Ale głupi ten hałs…

…jakby zapewne skrótowo ujął Obeliks to, co dziś napiszę.

Jeżeli chodzi o seriale i w ogóle o wszelką kinematografię, to jestem tak do tyłu, że trudno to sobie wyobrazić. W zasadzie nie widziałem większości z tak zwanych „klasyków”, jakoś wyszło, że mnie nigdy do ruchomych obrazków nie ciągnęło. Do książek zresztą też nie, żebyście nie myśleli, że w tym czasie się zaczytywałem. Raczej się po prostu opieprzałem i oglądałem filmiki na jutubie, takie jak ten:

(sry, musiałem to umieścić – rzadko się zdarza, bym płakał ze śmiechu)

Ale akurat „Dr House” wlicza się do tego niewiarygodnie wąskiego grona seriali, które obejrzałem (bo jeszcze jest „Kompania braci”. I chyba wszystko. Nie udało mi się skończyć pierwszego sezonu „Skazanego na śmierć”). Wszyściutkie odcinki, jeden po drugim. Jakoś tak wyszło, że się przełamałem i zacząłem śledzić, i mnie wciągnęło. W sensie, wciągnęło na początku, a potem trzymało mnie chyba przyzwyczajenie bardziej. O tym mniej więcej jest ten wpis zresztą.

No, chyba każdy wie, o czym mówię, bo każdy kiedyś zaczynał oglądać House’a i wie, co do niego głównie przyciągało. Ni to komedia, ni to dramat medyczny, a wiadomo, że i tak oglądało się głównie dla Grześka i jego tekstów, a reszta stanowiła dla większości mało znaczące tło. Mnie, co prawda, interesował jeszcze aspekt medyczny – to jedno z mojego miliarda zainteresowań – ale dla przeciętnego widza długie nazwy leków i chorób mogłyby być losowymi słowami, bo i tak mało kto by to ogarniał.

Hałs, choć w zasadzie przez większość czasu był zabawny, z pewnością komedią nie był, albo przynajmniej nie chciał być – wszak przecież ludzie umierali i w ogóle. Czasem nawet im wychodziły ciekawe i smutne historie, a cały serial co jakiś czas był okraszany charakterystyczną, nihilistyczną filozofią. Więc było to coś wahającego się między lekkością i zabawnością, ot taki serialik na weekend, a momentami przygnębiającą atmosferą, w której odczuwamy, że świat jest zły i smutny, ludzie umierają, panta rhei i tym podobne. Dawało to w sumie ciekawy efekt, ale generalnie pomysł, na którym opierał się serial, zaczął się zużywać. W ogóle i zwłaszcza w szczególe – wszak o „kreatywności” scenarzystów dra House’a opowiadano dowcipy. Zaistniały więc potrzeby zmian – i od tego momentu już zaczęło się psuć.

BÓG NIE ISTNIEJE JESTEŚCIE WSZYSCY GŁUPI TROLOLOLOLOLO

Przede wszystkim – postać ekscentrycznego doktora była tak charakterystyczna, że aż za bardzo. Więc, po pierwsze – zaćmiewała wszystkie inne. Twórcy walczyli z tym na wszystkie sposoby, wymienili nawet całą ekipę House’a, wprowadzali inne, charakterystyczne postacie, takie jak Lucas – wszystko na nic. A jednak serial kręcący się wokół jednej osoby może jednak nudzić. Po drugie – trochę ciężko uwierzyć, że ktoś tak nietypowy jak House może sobie tak ciągle żyć, nie zmieniając się. I próbowali go zmieniać – a pierwszą próbą było wyleczenie mu nogi. Nie pomogło, więc po paru odcinkach okulawili go znowu. No genialne. Okazało się także parę razy, że House bez Vicodinu to nie House. Po prostu beznadziejna sprawa. A wydawałoby się, że nie aż tak skomplikowana jest postać mizantropa, który całe otoczenie traktuje jak plac zabaw, w którym cokolwiek nie zrobisz, nie ma to wielkiego znaczenia – więc możesz się pobawić. House z intrygującego i zabawnego, stawał się powoli irytujący.

O wspomnianej już schematyczności każdego odcinka opowiadają już legendy, i w zasadzie to dopiero od stosunkowo niedawna zaczęli to „zwalczać”. W ostatnich dwóch sezonach mamy już całkiem sporo odcinków, w których nie choroba pacjenta jest głównym tematem, a jakieś osobiste perypetie poszczególnych postaci – nie tylko House’a, bo przecież trzeba przypomnieć widzom, że są jeszcze inni w tym serialu – czyli nijaki Wilson, któremu doktorr Dom mógłby spalić dom, a ten i tak by nic pewnie na to nie powiedział, bo jest takim wielkim przyjacielem, no i wiedźmowata Cuddy, kobieta wyzwolona z objawami syndromu „jestem stara i nikt mnie już nie chce, więc będę pracować dzień i noc”.

Nawet aspekt medyczny przestał przyciągać – chociaż serial od początku był pod tym względem nieco wyolbrzymiony. No bo idea wydziału, gdzie trafiają najfantastyczniejsze i najrzadsze przypadki bardzo zróżnicowanych chorób z całego świata wydaje się mało realna. Ale jakoś szło to przełknąć, ale idzie coraz trudniej. No chyba kiedyś im się muszą te choróbska wyczerpać, i widać to coraz wyraźniej, kiedy kolejne przypadki stają się coraz bardziej wymyślne, a House&Spółka z.o.o rozszyfrowują je w coraz bardziej niewiarygodny i zawiły sposób. Staje się to powoli groteskowe i momentami odnoszę wrażenie, że nie oglądam jakiegoś realistycznego serialu, że oglądam rzeczy, które mogłyby się naprawdę wydarzyć. Że to jakieś fantasy, science-fiction czy inne coś.

Obejrzałem wszystkie dotychczasowe odcinki – to, co House zrobił w tym ostatnim (siódmego sezonu), jest dobrym ukazaniem tego, co się dzieje z tym fajnym kiedyś serialem – stał się dziwny, absurdalny, niezrozumiały, niewiarygodny i przejaskrawiony. Jest to dobry moment, żeby to zakończyć i wstydu oszczędzić, w zasadzie powinno to się zrobić już wcześniej. Bo z House’a zrobiona tasiemca, a formuła tego serialu po prostu na to nie pozwala i tego nie toleruje, więc efekty widzimy. Niestety jednak, ósmy sezon ma wyjść. Zapewne go obejrzę, bo przyzwyczajenie, bo może House powie czasem coś zabawnego – ale szkoda. Lepiej chyba jednak było zejść ze sceny „niepokonanym”, a nie dalej to ciągnąć, a ci nieliczni, pozostali widzowie będą myśleć „niech on się już powiesi, albo coś”.

Kiedy dziennikarstwo zmienia się w parodię

Naprawdę, były czasy kiedy miałem swój nieco idealistyczny obraz dziennikarstwa. Obraz, z którym związane były takie pojęcia jak bezstronność, rzetelność i umiłowanie prawdy. Dziennikarz nie zmyśla, nie szuka na siłę sensacji, mówi o rzeczach istotnych, nie pozwala, by jego poglądy uniemożliwiło mu sporządzenie obiektywnego sprawozdania, jego celem jest szerzenie informacji, a nie wzbudzanie emocji i tworzenie iluzji. Różne brukowe twory pokroju „Faktu” trochę mi ten obraz burzyły, ale hej – nikt przecież nie może być idealny, ale klucz, żeby ideał istniał, by można było doń dążyć.

Niestety, ten obraz już dawno umarł, nie wytrzymał starcia z jak zawsze brutalną rzeczywistością. Współczesny dziennikarz to hiena, rzadko ma wykształcenie mające jakąkolwiek wartość, zależy mu wyłącznie na jak największej oglądalności/poczytności/klikalności, gra na uczuciach, manipuluje faktami, wykazuje kompletny brak taktu, obiektywne czy chociażby alternatywne zapatrywanie na jakąś sprawę jest mu kompletnie obce, wygłasza opinie i sądy na podstawie nikłych przesłanek, czyniąc niekiedy krzywdę ludziom, z lubością rozpisuje się na tematy, o których nie ma żadnej, rzetelnej wiedzy, nierzadko wprowadzając więc w błąd setki ludzi i przyprawiając o zawał serca ekspertów z danej dziedziny. Oprócz tego w zasadzie nie istnieją już stacje czy gazety, których misją jest szerzenie prawdy samo w sobie – ponieważ zawsze są one opłacane przez określone spółki, firmy i grupy, które w zamian oczekują, nie owijając w bawełnę, korzyści – a te są ogromne, bo w dzisiejszych czasach kto ma media – ten ma władzę nad umysłami ludzi, a w demokracji kto ma władzę nad ludźmi – ten ma władzę w ogóle. Dlatego też dziennikarzy nie obchodzi już ten mój ideał, a ich zadaniem jest po prostu służenie nie ludziom, a tym, co go opłacają.

Mój ideał jest martwy – w ogóle to czy kiedykolwiek żył? Nie jestem w sumie pewien – tak się mówi tylko o „starych, dobrych czasach”, ale w końcu mnie tam nie było. Z drugiej strony, ten mój wzorzec skądś się musiał wziąć.

Cóż, zazwyczaj nie piszę takich tekstów bez jakiegoś bodźca i w tym wypadku owym bodźcem było to, co miało miejsce już jakiś czas temu (już taki leniwy chłopak jestem) na antenie TVN24, serwisu podającego się za informacyjny, oglądanego przez miliony Polaków, więc mającego istotny wpływ na opinie wielu z nich. A miało miejsce to:

http://www.wykop.pl/link/800559/fakty-po-faktach-bosak-i-richardson/

Polecam obejrzeć, bo to naprawdę daje dobry pogląd, w jakim stanie jest polskie dziennikarstwo. Okej, ja rozumiem, ze to program publicystyczny – ale kiedy formuła programu jest taka, że jest prowadzący i dwóch gości, to raczej powinno być tak, że to goście się gryzą, a prowadzący pełni rolę mediatora. Tymczasem tutaj mamy dosyć nierówną walkę 2vs1, gdzie jeden z gości został zaproszony w charakterze „oszołoma”, którego przez cały czas antenowy się obśmiewa, zakrzykuje i zadziobuje, by pokazać społeczeństwu, kto tutaj jest Głównym Złym niczym z bajki Disneya, który chce nam zniszczyć nasze piękne państwo i psuje nam wielką radość z tego, że akurat przyszła nasza kolej na objęcie przewodnictwa w UE (co, oczywiście, nie ma żadnego znaczenia, ale ciiiii, bo Ryczardsą usłyszy i nas tu zaleje szczebiotliwym bełkotem o tym, jak jest wspaniale i w ogóle nie jest tak, że jakiś dług publiczny i państwo w ruinie, więc cieszmy się i tańczmy).

I w ogóle to potępienie i pogarda w głosie… no po prostu słodkie. Oglądałem to i zbierało mi się na wymioty od tej obrzydliwej, najprymitywniejszej propagandy (głównie z ust pani Richardson, panią prowadzącą może ograniczały nieco resztki przyzwoitości, które wynikały z jej roli), która sugeruje nam, że jeżeli nie zesraliśmy się z radości, że przez pół roku Polska będzie pełnić mało znaczącą funkcję, to jesteśmy jacyś dziwni. A wiadomo, takiego dziwnego, jak pan Bosak, trzeba zaszczebiotać, zakrzyczeć, wyśmiać, powiedzieć, że nic nie wie o życiu, powiedzieć, że pewnie w domu pali Żydów i morduje gejów i w ogóle jest głupi i śmierdzi. Tak się prowadzi merytoryczną dyskusję w dzisiejszych czasach. Jakbyście nie wiedzieli.

Oj, rząd tak rozpaczliwie potrzebuje sukcesów, że musi je aż wymyślać. W takim razie na przyszłość – zapraszajcie kogoś mniej rzetelnego niż pan Bosak, kogoś, kogo można łatwiej wyprowadzić z równowagi. Pan Krzysztof dzielnie wytrzymał bezustanny ostrzał przez cały program, mnie na jego miejscu szlag by trafił co najmniej z pięć razy. Ale tak to jest, jak się wyznaje poglądy nieprzystające do „normalnych”, tak to jest, jak się nie lubi Unii i nie czci się jej codziennie hekatombą (za to czci niebotycznymi podatkami i posłusznością wobec absurdalnych przepisów – niestety przymusowo) – to tak dla tych, którzy wierzą w jakąś wolność poglądów na tym kontynencie. Po prostu propaganda tak prymitywna, że aż przywodzi na myśl niechlubne czasy ZSRR – tylko dziś zamiast „kułaków” i wrażych agentów, mamy faszystów i pedofilów.

Swoją drogą – pani Richardson przez cały program była wesolutka i obłudnie miła, ale po programie ostatecznie wyszła jej słoma z butów tam, gdzie wielu ludziom wychodzi – na Facebooku.

http://niezalezna.pl/13040-bosak-pozwie-monike-richardson

W skrócie – pani Richardson nazwała Bosaka „neofaszystą” i „świnią”. O ile drugie dowodzi po prostu niewiarygodnego (zwłaszcza, jak na kobietę) chamstwa, to pierwsze z kolei dowodzi albo kompletnej ignorancji – albo obrzydliwego wyrachowania. Wszak jak dzisiaj chce się kogoś oszkalować, to się nazywa go faszystą – nieważne, czy to określenie jest choć trochę adekwatne do rzeczywistości. Akurat idea megapaństwa, które ingeruje w życie obywateli i ogranicza ich wolność „dla ich dobra” jest o wiele bliższa faszyzmowi niż liberalne poglądy pana Bosaka, ale kto by tam na to zwracał uwagę. Ciemny lud to kupi. Tam jest zresztą więcej takich kwiatków – np. nazywanie wypowiedzi Bosaka „bezprawnymi” – no po prostu boskie! Albo nazywanie ludzi wykazujący sceptycyzm wobec Unii „naiwnymi”… No nie powiem, ciekawa interpretacja.

A tak w ogóle – zauważcie, że w sumie pan Bosak przez cały program nie stracił równowagi i praktycznie nie dał pani Richardson powodu do takiej agresji. Co więc spowodowało taką transformację ze rozszczebiotanej, rozchichanej panieneczki z pustostanem we łbie w plującą jadem stalinówę?

„Więc przypuszczenie myśl nieufną biesi…” – osobiście wolę chyba nie myśleć, że istnieją ludzie, którzy byliby zdolni do takiego zachowania sami z siebie, bo uważają to za słuszne. Dla mnie to są solidne przesłanki, że pani Richardson w istocie solennie wykonuje polecenia „z góry”. Ktoś może uznał, że niezbyt dostatecznie obrzuciła gównem Bosaka w trakcie programu, więc musiała nadrobić zaległości na innej arenie. Tak bajdełej – jak już zapoznałem się z tą historią, zastanowiłem się – ciekawe, jakie konotacje rodzinne ma kochana pani Monika? I okazało się, że ma – kuzynka Piotra Kraśki, czyli powiązania z rodziną z esbeckimi tradycjami.

Nie, żebym coś sugerował…

„Po co mi matematyka” – no zaraz traf mnie szlagi

Tak, tak, wiem, że strasznie zaniedbałem mojego blogaska ostatnio – w zasadzie nie mam usprawiedliwienia, bo już grubo po sesji, ale ani nie miałem pomysłu, ani ochoty, by pisać. Po prostu. Głupio by było jednak teraz sobie odpuścić, dlatego uprzedzam, że wpisy będą się pojawiać.

Ja sobie skończyłem sesję, a tymczasem w setkach gospodarstw domowych rozległy się krzyki rozpaczy lub radości, bo ludzie otrzymali wyniki ze swoich tam jakichś śmiesznych matur. I jak co roku wybuchły dyskusje, że tam za łatwe albo za trudne, albo że coś powinno być, a nie było, a że coś jest niepotrzebne (to zwykle mówią ci, co oblali z danego przedmiotu). Oprócz tego, że podciąganie wyników zdającym zepsuło nieco krzywą Gaussa (w sensie, że jest coś bardzo dużo wyników mieszczących się idealnie na progu zdawalności), ponownie rozgorzała Odwieczna Batalia o obowiązkową matematykę – i coś czuję, że to będzie już stały element corocznego, pobitewnego krajobrazu maturalnego.

Od razu wyklaruję swoje stanowisko – skoro już mamy tę publiczną edukację i ogólnopolską maturę, to dla mnie wprowadzenie obowiązku zdania matmy to jedna z najlepszych rzeczy, jakie się przytrafiły ogólnie gryzącej dno polskiej oświacie. IMHO wszelkie protesty przeciwko temu wynikają z tego, że niektórzy ludzie nie potrafią zmierzyć się z faktem, że ludzie, którzy nie potrafią opanować królowej nauk na podstawowym poziomie, po prostu nie zasługują na to, by móc się chwalić zdaną maturą. Z tego samego powodu wszak mamy również obowiązkowy polski, i jakoś nie słyszę pojękiwań „ścisłowców” (być może dlatego, że oni generalnie nie mają problemów ze zdaniem). Część ludzi uważa określanie matematyki jako „królowej nauk” za patetyczny, pusty slogan, nie rozumiejąc, jak trafne i słuszne jest to określenie – matematyka to jakby matryca, jest podstawą wszystkiego i ludzie, którzy jej nie znają, po prostu nie zasługują na to, by zajmować się nauką. Jakąkolwiek. Bo, jak to powiedział Kant (a to humanista, czyż nie?) – „W każdej nauce jest tyle prawdy, ile jest w niej matematyki.”

Ale, oczywiście, nie wszyscy się zgodzą. I są to prawie wyłącznie ci, którzy (a to niespodzianka!) nie potrafią ogarnąć swym rozumkiem matmy. Ale to nie oni oczywiście są głupi. To ona jest! I tak oto mamy list rozgoryczonej dziewuszki, wysłany do Wyborczej:

http://wyborcza.pl/1,95892,9882464,Nie_jestem_glupia_czy_leniwa___list.html

No ludzi trzymajta mnie, bo mnie zara pieruny łogniste szczelo. Polecam lekturę, bo naprawdę mamy tutaj pokaz, jak wygląda współczesna, polska młodzież – generalnie nic nieumiejąca, ale z przerośniętym ego i z roszczeniową postawą. Naprawdę, przyda im się ta lekcja życia, którą za parę lat dostaną (ta wspomniana dziewuszka pewnie wcześniej – „Zdam maturę w sierpniu, wyjadę z Polski, pozwiedzam trochę świata, pójdę do pracy, będę się rozwijać, chłonąć życie, będę wolna i może napiszę książkę?” – no już to widzę).

I w ogóle to retoryczne pytanie – „I to jest życiowa wiedza?”. Tak, kurwa, jest. Podstawa wszystkich nauk jest życiową wiedzą. A rachunek prawdopodobieństwa tym bardziej – to jeden z bardziej życiowych działów. Bo ludzie mają w zwyczaju w szacowaniu prawdopodobieństw posługiwać się heurystykami, które czasami mogą ich doprowadzić do bardzo mylnych wniosków. Nigdy nie zapomnę, gdy na demotywatorach (to były czasy, kiedy jeszcze był sens wchodzić na tę stronę czasem, a twórczość żałosnych emo-nastolatków nie stanowiła jeszcze 95% jej zawartości) była wielka dyskusja – czy wylosowanie w Lotku liczb 1, 2, 3, 4, 5 i 6 jest mniej prawdopodobne niż wylosowanie jakiejś innej, „normalniejszej” kombinacji. I przysięgam – ogromna ilość ludzi broniła „twierdzenia”, że tak. I czasami nawet miała tupet nazywać durniami tych, co sądzą, że prawdopodobieństwo jest takie samo.

Chciałbym, żeby to już się nie powtórzyło.

Ja nie jestem jakimś ścisłowcem o skłonnościach sadystycznych – ba, uważam się za humanistę. Ale tu chodzi o pewne dosyć jasne reguły. Matura to dokument, który (przynajmniej w założeniu) ma poświadczać, że osobnik go posiadający ma wiedzę, którą powinien posiadać każdy człowiek uważający się za w miarę wykształconego. OGÓLNĄ wiedzę. więc jeżeli ktoś jest, za przeproszeniem, tak tępy, że nie może zdać matmy na poziomie tych 30%, to zwyczajnie na ten papierek nie zasługuje. I tyle. I w obliczu takiego czegoś to, że ktoś ma zyliard punktów z czego innego, nie ma żadnego znaczenia. Jesteś dobry/-a w jakiejś dziedzinie, ale nie posiadasz podstawowej wiedzy ogólnej. Więc nie masz matury.

Dodatkowo matura działa jako przepustka na wyższe uczelnie. Czyli już na zajmowanie się nauką na poważnie. A jak ktoś nie potrafi zdać banalnie prostej matematyki, to od wszelkiej nauki powinien trzymać się z dala. Także od tej „humanistycznej”. Wstyd by tylko przynosił.

Bo, swoją drogą, ja już rzygam tymi „humanistami”, którzy z humanizmem nie mają nic wspólnego, ale nazywają siebie tak, bo „nie lubią przedmiotów ścisłych”. To wy nie jesteście humaniści. Wy jesteście zwykłe tępaki. Ja miałem 98% z matury z matmy, i tak – to sprawia, że uważam się za prawdziwego humanistę, u mad. To w sumie smutne, bo z tego powodu klasy humanistyczne w szkołach stały się takim rynsztokiem – bo 90% ich składu stanowią ci, którzy po prostu chcą uciec od matmy. Więc jeżeli w przyszłości dalej będziemy mieli nieszczęście borykać się z publiczną, obowiązkową oświatą – to ja swoje dziecko wyślę do klasy matematycznej. Niezależnie od jego zainteresowań. Bo w klasie humanistycznej można się zmarnować, ucząc się wraz z facetami, których jedyną życiową ambicją jest tak naprawdę „żyć tak, by się nie narobić”, oraz wraz z laskami, które jedyne, co umieją robić dobrze, to nie napiszę co, żeby zachować jakiś poziom jeszcze na tym blogu.

Ale żeby nie było – nie życzę przecież źle tej panience od listu. Uniknięcie studiów pewnie jej wyjdzie na dobre, bo zmarnowałaby tam zapewne 5 lat życia. A tak, to skoro jest taka dobra, za jaką się uważa – niech napiszę tę książkę. Chętnie to zobaczę. Ale od matmy na maturze – wara.