo miło z jej strony, ale WTF? Owo pytanie „WTF?” pozostaje bez odpowiedzi przez całą grę, ponieważ o Shani (czyli o jednej z najważniejszych postaci pierwszej części) w ciągu całego Wiedźmina 2: Zabójcy Królów nie ma ani jednego, najmniejszego słowa wzmianki. Bardzo poważne niedopatrzenie, a może świadome pójście na łatwiznę?

Poza tym jednak, jak już wspomniałem, fabuła Wiedźmina 2 jest jedną z najlepszych, jakie oferują współczesne gry. Choćby z tego względu, że jest to jedna z nielicznych gier naprawdę dla dorosłych. Bo jest dla dorosłych nie ze względu na brutalność (w takie gry to i tak wiadomo, że głównie dzieci grają) i nawet nie ze względu na bardzo odważne sceny erotyczne. Wiedźmin 2 ma bardzo dojrzałą fabułę, która ukazuje okrucieństwo i niejednoznaczność tego świata w całej krasie. Nie ma tu czarno-białych postaci i wyborów rodem z Mass Effecta czy jakiejś bajki Disneya. Niejednokrotnie będziemy zmuszeni podjąć decyzję, której najchętniej byśmy w ogóle nie podejmowali, bo, jak to stwierdziła jedna z bohaterek opowiadania Sapkowskiego – „Istnieje tylko Zło i Wielkie Zło, a za nimi oboma, w cieniu, stoi Bardzo Wielkie Zło. Bardzo Wielkie Zło, Geralt, to takie, którego nawet wyobrazić sobie nie możesz, choćbyś myślał, że nic już nie może cię zaskoczyć. I widzisz, Geralt, niekiedy bywa tak, że Bardzo Wielkie Zło chwyci cię za gardło i powie: >>Wybieraj, bratku, albo ja, albo tamto, trochę mniejsze<<.”

Ten screen nie ma akurat zbytniego związku. Po prostu go wrzucam, bo mi się "ściana tekstu" robi.

Postaci również są ciekawie napisane, mają swoje motywy i swoje na sumieniu. Nie ma tu rycerzy w lśniących zbrojach ani bezwzględnych złoczyńców, którzy zabierają lizaki małym dzieciom, bo sprawia im to przyjemność, gdyż są „źli”. Oprócz charakterów znanych nam z jedynki pojawiły się, rzecz jasna, nowe, z których prym wiedzie nieco makiaweliczny Vernon Roche oraz elf Iorweth, którego celną charakterystykę Roche wygłosił na początku 1. aktu – „zwykły skurwysyn”.

Choć, formalnie rzecz biorąc, to angielski jest głównym językiem tej gry, to jednak dialogi są wyraźnie pisane przez Polaków pod polski język, a angielskie teksty są wtórne wobec nich – dlatego to polski jest tak naprawdę „pierwszym” językiem tej gry, i dlatego nie wyobrażam sobie grania w Wiedźmina w innym języku (tak samo jak we wszystkie pozostałe tytuły gram z oryginalnym językiem – czyli angielskim w 99% przypadków). Wyższość polskiej wersji ujawnia się już przy samej postaci Geralta – ten angielski przy Jacku Rozenku brzmi jak jakiś pospolity przyjemniaczek. Głosy pozostałych postaci pierwszoplanowych również trzymają wysoki poziom, jednak mam dużo uwag co do głosów postaci drugo- i trzecioplanowych. Nieraz w ich przypadku aktor mówił tak wymuszonym i sztucznym głosem, że odniosłem wrażenie, iż o mało się nie zesrali.

Podsumowując – gdybym tu dawał grom jakieś liczbowe oceny, na pewno nie dałbym Wiedźminowi 2 10/10. Zdecydowanie za dużo jest w nim niedoróbek i błędów, głównie natury technicznej. Mimo tego, jest to jedna z najlepszych gier ostatnich lat, a z pewnością najlepszy RPG, choć, mówiąc szczerze, w tym gatunku nie ma zbyt wielkiej konkurencji, bo strasznie ostatnio RPG-y popsuli. Nie jest to gra idealna, ale ma ogromny potencjał i biorąc pod uwagę postępy, jakie dokonały się od czasu części pierwszej – część trzecia może nam zniszczyć mózgi. Bo CD Projekt Red to wciąż studio, które stawia na kontakt z fanami i same jest złożone z ludzi, którzy naprawdę lubią gry – a nie widzą w nich tylko sposób na zarobek.

Reklamy