Bądźmy hipsterami, grajmy w alternatywę

Nie tak dawno narzekałem na poziom współczesnych gier – że są w większości strywializowane, proste i efekciarskie. Cóż, kiedy producenci mogą łatwo zadowolić klienta poprzez ładną grafikę, to nie ma sensu się wysilać. Niepotrzebny jest już pomysł i grywalność, tak jak było to wcześniej, kiedy różne Amigi i Commodore’y nie dawały wielkich możliwości w kwestii wizualnej – a przecież coś trzeba było zrobić, by ludzie grali w te gry. Więc może dźwięki były ze spikera, ale za to był pomysł i chciało się w to grać. Pomysły jednak kiedyś się kończą, a ładnej grafiki jest pod dostatkiem, dlatego większość dzisiejszych gier  jest wtórna i nudna.

Właśnie jednak zaczęło się to zmieniać. Po oszołomieniu przez nagły skok możliwości, jaki zawdzięczamy rozwojowi  technologii komputerowej, ludziom jednak zaczęło się nudzić, że z roku na rok robimy to samo, ale więcej, głośniej i ładniej. Zaczęły powracać do łask gry z pomysłem, proste i grywalne, niskobudżetowe i pod względem grafiki archaiczne. Chyba każdy z nas nie raz wolał pobawić się przy grach on-line, mimo że na kompie miał o wiele „większe” produkcje. Jakieś tower defence’y, minitycoony, coś o zombiakach, proste gry logiczne. Wszystkie nie imponują grafiką, ale za to jest w nich coś, co sprawia, że ciągle chce się w nie grać (tym bardziej, im ważniejsze są rzeczy, którymi powinniśmy się akurat zająć). Jednak nie tylko gry online, ale także te wydawane „konwencjonalnie” zaczęły zdobywać coraz większą popularność.

SpaceChem – jedna z nielicznych gier, w przypadku której pokusiłem o zakup, co nie było zresztą takie trudne, bo jak niemal każda gra indie – nie jest droga. Ta produkcja jest przyprawiającą o ból mózgu grą logiczną, w której, najogólniej mówiąc, układamy algorytmy tworzące związki chemiczne. Tych, którzy na dźwięk nazwy jakiejś nauki ścisłej bledną, śpieszę uspokoić, że, jak sami twórcy przyznają, SpaceChem nie ma nic wspólnego z prawdziwą chemią. Nie chodzi o to, że pierwiastki w nim się pojawiające są fikcyjne, ale po prostu by go ogarnąć, nie potrzebujemy magistratu z chemii czy nawet czwórki z tego przedmiotu w liceum. To jednak nie sprawia, że jest to gra łatwa – po pierwszych etapach, które pełnią rolę samouczka, gra systematycznie i bezlitośnie podwyższa trudność aż do poziomu, w którym łeb nam kopci, a problemy, które trzeba rozwiązać, nie dają nam spać. Zapewne nie każdy tak lubi, powiedziałbym nawet, że tylko garstka – ale jak każda gra „niszowa”, SpaceChem nie jest raczej grą dla każdego. W miarę postępów w grze nie ograniczamy się już do robienia projektów pojedynczych reaktorów, ale także całych łańcuchów produkcyjnych, pojawiają się także nawet zadania „obronne”. SC ma nawet jakąś fabułę, której przedstawienie odbywa się po prostu w formie pojawiające się co jakiś czas kolejne „strony” powieści słowem pisanym opowiadające historię naszego życia. Postawione nam zadania są nawet w pewnym związku z tą „fabułą”, ale równie dobrze można to kompletnie olać i nic się nie stanie. Jest jeszcze jeden fajny element – po ukończeniu zadania nasze osiągnięcia zostają porównane na tle innych graczy. Mnie to skłania do ciągłego poprawiania mych „dzieci”, mimo że przecież już zadanie wykonałem i wcale nie muszę do niego wracać.

Mój wieloletni kolega Mega Dziwny Koleś (czy jakoś tak) pokusił się o poruszenie tematyki bardzo mi bliskiej, bo rynku gier Indie, który to śledzę, kocham i szanuję. Kolega Koleś całkiem świadom tego faktu poprosił mnie, bym przelał z mych ust trochę miodu, aby ktoś w końcu zaczął to czytać. Nie ma na to szansy, ale to temat o tyle ciekawy i niedoceniany ( szczególnie w naszej Ojczyźnie), że postanowiłem dokonać jego promocji wśród tej połowy tuzina ludzi , którzy rocznie wchodzą na niniejszą stronę.

Minecraft- czyli Wydobywaniowytwarzanie, z pozoru sugeruje dość toporną rozgrywkę. Jednak jest to jedna z najlepszych gier w jakie miałem szansę w swoim życiu zagrać. I jest na bardzo dobrej drodze by stanąć na podium, bo na razie jest dopiero na etapie wersji Beta. A czym jest Minecraft? Niestety i na całe szczęście nie sposób jest użyć do opisu tej gry porównania z inną, już istniejącą produkcją.  A w zasadzie istnieje, i nazywa się Infiniminer. Nie przyda się nam ta nazwa ponieważ nikt o takiej grze nie słyszał,  niemniej to właśnie ona zainspirowała genialny umysł Markusa Perssona (czyli dla Minerdów Notcha), który to samodzielnie stworzył wczesne wersje omawianej tutaj gry.  No dobra, ale o co tam chodzi? Pierwszy kontakt ze światem Minecrafta może się wydawać brutalny. Jesteśmy sobie ludzikiem w samym środku wielkiego (w zasadzie nieograniczonego) świata zbudowanego z sześcianów. I nic więcej. Nie ma wesołego staruszka, który nas wita i pokazuje jak postawić pierwsze kroki (w ogóle jak to klimatycznie brzmi: „ Wędrowcze, by poruszać się do przodu naciśnij W”). Jesteśmy tylko my i niezbadany świat. Ktoś marny mógłby pomyśleć „A niech to, nie mam czasu na takie głupoty” i pójść jeść ziemniaki. Jednak Prawdziwy Gracz pozostanie niezrażony, sięgnie po Internety i w mig odnajdzie się na swojej wyspie, zaśnieżonej dolinie czy lesistych wzgórzach (tak, generator terenu działa losowo i obsługuje biomy). Więc w końcu – o co chodzi? Oficjalnie chodzi o to, o co każdemu stworzeniu kiedykolwiek stąpającemu po ziemskim padole – o przetrwanie. Inna sprawa, że stworzenia ziemskie rzadko muszą budować fortece chroniące je przed armiami zombie, truposzy, pająków i innych paskudztw. Te wraże watahy (dobre zdanie na dyktando) pojawiają się jedynie w nocy, a wraz ze wschodem słońca ulegają spaleniu, pozwalając nam na wypełznięcie z kryjówki i kontynuowanie rozbudowy fortecy czy realizację jakiegokolwiek innego celu, łącznie z budową komputera, cyfrowego wyświetlacza czy gigantycznego Jezusa ze Świebodzina. I wreszcie dochodzimy do sedna sprawy – w Minecrafcie wydobywamy surowce takie jak drewno, kamienie, srebro, czerwony piasek etc., które służy nam do budowy fortec, budowli, pomników, torów kolejki czy nawet bramek logicznych. I tutaj też według mnie tkwi cała radość z obcowania z Minecraftem – pozwala powrócić do czasów, gdy jako berbeć budowaliśmy fortece z klocków Lego, ale w dużo bardziej rozbudowanej formie. Przy odrobinie samozaparcia każdy może wybudować swój ogromny drapacz chmur, most, osiedle domków jednorodzinnych, Stadion Stulecia czy cokolwiek innego. Przedmiotów do stworzenia jest cała masa – obecnie, za Minepedią (tak, Minecraft ma własną Wikipedię) jest ich 141. Oczywiście jeżeli ktoś nie chce poświęcić całego tygodnia na budowanie Wieży Saurona w grze, może pozostać przy założeniach pierwotnych, wczuć się w niesamowity i niepowtarzalny klimat, tworzony dzięki stylistyce (jak ktoś powie że Minecraft jest brzydki to się w ogóle nie zna, wcale a wcale) oraz bardzo, bardzo dobrze dopasowanej muzyce. Niestety po pewnym czasie rozgrywka jednoosobowa przestaje być interesująca, ponieważ nie stawia przed graczem żadnych celów. Za to daje ogromny wachlarz możliwości- wspomniane wydobywanie i budowa, hodowla roślin, łowienie ryb, polowanie na Creepery w celu konstrukcji bomby atomowej, tworzenie własnych stawów hodowlanych i jezior lawy, sztucznych wysp, zalążki hodowli zwierząt a nawet budowa portalu do Piekieł (oficjalnie The Nether). Na szczęście kupno  gry daje dostęp do multiplayera, w którym możemy na nowo czerpać radość z rozgrywki – wystarczy znaleźć tylko jakiś serwer z Miłymi Ludźmi (nie należy wtedy biegać po całej mapie i palić wszystkiego, gdyż Mili Ludzie potrafią banować). Bardzom się rozpisał,  a przecież czeka na nas jeszcze jedna gra o której chciałbym wspomnieć, mianowicie…

Braid – każdy grał w Mario. To oczywista prawda. Jednak Mario, wiadomo, skacze sobie po potworkach, wskakuje z rury do rury i zbiera monety. Jest fajnie, ale mogłoby być NAPRAWDĘ ZACNIE,  gdyby dodać, powiedzmy, genialną oprawę artystyczną, manipulację czasem i plansze nie tyle sprawdzające w jakim stopniu jesteśmy powiązani z Naczelnymi w kwestii sprawności, ale sprawdzające jak dobrze kombinujemy. Pora ogłosić coś kompletnie niespodziewanego – taka gra powstała, a jej tytuł widnieje zaraz u góry. Jako jedna z niewielu produkcji, Braid jest świetnym podłożem do dyskusji o tym, czy gry mogą być traktowane na poważnie jako dziedzina sztuki. I jednocześnie świetnym argumentem w rękach zwolenników tej teorii. Od pierwszego momentu rozgrywki oczywistym jest, że obcujemy z czymś więcej. Ręcznie malowane tła, specyficzny styl graficzny i świetna ścieżka dźwiękowa  (wykorzystująca głównie instrumenty klasyczne) tworzą spójny, absolutnie unikalny klimat. Jednocześnie historia w tle, w bardzo mglisty sposób opowiadająca o pewnej dziwnej miłości, daje dodatkową motywację, by poznać jej znaczenie i samo zakończenie. Jednak mnogość interpretacji, z których najbardziej prawdopodobne są całkowicie zaskakujące dla kogoś, kto powierzchownie podszedł do fabuły gry, powoduje że nie jesteśmy w stanie od razu spokojnie odejść od produkcji i odhaczyć ją na liście pozycji „zaliczonych”. Sama rozgrywka natomiast, jak zresztą w większości odnoszących sukcesy gier niezależnych, bazuje na pomyśle. Na pomyśle o którym wspomniałem – by do pozornie prostej platformówki dodać elementy manipulacji czasem. I tak mamy do dyspozycji ciągłą, nieograniczoną umiejętność cofania i przyspieszania czasu, a w trakcie rozgrywki równolegle do niej pojawia się bardzo wiele wariacji – na przykład czas na planszy jest uzależniony od naszej pozycji – przy poruszaniu się w przód czas płynie normalnie, gdy cofamy się, wszystkie stworzenia i mechanizmy na planszy wracają do swojego stanu sprzed chwili. Nie rozpisując się dalej, mogę szczerze polecić zapoznanie się z powyższymi produkcjami, ponieważ jest to doświadczenie absolutnie unikalne, szczególnie w czasach robienia gier pod schemat, w których rozgrywka nie różni się niemal niczym.

Się rozpisał, a i tak nikt nie przeczyta, bo przecież nikt nie gra w takie niszowe gry.

Nie, no dobra – gra coraz więcej ludzi i to mnie cholernie cieszy. Nie ze względu na to, że tak mi zależy na rozrywce innych ludzi. Chodzi o to, że ci wielcy producenci nie mogą pozostać obojętni na to, że tracą konsumenta. Magia kapitalizmu – gdy konkurencja oferuje coś nowego, zaoferuj to samo. Dlatego może dzięki rozwijającemu się rynkowi gier niezależnych ci „growi” potentaci ograniczą serwowanie nam kolejnych wtórnych i nudnych części Call of Duty, a zamiast tego sami spróbują jednak bardziej się wysilić – z korzyścią dla nas, bo jednak grafika to nie wszystko.

Możecie przyśpieszyć ten proces poprzez wykupienie wszystkich niszowych gier na Steamie! (Zobaczymy, jakie mam wpływy. Przewiduję prawdziwy boom gier indie.)

P.S. Przepraszam za jednodniowe opóźnienie, ale nic nie poradzę, że schetyna jest TAKI GŁUPI.

Reklamy

Informacje emes91
Ategotojużwogóle

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: