Lepiej tego nie czytaj…

…bo w tym wpisie światło dzienne ujrzą poetyckie arcydzieła! Moje nawet. Próbki posmakowaliście  na koniec tego wpisu – więc jeśliście się jednak zdecydowali na przeczytanie tego, to możecie się odpowiednio przygotować mentalnie. Tworzę gdzieś od półrocza i trochę tak głupio pisać do szuflady, bo bez sensu jest się oszukiwać, że pisze się „dla siebie” (dobre sobie, wyluzuj stary, nie jestem aż tak wymagający, byś musiał dla mnie pisać – przyp. mojej drugiej jaźni). A jako że mam jakiegoś bloga podobno, to na nim to upublicznię.

Na początek dla porządku – powtórka z rozrywki:

Choć nie wiem, jakie dusz ludzkich zajmuje połacie
wspólny rewir
Piszę z tego, co stanowi o istocie postaci
– myśli i trzewi
Gdy czasem mózg uwalnia się z pętów
dziennego schematu
Dziwna oczywistość wyłania się z kręgów
dziwnego tematu
Gdy ocierając się o świadomości kres
wewnętrzną rozmową
Zdajesz sobie sprawę, że ta postać w lustrze jest
naprawdę TOBĄ?
Że z morza, co kryje naszego ego lodową górę
pod warstwą lica
Część z tego, co przed obcym odgrodzone murem
to nie tajemnica
Czuję wtedy, jakbym swoimi wodził palcami po
poznania granicach
Jak cała Istota uniwersum tego jest mną
jak w drzewie żywica
Bo tylko ja jestem, domem – moich myśli gród
z ostrokołem groźnym
A jedynym kompanem kukła o stawach ze śrub
i oczach próżnych
I jeszcze te dłonie – jaki sekret, co go strzegą,
się ujawni w słońcu?
Nie wiem, czy chcę wiedzieć – bo boję się tego
co na ramion końcu
Więc samym zostanę – i jaźń ma zaklęta
w szkatułce ciasnej
I rozpacz daremna – bo niezniszczalne pęta –
zgrozo – tylko „własne”!
Kto mi odpowie na me pukanie z wewnątrz
Wpuści gwiazdę dzienną?
Komu mogę rzec: „Wieko skrusz! Z resztą zjednocz!”?
Chyba śmierci jeno…

Me najnowsze „dzieło” – taka historyczno-filozoficzna refleksja o postaci, którą wszyscy znają, a tak naprawdę niewiele o niej wiadomo:

Bywają na kartach historii postacie
Z których to się ostało, co się kojarzy
Surowy gubernator o nierozdartej szacie
O rzymskich rysach, o okrutnej twarzy

Oto Piłat Poncki – cokolwiek jest ponura
to osoba, i szczególnych jej znaków
nie odmówisz – szaty prestiżowej purpura
i biczem wykutych w Króla ciele braków

Czym Ci zawinił, bezduszny urzędasie
ten szalony Żyd, samozwańczy król?
Gniewu Sanhedrynu w całej jego krasie
Nie zwolniłeś skrajnie napiętych strun!

Różne obrazy Piłata, lecz różnice małe
między nimi, bo na tragiczną figurę
składa się czy to cynik, co ma skałę
za serce, czy tchórzliwy gryzipiórek

Lecz przecież nie tak umówione było
Krew Sprawiedliwego – rzecz Hebrajczyków
A Bezsilnemu woda w misce skryła
Brud odpowiedzialności – klątwę polityków

W czasie nocy Historii słyszę jego skargę
„Czemuście umowę złamali? Włożyli w poczet cieni?
Czy nie spadnie na mą spieczoną wargę
Kropla przebaczenia, co mój byt odmieni?”

Jaki to tragizm w sytuacji – być przypartym
do ściany, aż Płacz uczyni z niej swe mienie
Motłoch krwią się żywi – pokarm życia warty
Z polityką ponownie przegrywa sumienie

Więc czy o specyfice postaci tej istnienia
Spekuluje Ewangelista, czy też Bułhakow
Żal mi człowieka – z urzędem, lecz bez imienia
Bo na takie szczegóły – Historia skąpi znaków

Tutaj moje tramwajowe przemyślenia – doświadczenie cokolwiek nowe dla mnie (tramwaje, nie przemyślenia), bo do Łodzi się przeprowadziłem z okazji studiów. Bardzo lubiłem jechać tramwajem, teraz już mniej.

W tramwaju numer dziewięć
Przeżuwam losu dziegieć
W pustej w miarę przestrzeni
Oparty o okno
Za którym światło aut mieni
się, a ludzie mokną
A ja tu bez problemów
I zajęć na tę chwilę
Od kłopotów rozlewu
Chroni mnie przywilej
siedzenia za szybą
Co świata rozmycie
brudem sprawia – i szyną
jadę, prostą jak życie

W tramwaju numer dziewięć
Mógłbym bez końca siedzieć
Tu mam i spokój, i ciszę
Tutaj mam azyl
Świat zza okna przeglądam jak klisze
W ciszy, ze sztilu oazy
Na Kopcińskiego furkot
i kołysanie mnie wrzuca
w senność, a furtką
jedyną drzwi – z tym, że skróca
czas jej bytu dalszy ruch do celu
Lecz ja chcę wiecznie dążyć doń
Bez obowiązków i w tramwaju trelu
Ukajając obolałą skroń

W tramwaju numer dziewięć
Nieważne, czy w żalu, czy w gniewie
Czy będąc w problemów bogactwie
Czy w ich biedzie
Mogę być w tym odciętym, mniszym bractwie
Bo tramwaj wszak sam jedzie
Więc o nic się martwić nie muszę
Każdy kłopot utopię w Styksie
Każdą emocję zduszę
Więc żal, gdy wieść w grypsie
W postaci stacji paliw
Dotrze do mózgu, że skręcę
w Narutowicza, i do celu w oddali
mnie ciało poniesie – choć nie chcę

Ten wiersz byłby dobrym uzupełnieniem do tego wpisu.

Człowiek jest zerem
W melodii wszechświata zakłócenia szmerem
Niszczy harmonię wiedzy przekonaniem
Fikcji swoich kart prowadząc rozdanie
Na gmachu tego świata dobudują nowy
I pełni są dumy ze swojej alkowy

Człowiek jest niczym
Boga nawet z jego pracy chce rozliczyć
A sam tworzy zgoła karykatury
Niedoścignionej w pracy swej natury
Oczy ich zaćmione prawdy tylko grudy
Widzą i ubiorą tak, by utrzymać złudy

Człowiek jest śmieciem
Ale resztę śmieci sam rozdepcze, zmiecie
Myśląc, że lepszy, dbając o swe ego
Mocarny heros – tak zwierzę może go
Widzi, nie widząc, jak się łatwo kliny
Wbija w miękkie mózgi norwidowskiej gliny

Tak można sobie mówić z pozycji Boga
Lub ten, co stojąc na palcach, wyższego zgrywa
Lecz z nieba do ziemi jest daleka droga
Cały obraz zakłóca mi perspektywa
Ta koncepcja z natury mej jest mi wroga
Lecz muszę uznać, choć zgryźliwość rozrywa
Wszystkim jest człowiek
A zwłaszcza ten mój

A to jest, zdaje się, mój pierwszy utwór. A o czym to, kto zgadnie?… Czy zechce zgadnąć?

Idziemy na dno
Chociaż jest to celem naszym
Jakiś opór w sercu się stwarza
Przed powiększaną ciężką pracą maszyn
Warstwą płynu, co miażdżenie wdraża
Nie ma komu powierzyć duszę swą
Idziemy na dno!

Idziemy na dno
Wszędobylską grozę tworzą odmęty,
Która przeszywa mózgi na wskroś tych,
Co trzymają strach swój zaklęty
W nerwowym śmiechu i dowcipach sprośnych
Bledną bogowie przed otchłanią tą
Idziemy na dno!

Idziemy na dno
A tunel powrotny już zasklepiony
Bo gdy się właściwy sobie rozjusza
żywioł, tu zużyty i rozrzedzony
Ten miast zbawczo spoić – nadmiarem ogłusza
Choć chęci nasze w inną stronę lgną
Idziemy na dno!

Idziemy na dno
Wypalone umysły objąć tylko mogą
Mikrokosmos rozmiarów ze stali cygara
Lepko przepływa przesycony trwogą
Czas mierzony sekundnikiem zegara
Rzutu szufli żwiru o kadłub ton
Idziemy na dno!

Noce i dnie
Różnic nie mają w powietrznej oazie
Gdzie w brudnych ciał i mózgów wspólnocie
Wspólna myśl i obawa się wspólnie rozłazi
Po świadomościach rozmytych w duchocie
Że na rozpaczy, zgnieceni szczytnie
Jesteśmy dnie…

 

To by było tyle. Uspokajam, że to się raczej więcej nie powtórzy.

W ogóle zauważyłem ciekawą rzecz – żaden z tych wierszy nie ma tytułów. Jakoś nie odczułem potrzeby ich nadawania – lub nie miałem pomysłu.

Reklamy

Informacje emes91
Ategotojużwogóle

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: