Nudny wywód o grach

Widocznie taka już moja natura, że muszę się tutaj porozwodzić nawet na tak luźny i krotochwilny temat, jakim są gry komputerowe.

Napomknąłem już o tym we wstępie wpisu o Falloutcie i teraz się powtórzę – gry komputerowe są medium, które nie jest w żadnym stopniu upośledzone względem filmów czy książek. Nie będę jednak tutaj kłamał, że stereotypowe upatrywanie gier jako rozrywki dla małych, tłustych dzieci, podniecających się nabijaniem kolejny leveli, wzięło się znikąd. Podstawowym problemem jest jednak to, że przed grami jest długa przyszłość. Ja osobiście jestem na tyle stary, by pamiętać z dzieciństwa gry na Pegazusa, PSOne i te pierwsze na PC-ta. Super Mario, DSJ, pierwsze Tekkeny, Crash Bandicoot, automaty do gier – to jest mi znane nie tylko z opowiadań starszego rodzeństwa. I choć jestem „na tyle stary”… to przecież aż tak stary nie jestem.

Każdy wie, że Lei wymiatał.

Nie ukrywajmy tego – obecnie głównym targetem większości gier to dzieci w wieku 8-16 lat. Nie ma co na to narzekać, gdyż takie są prawa rynku – producenci zrobią to, co da im najwięcej zysku. Należy przyznać, że obecnie dorośli przeważnie nie grają, jak już to sporadycznie. Dlatego dzisiejsze gry opierają się na efekciarstwie i generalnie płytkiej, nieskomplikowanej fabule, jeżeli już jakaś jest. Ale właśnie to się zmieni – a wraz z tym zmienią się gry. Pokolenie, które grało w dzieciństwie na czymś bardziej zaawansowanym niż ośmiobitowce, jest obecnie już dorosłe. Dla nich komputerowa rozrywka nie jest już niczym wstydliwym czy dziecinnym – jak dziś dla sporej części ludzi powyżej 30 lat. Programiści będą już mieli dla kogo robić gry poważne, niebanalne, głębokie. Stawiam, że za 10-20 lat gry będą traktowane tak, jak na to zasługują – nie jako „odciągacz uwagi” dla uporczywego dzieciaka, ale równowartościowa konkurencja dla innych działów sztuki i rozrywki. Kto wie, może dostaną nawet własną Muzę, tak jak film i telewizja?

Niestety, fakt, że gry są młode i nie rozwinęły swych skrzydeł, jest jednym problemem. O drugim stanowi zjawisko, które jest powszechne w zasadzie we wszystkich dziedzinach i w zasadzie w całym życiu. Nazywam je „splebsieniem”. Rozwijając to bardziej – upowszechnienie = pogorszenie. Gdy powstaje Coś, początkowo zajmuje się tym elitarna grupa fanatyków, którzy z racji swej wyjątkowości znają się na rzeczy, mają gust, sprawiają, że Coś jest dobre. Kiedy jednak Coś zyskuje popularność, dochodzi do upadku – dorywa się plebs. Plebs staje się odbiorcą i plebs staje się też twórcą, więc wszystko jest podporządkowane gustom ciżby. Na logikę, niby większość jest zadowolona – ale w końcu ten blog jest „dla tych 10%”, więc my tu będziemy narzekać. Przykładów tego procederu jest mnóstwo. Ot, chociażby demotywatory – początkowo oryginalny pomysł, zabawne i celne uwagi oraz refleksje z pasującym obrazkiem. A dzisiaj wstyd wchodzić na główną demotywatorów.pl, bo 90% to jakieś klozetowe przemyślenia pryszczatych nastolatków. I gry komputerowe padły ofiarą splebsienia. W czasach, gdy granie to było hobby jakichś maniaków w okularach, jakoś nietrudno było znaleźć ciekawe  i niegłupie dzieła, mimo że powstawało ich o wiele mniej niż teraz. A co mamy teraz właśnie?

Więc gdy tłuszcza tłuste swe łapska na grach położyła, zmieniły się oczekiwania wobec nich. Ponad 10 lat temu gry były zdecydowanie bardziej wyrafinowaną rozrywką – dziś nadal powstają dobre gry, ale mówimy o proporcjach – zdecydowana większość nie wymaga od nas myślenia. Oczywiście, odcisnęło to piętno na to, jak gry wyglądają. Kiedyś gry stanowiły wyzwanie, trzeba było poświęcić im czas i uwagę (jest ktoś taki, co przeszedł Fallouta 2 w 100%?) i dawały pod względem satysfakcję. To nie była jednak właściwa droga dla gminu, który przecież wyzwań nie lubi, bo im nie podoła – ale za to lubi satysfakcję. Jak to więc rozwiązano? Zdałem sobie z tego sprawę w trakcie gry w Assassin’s Creeda II – po kilometrach widowiskowych akrobacji na budynkach, które wykonywałem trzymając jedynie spację i strzałkę do przodu oraz po setkach efektownych ciosów mieczem zadanych wrogom przy użyciu jednego kliknięcia myszki. To jest właśnie to! Dziś gra robi graczom dobrze – tworząc mu złudzenie, że coś umie, że jest fajny, że te wszystkie zajebiste rzeczy, jakie widzi na monitorze, to zasługa jego umiejętności. Atakuje go milionami nagród i „achievementów”, których jeśli by nie zdobyło 5-letnie dziecko, to można je spokojnie wysłać do szkoły specjalnej. Podkreśla na każdym kroku – „nieźle im dokopałeś!”, „świetnie to zrobiłeś!”. Wyzwania nie ma – ale satysfakcja z „sukcesu” jest.

Och, Ezio, jakie ty zajebiste rzeczy robisz! A przecież wcisnąłem jedynie dwa klawisze!

Inna rzecz – „w starych, dobrych czasach” gracze musieli nadrabiać wyobraźnią braki w grafice. Jako że większość ludzi jest wzrokowcami, wygląd był zawsze na szczycie listy rzeczy „do poprawienia”. I rzeczywiście – rozwój tego elementu gier jest oszałamiający. I nie jest to złe –  nie zamierzam tutaj po hipsterowsku pieprzyć, że „grafika się nie liczy”, bo liczy się, i to bardzo. Szkoda tylko, że kosztem jest zaniedbanie wszystkich pozostałych aspektów. Przede wszystkim mówię tu o sztucznej inteligencji. W ramach mojej prywatnej akcji „Graj w klasykę, w która nigdy nie grałeś” przechodzę obecnie Deus Exa. W grafice widać wyraźnie tę dekadę różnicy, a SI? W Alphie Protocol (gra z 2010 roku) nie była lepsza – i piszę to bez cienia hiperboli. W porównaniu z pozostałymi dziedzinami, w kwestii inteligencji komputera nie ma praktycznie większych zmian od wielu lat („wielu” z punktu widzenia technologii komputerowej). We wszystkich grach, gdzie wirtualny gracz ma być konkurencyjny dla rzeczywistego, komputer ratuje się czitowaniem na potęgę – we wszystkich, od samochodówek po strategie. Ludzie nie narzekają, bo nigdy nie dostali niczego innego i są przyzwyczajeni, ale ja zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam – dopóki coś w tej gestii nie ruszy, nie będziemy mieli strategii czy RPG-ów z prawdziwego zdarzenia.

Me narzekania mają się ku końcowi. Nic one nie zmienią, więc pozostaje nam zacisnąć zęby, przymykać oczy na banały i płytkość w grach i niejako brać, co jest. I czekać. Komputery dalej się rozwijają w szybkim tempie – aż się oczy świecą, gdy się pomyśli o możliwościach, jakie będziemy mieli za lat dziesięć. By zaszły jednak prawdziwe zmiany, musi się zmienić postrzeganie gier i ich odbiorcy. Już teraz jednak widać światełko w tunelu – choćby w postaci popularności gier „retro”, gdzie nie ma fotorealistycznej grafiki, za to jest grywalność (vide Minecraft – nie, schetyno, i tak w niego nie zagram) czy też po tym, że coraz więcej ludzi widzi i wyśmiewa to, o czym tutaj napisałem. Także sami programiści – niedawno polskie studio People Can Fly sparodiowało serię Call of Duty swoim dziełem pt. „Duty Calls”:

Reklamy

Inny świat

Jako bloger – ktoś, kto obserwuje i opisuje świat, powinienem mieć z tym światem kontakt co najmniej ponadprzeciętny – w sensie, nie chodzi tu o twarde stąpanie po ziemi i trzeźwy ogląd sytuacji, ale też np. dużo podróżowania. Niestety, najdalej od swojego miejsca zamieszkania byłem w Monachium w Niemczech (Niemcy to też jedyny zagraniczny kraj, w jakim byłem), więc tego wymogu nie spełniam w sposób wręcz drastyczny. Na szczęście, jam to jest taki luzak, że się tym nie przejmuję, bo myślę, że Internet całkowicie wystarcza (zastępuje też całkiem skutecznie życie). Co więcej, w niektórych przypadkach, Internet jest jedyną możliwością – bo kto jest w stanie załatwić sobie wycieczkę do Korei Północnej?

http://deser.pl/deser/1,111858,9121910.html

Jako że szczycę się kompletną niewrażliwością na krzywdę ludzką, zwłaszcza w takiej odległości, uważam te zdjęcia i ten kraj w pewien sposób fascynujący. Sposób, który zapewne nie podoba się za bardzo jego mieszkańcom, chociaż? Wielokrotnie pokazano, że w istocie niezadowolenie w ludziach wywołuje sytuacja gorsza względnie – bezwzględna ma o wiele mniejsze znaczenie. A ci ludzie są uczeni, że świat poza Koreą to ocean lawy, a w trakcie narodzin na szczycie najwyższej góry kraju ich wodza ptaki przemawiały ludzkim głosem. Zastanawia mnie, czy w to wierzą, czy może jednak człowiekowi nie da się wcisnąć dowolnej bzdury? Patrząc z tej strony, można uznać Koreę Płn. za arenę gigantycznego eksperymentu socjologiczno-psychologicznego. Szkoda, że do jego wyników nie mamy praktycznie żadnego dostępu. Jedno jest pewne – protestujących na ulicach nie było, nie ma i nie będzie. Taaak, ten kraj zdecydowanie kryje tajemnicę.

Ogłaszamy przy okazji mały konkurs: Zdanie”(..)w trakcie narodzin na szczycie najwyższej góry kraju ich wodza ptaki przemawiały ludzkim głosem”  mówi o:
A) ptakach wodza
B) wodzy ptaków
C) kraju ich wodza ptaków
D) nie wiem
Do wygrania Polonez, pozdrawiam i powodzenia.

Ty nie bądź taki mądry.

Komunizm jest doktryną, której główną cechą jest kompletne zignorowanie praw naturalnych i świata rzeczywistego i tworzenie równolegle świata sztucznego według jakichś urojonych zasad. Zdjęcia Pjongjangu przedstawiają właśnie taki sztuczny świat, gdzie nic nie powstaje tam, gdzie jest potrzebne, tylko tam, gdzie komuś „na górze” wydaje się, że jest potrzebne. Oprócz tego mały kraik ma przerośnięte ambicje, które poprzez pojedyncze „wyskoki” demonstruje – i tak wyłania się obraz miasta pełnego kontrastów. Obok wielkich, nowoczesnych wieżowców – krocie starych, odrapanych budynków, na zewnątrz odnowiona elewacja – wewnątrz ruina, obok pojedynczych limuzyn dygnitarzy – zardzewiałe trolejbusy rażące ludzi prądem.Z jednej strony reprezentacyjny przepych, z drugiej przejawy komunistycznego uwielbienia utylitaryzmu, z jednej strony bogactwo, z drugiej – o wiele więcej nędzy.

Kojarzy mi się z Prypecią. Typowy wzór komunistycznego miasta.

Lubię takie klimaty tak bardzo, jak nienawidzę komunizmu. Może za dużo nagrałem się w S.T.A.L.K.E.R.-a, ale jest w tym coś intrygującego. A zarazem odpychającego, bo jednak nie jest to miasto, w którym chciałoby się żyć. Ale zwiedzić? Bardzo chętnie – bardziej niż jakieś Rzymy czy Madryty. Hmm, czy tylko ja tak mam?

Tak, chyba proste. Po lewej widzą państwo sto sześćdziesiąty piąty nudny komunistyczny blok. A teraz polecam szybko przyjrzeć się prawej stronie – mijamy właśnie monumentalny sto sześćdziesiąty szósty nudny komunistyczny blok. Łał.

Świat ma nam naprawdę dużo do zaoferowania, i to w całym spektrum. Ale zauważamy generalnie tę jego pozytywną stronę – miasta piękne, zadbane, atrakcyjne. Drugi biegun jest dla mnie też w pewien sposób atrakcyjny  – wszak nawet turpizm jest jakąś kategorią estetyczną. No i interesuje mnie ten inny świat ze społecznego punktu widzenia – ale o tym to bym się raczej mało dowiedział, nawet jakbym tam pojechał – bo „wycieczkom” zagranicznym zawsze towarzyszy agent służby bezpieczeństwa, więc raczej trudno byłoby poobserwować naturalne zachowanie tych ludzi. Człowiek jest jednak jak karaluch – zawsze się przystosuje, i Koreańczycy jakoś sobie żyją.

No, to proste: albo tam albo w morzu lawy, ewentualnie w obozie pracy, czyli jeszcze gorzej niż w morzu lawy.

Jak jednak byłem domatorem, tak pozostanę – i dalej Niemcy to będzie dla mnie daleką wyprawą. Ale jednak i tak uważam, że zdjęcia, filmy i relacje opowiadają dostatecznie dużo.

Nawet fajny budynek. Szkoda, że wygląda trochę jak gigantyczny penis.

O sprawach płciowych, czyli czas „uświadomić” co poniektórych

Zdjęcie z łódzkiego Tesco

Jeśli chodzi o różnice między kobietą a mężczyzną, to jest sprawa, w której ludzie mają bardzo mocno zabitego ćwieka w myśleniu. Po wielu wiekach czasów, w których kobieta była traktowana jako coś pośledniejszego, a potem nawet jeśli nie za coś pośledniejszego, to i tak kobieta, która nie siedziała w domu, była generalnie traktowana jak kosmita, zadziałało prawo akcja-reakcja (które wszak działa również w warstwie społecznej i historycznej) i dziś stwierdzenie, że różnice między płciami istnieją, i to nie tylko te fizyczne, jest równoznaczne z wystawieniem się na obelgi w stylu „szowinisty”, „tyrana” czy „zaściankowca”. Prawda jest jednak zawsze taka sama, niezależna od aktualnych uwarunkowań społecznych czy prawnych.

Pan Janusz Korwin-Mikke napisał kiedyś, że teorię ewolucji rozumie może 10% ludzi. Istotnie, ja również nie znajduję innego wytłumaczenia dla światopoglądu większości osób. Bo i owszem, w szkole wszystkich nauczono, czym niby jest ta darwinowska koncepcja, i każdy niewątpliwie potrafiłby wyjaśnić, na czym mniej więcej ona polega. Ale właściwe zrozumienie tej teorii, i to nie tylko jej istoty, ale także jej skutków dla niemalże wszystkiego, co nas otacza – to najwyraźniej domena tylko niektórych. Niepojmowanie teorii ewolucji wiąże się niestety również z niezrozumieniem wielu innych rzeczy, warunków, czynników, i to zarówno biologicznych, jak i społecznych czy innych. Bo darwinizm to nie tylko naukowa koncepcja – to niemal filozofia życia.

Nie wyobrażam sobie człowieka, który jednocześnie rozumie teorię ewolucji i nie uznaje umysłowych różnic między kobietą a mężczyzną. Wystarczy się odrobinę zastanowić – różnice fizyczne między kobietami a mężczyznami są oczywiste. I znaczne. Te różnice mają ogromny wpływ na to, jak żyły kobiety i mężczyźni (dziś te różnice są o wiele mniejsze) – chodzi tu przede wszystkim o dużą ilość czasu, jaką w swoim życiu kobieta musi poświęcić na ciąże i wychowywanie dzieci, a także o konieczność bycia pod opieką z racji fizycznej słabości. Z tego z kolei w oczywisty sposób wynikają różnice w rolach społecznych. I niech mi ktoś teraz powie, że po setkach tysięcy lat działania ewolucji nie wykształciły się różnice nie tylko fizyczne, ale także umysłowe, by każda płeć była bardziej przystosowana do swoich ról. I tak w tandemie kobieta-mężczyzna to facet jest elementem agresywnym, czynnym, sprawczym. Z racji swego rodzaju „niezależności” biologicznej (nie jest uziemiony na sporą ilość czasu z powodu ciąży i wychowywania potomstwa) jest bardziej swobodny w działaniu, w związku z tym to on tworzy, buduje, dokonuje przełomów, rewolucyj, przełamuje bariery, dokonuje postępów. Kobieta natomiast jest z natury pasywna, jej rolą jest utrzymywanie w ryzach tego, co dotychczas mężczyzna stworzył, oraz, rzecz jasna, wychowywanie potomków. Różnice umysłowe z tego wynikające są niezaprzeczalne – można jedynie się kłócić, jak duże są i jaki mają charakter. Jako że inteligencja jest dosyć mistyczną wartością – nie da się jej zmierzyć żadną kompetentną miarą, bo nie wiemy w zasadzie, czym ona właściwie jest – odpowiedzi na te pytania są dyskusyjne. Generalnie należy uznać, że kobieta jest przeciętnie mniej inteligentna od mężczyzny, a rozkład normalny w przypadku mierzenia tejże inteligencji kobiet ma łagodniejszy przebieg niż w przypadku mężczyzn. Oznacza to, że mężczyźni są bardziej „skrajni” – wśród nich jest więcej geniuszów, jak i idiotów. Ci idioci są smutną koniecznością tego „systemu”, który jest użyteczny z tego względu, by istnieli mężczyźni do „dokonywania przełomów”. Można również wymieniać inne różnice – kobiety np. są bardziej sumienne, pilne i mają lepszą pamięć – ale zaprzeczanie im to czysty idiotyzm (swoją drogą, tak samo z różnicami psychicznymi między rasami – tak, uważam, że przeciętny Murzyn jest głupszy od przeciętnego Białego. Pewnie jestem rasistą).

Pewnie niektórzy zdążyli już się zaczerwienić z oburzenia. Mogę ich niejako uspokoić podsumowaniem, że choć cały powyższy wywód jest stwierdzeniem stanu faktycznego, to nie wpłynie to na moje ewentualne tyranizowanie kobiet i zaganiania ich do garów. Po pierwsze, nie można tej inności uznać za drastyczną – jest wiele kobiet mądrzejszych od większości mężczyzn, znajdą się takie, które mogą z powodzeniem robić za naukowców, wynalazców, kierowników. Po drugie – różnice te są biologiczne oraz społeczne i takie mają pozostać – nie należy ich wzmacniać ani osłabiać pod względem prawnym. Dlatego jestem za równouprawnieniem całym sercem, pod warunkiem, że słowo to ma znaczenie takie, jakie wskazuje jego struktura – „równe” i „prawo”. Jak już jednak kiedyś wspominałem, taktyka definicyjnego przekłamania jest bardzo ceniona przez wszelkiego rodzaju totalitarystów i dziś za „równouprawnienie” uznaje się wprowadzanie przepisów faworyzujące kobiety, ingerujące w gospodarkę i rynek, stwarzające sztuczne i nieefektywne warunki. Nie tak dawno głośna była sprawa parytetów – idiotyzmu nad idiotyzmami. Kilka dni temu na Wykopie pojawił się następujący kwiatek – w regulaminie rekrutacji do uczestnictwa w pewnym projekcie pojawił się następujący punkt:

4. Kobiety, które spełnią kryteria formalne otrzymają dodatkowo 2 punkty i będą miały pierwszeństwo w rekrutacji.

Przede wszystkim, na co zwraca uwagę wiele osób, jest to w zasadzie otwarte przyznanie, że kobiety są głupsze i potrzebują niesprawiedliwego faworyzowania. Niech żaden idiota nie wyskoczy tu, że jest to „wyrównywanie szans”, bo kobiety z racji swej płci mają cięższe życie naukowe, są ogólnie szykanowane i w ogóle jest to likwidowanie „niesprawiedliwości społecznej”. W cywilizowanym świecie każda kobieta może, jak chce, olać rodzinę i dzieci, pójść na studia, poświęcić się nauce, pracy, karierze – i nikt jej złego słowa nie powie. Niektóre barany powinny zastanowić się, dlaczego mimo to większość kobiet tego nie robi, a jak już robi, to nie osiągają wyników mężczyzn. Np. takie barany:

http://www.wykop.pl/link/629837/imiona-i-nazwiska-poslow-glosujacych-za-parytetami/

Jeśli kiedyś się zastanawialiście, którzy posłowie i posłanki są skończonymi kretynami – tutaj macie dosyć dokładny wypis. W sensie – pozostali też pewnie są, ale troszkę mniej. Powtórzę jeszcze raz – nikt dzisiaj kobiecie nie rzuca kłód pod nogi, jeśli chce zrobić karierę polityczną. Czas wyciągnąć wnioski z tego, że nadal uparcie te różnice w ilości kobiet i mężczyzn na najwyższych stanowiskach nie chcą się wyrównać – a nie „na bezczela” sztucznie te różnice wyrównywać. Bo na to komentarz może być tylko jeden.

Fajnie, że robią eksperymenty na ludziach!

A co, może nie? Jakich ciekawych rzeczy można się dowiedzieć! A podwójnie cieszy mnie to, że nie są to moi znajomi, moje dzieci, ani nawet rodacy, bo ten eksperyment, który mam na myśli, nie jest przeprowadzany w Polsce. Wbrew pozorom nie jest też przeprowadzany np. w afrykańskim państwie, gdzie się zbiera małe Murzynki, których zniknięcie nie będzie nawet zauważone. Nie, przeprowadzanie eksperymentów bez zgody badanych wyszło z mody po erze dra Mengele. Teraz rodzice są przekonani, że postępują słusznie i oddają dzieci do eksperymentów dla ich dobra. A gdzie? Oczywiście w Szwecji, tam zawsze dzieje się coś ciekawego:

W Sztokholmie dzieci mogą chodzić do przedszkola Egalia, w którym płeć nie istnieje, a wszyscy są dla siebie „kolegami” lub „osobami”. Słów: „dziewczynka” i „chłopiec” się nie używa.

Działalność pedagogiczną placówki przenika ideologia gender i równouprawnienia. Według serwisu internetowego Egalii widać ją dosłownie wszędzie: w urządzeniu wnętrz, wyborze zabawek i lektur dla najmłodszych. Dzieci bawią się wózkami do zakupów i lalkami, po których nie widać płci. W przewidzianych dla przedszkolaków lekturach nie występują heteroseksualni rodzice. Zamiast nich dzieci poznają samotnych rodziców i pary tej samej płci. Kierownictwo przedszkola wychodzi z założenia, że rodziny heteroseksualne i tak są obecne wszędzie, a oni muszą stanowić przeciwwagę dla segregowanego ze względu na płeć, konserwatywnego społeczeństwa.

Personel nie zwykł się zwracać do swoich podopiecznych, określając ich płeć. – Grupy dzieci nie nazywamy dziewczynkami czy chłopcami. Mówimy o nich „koledzy” – tłumaczy „Rz” Lotta Rajalin, szefowa przedszkola Egalia. W niektórych sytuacjach nauczycielki posługują się też hybrydą między zaimkami osobowymi „on” i „ona” – odpowiednikiem nieistniejącego w szwedzkim „ono” (hen).

W Szwecji zaczęło niedawno działalność internetowe pismo „Feministyczna Perspektywa”, w którym propaguje się neutralne ze względu na płeć słowa. W przyszłości zatrudnienie w gazecie znajdą zapewne przeszkoleni w tej materii wychowankowie Egalii.

 

Zacznijmy od tego, że podobno nie wszystko jest prawdą, coś tam Rzepa źle przetłumaczyła, coś dodała od siebie – ale uznajmy, że ogólna myśl jest jasna. Jak można się było spodziewać, wybuchła wielka dyskusja i, jak można się było spodziewać, utworzyły się dwa obozy – jeden twierdzący, że to chore jest i powinno się to przedszkole rozjechać czołgami i drugi, który broni tej idei i w ogóle że tak powinno się to robić. Jak zwykle osoby, u których wykryłem jakiekolwiek zrozumienie idei liberalizmu, stanowią odosobnione przypadki.

To nawet zadziwiające, że ideologia, która opiera się na tak, wydawałoby się, prostej wartości, jaką jest wolność, jest w większości niezrozumiana. A przecież „liberałami” się mienią np. liczni „korwinowcy”, co wzywają do rozniesienia tego przedszkola na kawałki. Ja tymczasem dostojnie głoszę, iż jakiekolwiek pretensje byłyby uzasadnione wyłącznie wtedy, gdyby to było przedszkole publiczne – a nie jest, zdaje się. Jako liberał uznaję prawo rodziców do wychowania swoich dzieci w taki sposób, w jaki uważają za słuszny, i w takich wartościach, które oni cenią. Bo dokładnie do tego służą rodzice – do indoktrynacji swoich dzieci według swoich światopoglądów. I dokładnie faszyzmem jest, kiedy państwo zastępuje rodziców w tej światłej roli – co w demokracji jest powszechne, bo przecież, jak wiadomo, 90% ludzi cierpi na „jawiemlepizm”, w większości kompletnie nieuświadomiony w dodatku – i wiedzą lepiej od Kowalskiego, jak wychować jego własnego syna, albo że Kowalski robi to źle. Tak jakby dałoby się obiektywnie stwierdzić, jakie „wychowanie” jest najlepsze! I jako liberał jak najbardziej szanuję prawo do zakładania takich placówek przez jakichś tam szwedzkich „specjalistów”.

Co nie zmienia faktu, że gdyby takie przedszkole postawiono obok mojego domu, to bym się wyprowadził. Współczuję tym dzieciom jak pewnie współczuto (hmmm… jest w ogóle takie słowo?) tym dzieciom od Fryderyka II Hohenstaufa, który również przeprowadzał ciekawe eksperymenty. Bo tym to przedszkole jest – nie placówką funkcjonującą według „najnowszych badań pedagogicznych i psychologicznych”, a eksperymentem, w dodatku skazanym na klęskę, bo w historii można znaleźć niejeden przypadek, który udowadnia, że płeć nawet jeśli jest uwarunkowana społecznie, to nie całkowicie – a na pewno nie w kluczowym stopniu. Ale nie mam zapędów dyktatorskich, by się w to wtrącać. Jedni są wychowywani lepiej, inni gorzej, i to jest słuszne, bo różnorodność jest rzeczą wartościową i pożądaną. Może coś fajnego z tych dzieci wyrośnie?

A jak nie, no to przecież mamy krzesła elektryczne.

Walę tynki, hehehehe

Ale śmieszny żarcik w tytule, nie?

Tak, oto mamy Walentynki, których nadejście było z każdym dniem coraz silniej zwiastowane.
Zwiastowane było MARYI, tu myślę niedopatrzenie autora.
Jednakże przypominały nam o nich nie zrywane kartki kalendarza, a wzrastający, sztucznie generowany gwar w mediach i niesztucznie generowany gwar wśród ludzi i na portalach społecznościowych (czyt. Facebooku), gdzie oczywiście powstawały grupy w stylu „NIE OBCHODZĘ WALENTYNEK, MAM GDZIEŚ TO KOMERCYJNE ŚWIĘTO”, do których dołączają osoby chcące zademonstrować, jak bardzo są „alternatywne”. No i Forever Alone’y. Widziałem nawet postulat, by zamiast Walentynek obchodzić Dzień Chorych na Padaczkę. No błagam. Jakby ktokolwiek na serio interesował się jakimiś epileptykami.

Zaniepokojonych uspokajam – nie jestem Kominkiem, więc nie będzie to wpis o tym, co kupić swej połówce, jak spędzić ten dzień, w ogóle o miłości nie będzie, bo bardzo słabo się na tym znam. Będzie ogólna refleksja na temat świąt różnorakich.

Ja jestem jednym z WIELU zaniepokojonych, hehe. Taki żart, że tego nikt nie czyta.

Kiedyś słowo „święto” kojarzyło się z jakimś wyjątkowym dniem, co to tylko raz na jakiś czas się zdarzał, więc można było sobie pozwolić na szczególne spędzenie tego dnia, w sposób zależny od charakteru tego święta. Gdy jednak teraz popatrzeć na wykaz tych „Dni Czegośtam”, to okaże się, że nie ma tygodnia bez jakiegoś, z czego większość jest tak bzdurna, że nikt nie ma pojęcia o ich istnieniu (z lepszych należy wymienić „Dzień bez Łapówki” czy „Dzień Aproksymacji Pi”). Istnieje jednak kilka takich świąt, których nagłośnienie w mediach sięga zenitu – m. in. Walentynki, ale wiadomo, że przede wszystkim mowa o Bożym Narodzeniu. Niektórzy z potępieniem nazywają to „komercjalizacją”, po czym demonstracyjnie na to narzekają. Ja osobiście nie bardzo mogę się doszukać, co jest nie tak w tej „komercjalizacji”. W sensie, raz, że to nieuniknione, a dwa, że ostatecznie nikt nas do niczego nie zmusza, możemy zawsze zrezygnować z telewizji, radia, internetu, życia i zamieszkać w kartonie. Trzeba przyznać jednak, że nieco media wypaczają wyjątkowy charakter niektórych świąt, bo co jest wyjątkowego w tych kilku dniach Bożego Narodzenia, kiedy ciężarówkę Coca-Coli oglądamy od listopada. Co bardziej gorliwi mogliby teraz zakrzyknąć: „SPISEK!” – spisek mianowicie wielkich koncernów, co to wymyślają święta i rozdmuchują już istniejące, byle tylko z nas kasę wyciągnąć. Cóż, pewnie nawet to prawda, w końcu taka natura wielkich (i małych) koncernów – a jak ktoś się na to nabiera, to krzyż na drogę, ewolucja przebiega bez zakłóceń, jak wynika z najnowszych wieści.

Ale jednak przecież to nie jest domena wyłącznie czasów masowej kultury i wszechobecnych mediów, a tak mi się przynajmniej zdaje, bo w końcu mogę się mylić jako człowiek, który jednak nie żył w dalszej przeszłości. Nasi dziadowie i pradziadowie na brak świąt wszak też nie mogli narzekać – co prawda miażdżąca większość była związana z Kościołem, ale kto mi powie, że dzień św. Andrzeja to coś gorszego od dnia Aproksymacji Pi? Jest więc w nas chyba jakaś pogańska potrzeba celebrowania czegośtam kiedyśtam, byle tylko złamać rutynę kolejnych, nudnych tygodni. Dla zapewnienia sobie rozrywki lub poczucia jakiejś szczególności (nie wiem, jak to nazwać, no ale raczej msza w kościele rozrywką nie jest…) wmawiamy sobie niejako wyjątkowość jakiegoś dnia, a przecież ta wyjątkowość wynika wyłącznie z tego, że używamy kalendarza gregoriańskiego, a nie jakiegoś innego. Cel jest w zasadzie szczytny – wszak człowiek nie maszyna, pobawić się musi, a i upamiętnić jakiegoś nieżyjącego pana też warto, bo jednak pamięć czyni nas bardziej wartościowymi.

Dzień św. Andrzeja to coś gorszego od dnia Aproksymacji Pi.  Już wiesz kto.

Czyli w sumie nie ma nic złego ani w Walentynkach, ani w innych świętach, dopóki oczywiście nie jestem zmuszony do obchodzenia wszystkich, bo ja mało zabawowy jestem.

Heh ta, już ja wiem, co się działo to ująć słowami mało.

Z drugiej strony, do obchodzenia np. Wielkanocy jestem niejako zmuszony społecznie, ale ostatecznie, co mi szkodzi, krzywda się nikomu nie stanie, jak trochę się pobawimy w tę grę. A takie dni jak Walentynki być może skłaniają nas do pewnych refleksji i do robienia rzeczy, o których robieniu zapominamy w rutynie codzienności, a przecież warto je robić. Także więc – bawcie się, celebrujcie i olewajcie tych „alternatywnych” ponuraków. Tylko nie przesadzajcie z tym różem.

A napisał to wszystko człowiek, który nie obchodzi nawet własnych urodzin.

Radosna twórczość schetyny

Jako że podobno mam jakieś ferie, mój dostęp do kompa będzie w najbliższym czasie mocno ograniczony, więc nie sądzę,  bym utrzymał swój 3-dniowy cykl. Już dzisiaj rzucam jakiś ochłap… eee, to znaczy…

Królem reklamy to ja nie jestem.

Zacznijmy od tego, że jeśli nie znacie jeszcze Dużych Ilości Naraz Psów, to macie natychmiast poznać, bo to prawdopodobnie najlepsza rzecz, jaką Polska i Internet mają światu do zaoferowania. Tenże komiks swoim istnieniem oddala mnie od samobójstwa, a schetynę nawet zainspirowała na tyle, by stworzył parę „dzieł” na Psią modłę. Popatrzcie sobie i cieszcie się, że cokolwiek jest, bo za 3 dni to nie wiem, jak będzie. Już teraz piszę na kacu, a to dopiero drugi dzień „ferii”.

Blogi, blogi, blogaski

Blogi to niejako nowe medium, a w zasadzie podmedium, bo należy to uznać za część Internetu, który również medium jest.
To jest to medium będące podmedium medium czy podmedium innego medium? Możesz nam to rozrysować? Ja pierdolę.
Internet kocham (to całe me życie, innego nie mam), natomiast blogi bardzo cenię, ale po prawdzie, to jeszcze nie są one w swojej kulminancie rozwoju – czas na nie dopiero nadejdzie, choć w ostatnich latach można zaobserwować dość spory skok ich popularności. Internet sam w sobie charakteryzuje się większą swobodą i różnorodnością niż konwencjonalne media, ale blogi i tak ustanawiają w tym względzie kolejny standard. Ich prostota i zwykle także nastawienie na czystą treść otwiera wielkie możliwości nawet przed panem Zenkiem spod sklepu, jeśli tylko będzie miał dostęp do Internetu.

Oto potencjalny bloger - czyż to nie wspaniałe?

Oczywiście wypadałoby, gdyby pisał ciekawie na tyle, by ktoś go czytał – no ale to warunek, nie konieczność (ja np. sobie radzę bez czytelników). Fajne w blogach jest to, że tworzą je konkretne osoby, nie bezimienni redaktorzy – i zwykle nie kryją się z tym, że wyrażają one opinię (bo prawdziwie „obiektywne media” to gatunek skrajnie zagrożony wymarciem, nigdy zresztą nie miał się zbyt dobrze), nawet jeśli zarazem przekazują informację. Rzecz jasna, Ogólne Prawo Życiowe „90-10” sformułowane przeze mnie odnosi się także do blogów – także więc 90% blogów to śmieci, zwykle jakieś pamiętniki, które zazwyczaj nie interesują nikogo poza samym piszącym. Ale jednak jak ktoś ma talent literacki, to może pisać generalnie o wszystkim i będzie czytany i sławny. Inna opcja to blogi pisane przez celebrytów i polityków, czyli takich, gdzie tendencja jest odwrotna niż normalnie – nie liczy się treść bloga, a osoba blogera. Chyba że celebryt jednocześnie fajnie pisze, ale ilu jest takich.

Można też pisać o rzeczach interesujących wszystkich i nie zainteresować nikogo – patrz naokoło.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że w ostatnich dniach tak się złożyło, iż nastąpiło kilka wydarzeń, które są przejawem ofensywy podejmowanej przez wielkiego wroga wolności słowa i mediów – demokratycznej władzy. W ustroju, gdzie władza jest tak niepewna i zależy od widzimisię gminu, trzeba dbać przecież o te plebejskie duszyczki, by żadne nieodpowiednie treści nie zmąciły ich umysłów. I tak, moi mili, krytykowanie obecnie miłościwie panującej władzy jest wielkim faux pa. W sensie, byłoby, gdyby to się ograniczało do „salonowego” ostracyzmu, ale jednak wszystko zmierza ku lepszemu i powoli nadeszła pora na uruchamianie machiny sądowej. Pierwszym Zbrodniarzem i Wichrzycielem, którego dosięgła surowa ręka sprawiedliwości, jest pan Łukasz Kasprowicz, który został skazany na 10 miesięcy pozbawienia wolności, prace społeczne i zakaz wykonywania zawodu przez rok (czyli zapewne w założeniu – śmierć głodową). A za co? Przygotujcie się, byście nie pękli z oburzenia – za krytykowanie burmistrza Mosiny! Ohydny kryminalista.

Ostracyzm- praktyka polityczna w starożytnej Grecji, rodzaj tajnego głosowania, podczas którego wolni obywatele typowali osoby podejrzane o dążenie do tyranii i zasługujące na wygnanie z miasta na 10 lat. Nie ma sprawy, pozdro

Na poważnie – wyrok nie jest prawomocny i nagłośnienie tej sprawy z pewnością spowoduje, że ostatecznie panu Kasprowiczowi nic się nie stanie, ale pani burmistrz popełniła po prostu falstart. Za krótko w polityce siedzi, żeby wiedzieć, że takie zmiany to się wprowadza powoli i stopniowo, jednocześnie wmawiając ludziom, że to jest dobre. Jakie to szczęście, że u steru mamy obecnie polityków pierwszej wody. Pomysł cenzurowania Internetu nieco już ostygł, można więc przysadzić znowu:

„W piątek (4 lutego – przyp.red.) odbędzie się pierwsze posiedzenie parlamentarnego zespołu ds. monitorowania internetu, w tym między innymi portali politycznych. Kto podpadnie posłom może liczyć się z zawiadomieniem do prokuratury. Nowe „ciało parlamentarne” nosi nazwę Zespół ds. Promocji Wolności Przekazu i Poszanowania Zasad Dialogu Społecznego w Komunikacji.”

Mogliby od razu nazwać Ministerstwo Prawdy, Orwell by się ucieszył.

Generalnie chodzi o to, by nie można było „obrażać konkretnych osób”. Oczywiście już od dawna nie stanowi problemu pozwać kogoś o zniesławienie, więc nie o to się rozchodzi, rzecz jasna. Nauczeni doświadczeniem pana Kasprowicza wiemy, że pod obrażanie można przypisać krytykowanie, niepopieranie czy cokolwiek – zawsze coś się znajdzie. Ot, po prostu narzędzie, które znacząco ułatwi kneblowanie Wichrzycieli. Szczególnie polecam zwrócić uwagę na nazwę tego zespołu – ds. Promocji Wolności Przekazu… Normalnie wziąłbym to za jakiś ponury żart, ale jednak wiem, że taktyka bezczelnego, definicyjnego kłamstwa ma już długą historię, w której wykazała się wcale niezłą skutecznością. Wszak bolszewicy nazwali siebie „bolszewikami” (z ros. „większościowcy”) dlatego, że było ich mniej niż przedstawicieli konkurencyjnego odłamu w partii.

Krzyczący „Wolność!’ kręcą pęta
Krzyczący „Męstwo!” drżą ze strachu
Kto woła „Pamięć!” – nie pamięta
Krzyczącym „Łaska!” śni się szafot…

Nie miejcie złudzeń – parę osób trochę się podroczy, ale ostatecznie ludzie to łykną jak pelikan rybkę. Wszak i tak poczucie wolności jest już u większości kompletnie spaczone – nie potrafią na przykład uznać, że już teraz w naszym kraju, jak i w Europie nie ma wolności słowa i poglądów. Ewentualnie jest, ale, jak ją lubię nazywać – wolność słowa w stylu Radia Erewań. A to ze względu na ten dowcip:

Słuchacz: Czy to prawda, że w Związku Radzieckim dają za darmo samochody?
Radio Erewań: Prawda! Czysta prawda! Z tym, że nie w Związku Radzieckim, tylko w Moskwie, nie samochody, tylko rowery, i nie dają, tylko kradną.

Hahahaha, kradną.

I dokładnie tak to jest z naszą wolnością słowa i poglądów – można głosić poglądy, jakie się chce, za wyjątkiem poglądów faszystowskich, nazistowskich, neonazistowskich, komunistycznych, rasistowskich, seksistowskich, szowinistycznych czy homofobicznych. Ale poza tym mamy całkowitą wolność słowa!

Oczywiście co poniektórzy zapewne mają ochotę już wyskoczyć, że pewnie wyznaję któryś z tych poglądów, a najlepiej to wszystkie – nie, nie wyznaję. Ale najwyższa pora zrozumieć, że zakazywanie głoszenia jakichkolwiek poglądów, z jakichkolwiek pobudek – czy to są agresywne, czy nawołują do nienawiści, czy się nam nie podobają – wolnością słowa nie jest. Można karać ludzi za ich czyny, ale karanie za poglądy i myśli to dla mnie przerażająca wizja z Orwella rodem.

Tak naprawdę to wyznaje, i to chyba wszystkie. Tylko nikomu nie mówcie, bo go wsadzą. Albo nie, powiedzcie, to go wsadzą.

I na zakończenie – wspomniałem, że blogów to mamy od groma, ale mało które są wartościowe. Oto blogi, na które ja zaglądam, ale z racji tego, że ja generalnie mało czytam, to nie spodziewajcie się wskazania nowej drogi życia i surfowania po Internecie.

4. Jak Żyć
jakzyc.wordpress.com

Blog prowadzony przez dwóch studentów prawa. Powiało nudą. Ale jednak ten blog z powagą nie ma nic wspólnego i nie dowiecie się na nim w zasadzie niczego pożytecznego. Tematyką jest, jak tytuł wskazuje, życie, w tym przede wszystkim to towarzyskie – przy czym i tak wszystko jest pisane żartem i ocieka ironią. Ale jako że piszą zabawnie i w miarę sprawnie, to można zajrzeć. Ot, krotochwilka.

3. Neurotyk
neurotyk.net

A to jest już jakby drugi biegun. Humoru tutaj mało, za to wiedzy i informacji sporo. Z tym, że jest to wiedza z konkretnego zakresu, który może kogoś nie interesować. Psychologia, neuropsychologia i takie tam. Wiadomo, że dla mnie ta wiedza może mieć jakiś użytek. Ale ogólnie wszystko jest ciekawe napisane, no i tematyka nie jest z serii: „Jestem Bardzo Nudnym Profesorem, odkryłem jakąś Kompletnie Bezużyteczną Rzecz, która teraz bardzo rozwlekle omówię”. Jakieś ciekawe odkrycia i badania związane z ludzkim mózgiem czy psychiką. Nie trzeba być w temacie, by się tym zainteresować.

2. Kominek
kominek.in i kominek.tv

Ta, ponoć najpopularniejsze blogi w Polsce. W zasadzie nie mam pojęcia, czemu go czytam. Jego poglądy mnie irytują, tematyka mało interesuje (głównie sprawy damsko-męskie). Koleś jednak ma dar – potrafi on rozpisać się o reklamach na swoim blogu, i jeszcze wmówić Ci, że Cię to interesuje. Jakież to cuda potrafi zdziałać lekkie pióro! Więc jeśli jesteś odporny na bezpodstawne wywyższanie i przekonanie o swojej nieomylności i o swojej racji, jakkolwiek chujowa by ona nie była, a także na grona akolitów w komentarzach, które w zasadzie tylko papugują to, co napisał „Pan” w notce (opinie odmienne zwykle są kasowane) – to polecam.

1. Janusz Korwin-Mikke
korwin-mikke.pl i korwin-mikke.blog.onet.pl

Cóż… Korwin ma jeden, bardzo irytujący aspekt – ludzi, którzy mają jakiś stosunek do niego, można podzielić na dwie kategorie – hejterów ze wścieklizną oraz na bezmyślnych „wyznawców”. Pierwsi zaplują Cię jadem, jeśli tylko okażesz choć szczątki sympatii Korwinowi – a drudzy zasypią Cię cytatami z JKM-a, cokolwiek byś nie zrobił. Cała reszta to ułamki. Ale zawsze pozostaje nam sam Korwin – co nawet dwa blogi prowadzi, nie wiem w sumie po co. A na każdym pisze ciekawie. Warto go czytać nawet, jeśli się z nim kompletnie nie zgadzamy – głupsi na pewno się nie staniemy od czytania człowieka wykształconego i oczytanego, który w porównaniu z cała resztą polskiej sceny politycznej jest w istocie wisienką na gównie.