Nie, nie zapomniałem o swoim blogasku

Ostatnio nic tu nie ma.

Nie obiecuję, że coś będzie.

Ale wbrew pozorom, to wcale nie z lenistwa – po prostu zacząłem działać na innych frontach.

Po pierwsze – wkręciłem się w fandom MLP. Zostałem jednym z autorów strony For glorious Equestria.

Po drugie – odbiło mi zupełnie i zacząłem kręcić gejmpleje z różnych gier. Tę żenadę możecie ujrzeć na moim kanale.

Ale blog nadal działa, o to bądźcie spokojni. [patos]Nie porzucę swych korzeni[/patos].

Tylko temat się musi pojawić.

Reklamy

NOT DEAD YET

Ostatnio straszliwie zaniedbałem tego bloga. Moim głównym usprawiedliwienie powinno być, to że niby jest tam jakaś sesja – ale to trochę wstyd, że niby nie mam czasu, bo tyle kuję, ponieważ się boję, że nie zdam. Troszkę się powystrzelałem z tematów i brak mi weny, ale informuję, że pisać będę nadal. Na razie tylko przerwa.

Jenzyk jest naszom własnościom

Pojawienie się i spopularyzowanie Internetu przyniosło wśród skutków między innymi pewien szok. Jako że ludzie porozumiewają się tutaj głównie pisemnie, wyszło na jaw, że sporo ludzi ma z tym problem. Z pisemnym porozumiewaniem się. Dość „wątpliwa” ortografia stała się charakterystyczną cechą internetowych wypowiedzi, ale w ostatnich latach jest tendencja do surowego tępienia takiej „tfurczości”. Tendencja, która moim zdaniem przyjmuje czasem niewłaściwe i zbyt agresywne formy.

Żeby nie było nieporozumień – nie widzę niczego fajnego w „ortach”. Nie szukam też dla siebie usprawiedliwienia, bo go zresztą nie potrzebuję – z pisownią języka polskiego akurat nigdy nie miałem większych problemów). Uważam, że nieumiejętność poprawnego pisania do pewnego stopnia świadczy o człowieku. Wszak ortografię i interpunkcję przyswajamy głównie przez czytanie, z czego można wyciągnąć logiczny wniosek, że piszący „poprawnie inaczej” mało czyta. Co oznacza, że prawdopodobnie nie jest zbyt… mądry. I te wnioski będą trafione dla zdecydowanej większości przypadków. Bo większość może zasłaniać się dysleksją (co swoją drogą jest głupotą do kwadratu, bo dysleksja to kłopoty z czytaniem, nie z pisaniem, i teoretycznie nie ma nic wspólnego „ortami”), ale „prawdziwych” dysortografów są ułamki. Reszta jest leniwa i tyle. Dlatego robienie błędów na każdym kroku z pewnością nie powinno być pochwalane – lepiej dać takiemu delikwentowi odczuć, że w ten sposób nie zdobędzie uznania.

Taka mała dygresja – na nieszczęście, „dowolna” ortografia zaczęła się rozprzestrzeniać poza fora dyskusyjne. Kompromitujące byki na portalach informacyjnych to wcale nie taka rzadkość. Czasem zdarzają się nawet w telewizji. Ale ewidentne błędy ortograficzne to pół biedy – ja nie wspomnę o błędach bardziej subtelnych. Na przykład interpunkcja, która zwykle leży kompletnie i jest to już w zasadzie standardem. Mało kto w ogóle to zauważa, gdyż, jak zauważyłem, mało ludzi tak naprawdę zna interpunkcję. Kiedyś nawet widziałem wręcz żenujący błąd interpunkcyjny w reklamie – ale już nie pamiętam, jaki konkretnie. Pamiętam za to w TVN24 tytuł newsa „Komórki polaków”. Tak, „Komórki” dużą, „polaków” małą. Interesująca logika. Błędy interpunkcyjne zdarzają się nawet w książkach, które przecież przechodzą korekty. Zwykle jednak mam odczucie, że autor nie tyle nie zna zasad stawiania przecinków, co uparcie wdraża własne. Ale jeszcze „inty” można znieść – chyba, że przecinek akurat ma kluczowe znaczenie dla sensu zdania.

OK, więc już ustaliśmy, że jak ktoś strzeli byka, to mu pogrozić paluchem i w ogóle – wskazać, gdzie i jaki błąd, można też dorzucić uwagę w stylu „słownik nie gryzie”, w porządku. Ale jednak czasami odnoszę wrażenie, że wytykanie błędów staje się nieco zbyt… intensywne i traci swój pierwotny cel – zamiast polepszyć poziom pisowni „winowajcy”, ma na celu jedynie go zgnoić i podreperować ego atakującemu „językowemu Gestapo”. Idealny przykład takiego działania podsunął mi nasz ukochany bloger Kominek (rany, ktoś mi może powiedzieć, czemu go czytam, bo ja nie mam pojęcia). Rzeczony Kominek umieścił ostatnio u siebie wpis, na którym odpowiada na pytania zadawane przez czytelników. Oto jedno z nich:

18. Z kąd pomysł na pisanie bloga, a nie jak reszta Polski pracowanie od świtu do zmierzchu?
Jesteś debilem i wstydzę się, że mam jednego czytelnka, który nie wiem nawet jak zadać pytanie nie robiąc kompromitującego ortografa. Won z bloga.

Przykład jaskrawy i dobitny. Zamiast wytknąć czy nawet lekko wyśmiać, a potem przejść do meritum – pan Kominek wybrał opcję polegającą na zmieszaniu z błotem, kompletnie nie odnosząc się do sedna sprawy, którym było pytanie (nieco idiotyczne, co prawda, ale wszystkie tam takie były). Wiadomo, że koleś się nie popisał, ale jednak wyzywanie kogoś od debili, bo ten popełnił jeden, mały w dodatku (ponieważ, z tego, co gdzieś słyszałem, pisownia „z kąd” była kiedyś jak najbardziej poprawna – „skąd” jest sztucznym tworem komisji ds. ortografii, która dostosowała pisownię do wymowy) błąd, uważam za żałosną próbę samodowartościowania się, bo ktoś zrobił błąd, a ja nie. Opieram się tu na pojedynczym przykładzie, ale wierzcie mi, że to dość powszechne zjawisko – grupa zakompleksionych nerdów skupia się na wyszukiwaniu błędów i znęcaniu się nad językowymi zbrodniarzami, jednocześnie ignorując kwestię merytoryczną ich wypowiedzi. Nje tendy droga.

Abstrahując od błędów – inną sprawą jest działalność językowego gestapo, która polega nie tylko na wyłapywaniu byków, ale także tępienie wszelkich zapożyczeń i sformułowań w ich ocenie niestosownych, bo zbyt „niepolskich”. „Apdejtować”, „hejcić”, „luknąć” – lepiej być ostrożnym, używając takich sformułowań, bo możemy się narazić jakiemuś puryście. Tego już nie rozumiem kompletnie. Istnienie jakichś państwowych urzędów ds. języka polskiego, które arbitralnie ustalają sobie, jak ma wyglądać nasz język, jeszcze mogę przełknąć ze względu na to, że w dzisiejszym świecie globalizacji i ze względu na potrzeby administracji jednak lepiej, gdy jasne i wszędzie te same reguły są ogólnie obowiązujące. Ale należy zrozumieć, że język podlega ewolucji niemal tak samo jak gatunki – i dlatego należy pozwolić na pewną elastyczność. Gdyby w X wieku wszyscy byli takimi purystami, to dziś mówilibyśmy X-wieczną polszczyzną. Na polski w przeciągu stuleci ogromne piętno odcisnęło wiele języków – francuski, rosyjski, łacina. A dzisiaj jest to angielski – i nie wiem, jaki jest sens walczyć z tym zjawiskiem. Język musi się rozwijać. Dlatego nie dajmy się wszelkim narzekaczom, którzy nie pozwolą na najmniejsze odstępstwo od ich ukochanych reguł, nawet uzasadnione.

Wartość współczesnego wykształcenia

Oglądałem swego razu dyskusję z profesorem Bogusławem Wolniewiczem w jakimś programie. Nie pamiętam jakim, nie pamiętam kiedy i o co tam dokładnie chodziło. Dyskusja, zdaje się, była na różne tematy, ale pamiętam fragment, gdy rozmawiano o edukacji w Polsce. Pan Wolniewicz ogólnie ubolewał nad żałosnym poziomem szkolnictwa wyższego – wskazując za główną przyczynę jedną, prostą cechę. Egalitarność.

Jeszcze nie byłem wtedy mocno ukształtowany w poglądach, dlatego ta myśl była dla mnie odkryciem. Edukacja to jest coś, czego stan obserwujemy i obserwowaliśmy my wszyscy, ponieważ „doświadczyliśmy” jej na własnej skórze. 12 lat „standardowej” edukacji, teraz pierwszy rok studiów i nic się nie zmienia. Cały czas wokół siebie widziałem ludzi, wobec których odnosiłem usilne wrażenie, że nie powinno ich tutaj być. Że ich „nauka” jest kompletnie płonna i bezcelowa. Po co znajomość wzoru na deltę komuś, kogo życiową ambicją jest dobrze się zabawić, dobrze wypić i mieć spokój od umysłowych wyzwań? Cały czas widziałem, jak ludzi, którzy są o krok od poprawczaka, na siłę przepycha się przez kolejne klasy, czyniąc farsę z samego terminu „promocja”. W ogóle dało się „nie zdać” w podstawówce i gimnazjum? Powinni za to jakieś nagrody przyznawać. W liceum to już się zdarzało, ale i tak o wiele za rzadko. Brak jakiegokolwiek różnicowania – ludzie naprawdę inteligentni lub przynajmniej pilni uczyli się obok meneli i w oczach „systemu” obaj byli tyle samo warci.

Wyhodowano w nas przekonanie, że każdy musi mieć określony poziom wiedzy. Że to wstyd nie znać daty odsieczy wiedeńskiej lub definicji logarytmu. Na fali są programy, które wyśmiewają niewiedzę przypadkowych ludzi (vide MaturaToBzdura.tv). Jedni widzą w tym dowód na głupotę ludzi – ja widzę w tym nieuchronność pewnych procesów. Zmierzmy się z jednym, prostym faktem – miażdżąca większość wiedzy, której uczą w szkołach, przeciętnemu człowiekowi może się przydać jedynie w teleturniejach i przy rozwiązywaniu krzyżówek. Czy jest sensowne oczekiwać od kogoś, że będzie pamiętał rzeczy, które ani go nie interesują, ani nie są dlań użyteczne? Czy spawacz musi potrafić wymienić w kolejności planety Układu Słonecznego? Czy historyk powinien umieć wyznaczyć miejsca zerowe funkcji hiperbolicznej? Oczywiście, że znajomość takich rzeczy w pewnym stopniu świadczy o jego oczytaniu i inteligencji – ale do życia codziennego jest to kompletnie niepotrzebne. Wniosek z tego prosty – dla 90% ludzi 90% czasu spędzonego w szkole jest zmarnowane.

Może warto się zastanowić, czy obowiązkowa edukacja jest w ogóle zasadna. Osobiście uważam, że powinna być nie tylko nieobowiązkowa (podstawowej wiedzy mogą dostarczyć rodzice), ale również niepubliczna w całości. Ale ja w końcu jestem radykalny i w ogóle dziwny – wierzę w jakieś bożki w stylu „Niewidzialna Ręka Rynku” i inne takie. Z pewnością obowiązkowa nauka do 18. roku życia jest zmarnowaniem wielu lat dla wielu osób, które mogłyby wykorzystać ten czas w sposób o wiele bardziej dla siebie utylitarny. Dzisiaj zawody w stylu spawacz czy stolarz są doskonale płatne ze względu na to, że wszystkim się ubrdało, że muszą koniecznie skończyć wszystkie szkoły – a po czymś takim taka praca uwłacza ich rozdmuchanej godności. Wszelkie, socjalistyczne przymusy tego rodzaju zaburzają naturalną równowagę.

Inna sprawa, że zgodnie z ideą demokracji, Lud rządzi, a więc Lud powinien mieć wiedzę o świecie. Szkoda tylko, że to nie działa, co pokazują różne MaturytoBzdury – bo i zresztą czemu miałoby działać? Lud nadal nie ma poczucia, że znajomość nazw stolic europejskich jest dla niego w jakikolwiek sposób wartościowa – i słusznie. No ale to niejako nie mój problem, bo nie jestem demokratą. Gdy się odbierze motłochowi wszelkie wpływy, wszystko wróci do normy – i mogą oni bezkarnie wierzyć, że Słońce kręci się wokół Ziemi. I nikomu to nie szkodzi. Naukę zostawmy wybranym.

Powróćmy jednak do tego, od czego poniekąd zacząłem ten wpis – do szkolnictwa wyższego. Tego z kolei ja sam „doświadczam” na tę chwilę, ale i tak najwięcej o stanie studiów mówią ich absolwenci. „Po owocach ich poznacie” – jeszcze przed wojną posiadanie dyplomu miało znaczenie, a obecnie? Najprostsze prawo ekonomii głosi, że wartość jest odwrotnie proporcjonalna do powszechności. Dziś studia są naturalnym przedłużeniem liceum – i przez to jest na takim samym poziomie jak liceum. Problemy leży w tym, że proporcja 90-10 obowiązuje niezależnie od ilości populacji – więc jeśli na studia idzie, dajmy na to, 70%, to 60% nie wynosi ze studiów niczego przydatnego, a 10% marnuje czas, bo poziom dostosowany jest do najsłabszych – wszak mają oni w interesie by byli i płacili. Studia kiedyś były elitarne – były przeznaczone dla tego ułamka, która była miała dostatecznie dużo inteligencji i chęci, by poświęcić się nauce. Dziś wszyscy koniecznie wysyłają swe dzieciaki na studia – bo „wykształcenie to podstawa”. Szkoda tylko, że nikt już nie patrzy na papierki z uczelni, skoro są z reguły nic niewarte i o niczym nie świadczą. „Idiota z dyplomem to taki sam idiota, jak bez dyplomu – tylko z pretensjami”.

Całkowite urynkowienie tego oczywiście rozwiązałoby problem, choć prawdopodobnie odbywałoby się to w bólach – bo moda na wysyłanie na siłę na uniwerek będzie trwać. Większość uczelni będzie przyjmowała jak leci, licząc na pieniądze z czesnych. Dla tych jednak bardziej ogarniętych powstaną studia elitarne, których dyplom będzie wiarygodnym poświadczeniem wiedzy. Po jakimś czasie te „plebejskie” uczelnie stracą rację bytu – bo pracodawcy będą wiedzieć, że ich ukończenie nie sprawia większych trudności i jest w istocie bezwartościowe.

Możemy ewentualnie zostawić, jak jest i nadal narzekać na coraz bardziej spadający poziom edukacji.

Inny świat

Jako bloger – ktoś, kto obserwuje i opisuje świat, powinienem mieć z tym światem kontakt co najmniej ponadprzeciętny – w sensie, nie chodzi tu o twarde stąpanie po ziemi i trzeźwy ogląd sytuacji, ale też np. dużo podróżowania. Niestety, najdalej od swojego miejsca zamieszkania byłem w Monachium w Niemczech (Niemcy to też jedyny zagraniczny kraj, w jakim byłem), więc tego wymogu nie spełniam w sposób wręcz drastyczny. Na szczęście, jam to jest taki luzak, że się tym nie przejmuję, bo myślę, że Internet całkowicie wystarcza (zastępuje też całkiem skutecznie życie). Co więcej, w niektórych przypadkach, Internet jest jedyną możliwością – bo kto jest w stanie załatwić sobie wycieczkę do Korei Północnej?

http://deser.pl/deser/1,111858,9121910.html

Jako że szczycę się kompletną niewrażliwością na krzywdę ludzką, zwłaszcza w takiej odległości, uważam te zdjęcia i ten kraj w pewien sposób fascynujący. Sposób, który zapewne nie podoba się za bardzo jego mieszkańcom, chociaż? Wielokrotnie pokazano, że w istocie niezadowolenie w ludziach wywołuje sytuacja gorsza względnie – bezwzględna ma o wiele mniejsze znaczenie. A ci ludzie są uczeni, że świat poza Koreą to ocean lawy, a w trakcie narodzin na szczycie najwyższej góry kraju ich wodza ptaki przemawiały ludzkim głosem. Zastanawia mnie, czy w to wierzą, czy może jednak człowiekowi nie da się wcisnąć dowolnej bzdury? Patrząc z tej strony, można uznać Koreę Płn. za arenę gigantycznego eksperymentu socjologiczno-psychologicznego. Szkoda, że do jego wyników nie mamy praktycznie żadnego dostępu. Jedno jest pewne – protestujących na ulicach nie było, nie ma i nie będzie. Taaak, ten kraj zdecydowanie kryje tajemnicę.

Ogłaszamy przy okazji mały konkurs: Zdanie”(..)w trakcie narodzin na szczycie najwyższej góry kraju ich wodza ptaki przemawiały ludzkim głosem”  mówi o:
A) ptakach wodza
B) wodzy ptaków
C) kraju ich wodza ptaków
D) nie wiem
Do wygrania Polonez, pozdrawiam i powodzenia.

Ty nie bądź taki mądry.

Komunizm jest doktryną, której główną cechą jest kompletne zignorowanie praw naturalnych i świata rzeczywistego i tworzenie równolegle świata sztucznego według jakichś urojonych zasad. Zdjęcia Pjongjangu przedstawiają właśnie taki sztuczny świat, gdzie nic nie powstaje tam, gdzie jest potrzebne, tylko tam, gdzie komuś „na górze” wydaje się, że jest potrzebne. Oprócz tego mały kraik ma przerośnięte ambicje, które poprzez pojedyncze „wyskoki” demonstruje – i tak wyłania się obraz miasta pełnego kontrastów. Obok wielkich, nowoczesnych wieżowców – krocie starych, odrapanych budynków, na zewnątrz odnowiona elewacja – wewnątrz ruina, obok pojedynczych limuzyn dygnitarzy – zardzewiałe trolejbusy rażące ludzi prądem.Z jednej strony reprezentacyjny przepych, z drugiej przejawy komunistycznego uwielbienia utylitaryzmu, z jednej strony bogactwo, z drugiej – o wiele więcej nędzy.

Kojarzy mi się z Prypecią. Typowy wzór komunistycznego miasta.

Lubię takie klimaty tak bardzo, jak nienawidzę komunizmu. Może za dużo nagrałem się w S.T.A.L.K.E.R.-a, ale jest w tym coś intrygującego. A zarazem odpychającego, bo jednak nie jest to miasto, w którym chciałoby się żyć. Ale zwiedzić? Bardzo chętnie – bardziej niż jakieś Rzymy czy Madryty. Hmm, czy tylko ja tak mam?

Tak, chyba proste. Po lewej widzą państwo sto sześćdziesiąty piąty nudny komunistyczny blok. A teraz polecam szybko przyjrzeć się prawej stronie – mijamy właśnie monumentalny sto sześćdziesiąty szósty nudny komunistyczny blok. Łał.

Świat ma nam naprawdę dużo do zaoferowania, i to w całym spektrum. Ale zauważamy generalnie tę jego pozytywną stronę – miasta piękne, zadbane, atrakcyjne. Drugi biegun jest dla mnie też w pewien sposób atrakcyjny  – wszak nawet turpizm jest jakąś kategorią estetyczną. No i interesuje mnie ten inny świat ze społecznego punktu widzenia – ale o tym to bym się raczej mało dowiedział, nawet jakbym tam pojechał – bo „wycieczkom” zagranicznym zawsze towarzyszy agent służby bezpieczeństwa, więc raczej trudno byłoby poobserwować naturalne zachowanie tych ludzi. Człowiek jest jednak jak karaluch – zawsze się przystosuje, i Koreańczycy jakoś sobie żyją.

No, to proste: albo tam albo w morzu lawy, ewentualnie w obozie pracy, czyli jeszcze gorzej niż w morzu lawy.

Jak jednak byłem domatorem, tak pozostanę – i dalej Niemcy to będzie dla mnie daleką wyprawą. Ale jednak i tak uważam, że zdjęcia, filmy i relacje opowiadają dostatecznie dużo.

Nawet fajny budynek. Szkoda, że wygląda trochę jak gigantyczny penis.

Radosna twórczość schetyny

Jako że podobno mam jakieś ferie, mój dostęp do kompa będzie w najbliższym czasie mocno ograniczony, więc nie sądzę,  bym utrzymał swój 3-dniowy cykl. Już dzisiaj rzucam jakiś ochłap… eee, to znaczy…

Królem reklamy to ja nie jestem.

Zacznijmy od tego, że jeśli nie znacie jeszcze Dużych Ilości Naraz Psów, to macie natychmiast poznać, bo to prawdopodobnie najlepsza rzecz, jaką Polska i Internet mają światu do zaoferowania. Tenże komiks swoim istnieniem oddala mnie od samobójstwa, a schetynę nawet zainspirowała na tyle, by stworzył parę „dzieł” na Psią modłę. Popatrzcie sobie i cieszcie się, że cokolwiek jest, bo za 3 dni to nie wiem, jak będzie. Już teraz piszę na kacu, a to dopiero drugi dzień „ferii”.

Nasza interpretacja radzieckich plakatów propagandowych

Jako że ten blog od założenia był taki poważny i w ogóle, to na rozluźnienie teraz będzie coś ludycznego… no dobra, humorystycznego. Zarówno na serwisie Wykop, jak i na Joemonsterze pojawiły się niedawno zbiory plakatów BHP oraz propagandowych made in USSR. Razem ze schetyną komentowaliśmy je sobie i tak się przy tym ubawiliśmy, że uznałem, że to nie może popaść w zapomnienie. Także więc przedstawiamy Wam nasze uwagi i interpretacje co poniektórych dzieł z radzieckiej myśli artystycznej rodem. Tam, gdzie jest napisane, że schetyny, to schetyny, a jak nie jest nic napisane, to znaczy, że moje:

 

Pan z dzieckiem na rękach mówi: "No patrz pan, co to jest, to ma być dziecko? To flak, a nie dziecko!"

Usta tego Pana są idealnie dopasowane do kwadratowego kształtu butelek z wódką. W ocenie schetyny Pan mówi: "Widzisz, to jest długość mojego penisa. To niewiele!"

Ten plakat to kawał historii. Na górnym obrazku morda słońca to prototyp "Are you fucking kidding me?", a na dolnym morda kolesia z lewej zainspirowała twórcę trollface'a.

"Ojojoj, wbijacie mi bagnety w dupsko, to niestosowne!"

Nie dość, że czarny, to jeszcze satanista

Zwróciłem uwagę na to, jak robol-olbrzym jest smutny. Schetyna rzekł, że nie ma się co dziwić, skoro musi napierdalać podkowy dla szatana.

Moja interpretacja - Pan z wąsami mówi: "Popatrz, synu, co za gmin. Ty taki nie będziesz. Jesteśmy lepsi od nich." Interpretacja schetyny: "Słuchaj, Rysiek, tem widziesz, jest ten monopolowy za tym bydłem, idziesz i kupujesz mi litra."

Pan mamrocze pod nosem: "Kurwa mać, kolejny pierdolony dzień na tym jebanym polu, niech to chuj." W opinii schetyny jest to Jezus, który myśli z kolei: "Kurwa, żeby rozmnożyć chleb, najpierw muszę mieć jebany chleb!"

Wg schetyny hasło na plakacie głosi: "Uważaj! Nawet na gruzach możesz stać się jebaną ciotą!"

 

Gra w baseball głowami jebanych monarchów - świetna zabawa dla całej rodziny!

Wg schetyny Pani ma taką minę, bo widzi po prostu srające drzewo, które nie zmieściło się w kadrze

...ktoś się chyba tu nieźle zjarał.

Oto książka prawdziwego rolnika - kłosy jako zakładka, sierp do przewracania kartek. Liter nie ma, bo prawdziwy rolnik nie jest splugawiony burżujską umiejętnością czytania.

"Ucz się, kurwa, albo spuszczę ci ten globus na łeb"

Pan krzyczy: "Łolaboga, ręki ni mom, co za niefart!"

schetyna: "z jego miny widać, że wie, w jakim potrzasku się znajduje i co stanie się z jego głową za sekundę"

Tutaj z kolei mina i postawa Pana wskazuje na to, że doświadcza on właśnie głębokiego, metafizycznego przeżycia.

"Ej, no staaary, co ty narobiłeś!?" "Oj, no przepraszam Cię, Rysiu, to się nie powtórzy"

Tutaj obrazek i podpis już w oryginalne są przezabawne. Hasło głosi: "Rotozjej, nie kalecz druzjej!", czyli "Gamoniu, nie uszkodź kolegów!"

Tu też sam oryginał niszczy. "Nie chodź po rybach!"

 

Haha, dokładnie taką ma się mordę, gdy klucz spada nam na głowę

Napis głosi: "Nie rozpoczynaj nowej pracy bez instruktażu!". Bo jeśli tak zrobisz, to pierwsze, co uczynisz, to wsadzisz palec w najbardziej niepożądane miejsce

Hah, pomijając element ryzyka - to musi być przednia zabawa

 

"Wystrzegaj się uderzenia podbierakiem!". Schetyna - "Haha, podbierak jest w rękach istnego Demona Zła"

"Ludzie, patrzcie, Zenek się w końcu zezgonił!"

schetyna - "O, to ten koleś z Krzyku"

Nie wiedziałem, że radziecki przemysł angażował do pracy w fabrykach nawet niedźwiedzie polarne

 

schetyna - "Dzieci zombie - czym jeszcze zaskoczy nas komunizm?"

schetyna - "Może nie mam jedzenia, ale za to mam fajnego cyca"