„Po co mi matematyka” – no zaraz traf mnie szlagi

Tak, tak, wiem, że strasznie zaniedbałem mojego blogaska ostatnio – w zasadzie nie mam usprawiedliwienia, bo już grubo po sesji, ale ani nie miałem pomysłu, ani ochoty, by pisać. Po prostu. Głupio by było jednak teraz sobie odpuścić, dlatego uprzedzam, że wpisy będą się pojawiać.

Ja sobie skończyłem sesję, a tymczasem w setkach gospodarstw domowych rozległy się krzyki rozpaczy lub radości, bo ludzie otrzymali wyniki ze swoich tam jakichś śmiesznych matur. I jak co roku wybuchły dyskusje, że tam za łatwe albo za trudne, albo że coś powinno być, a nie było, a że coś jest niepotrzebne (to zwykle mówią ci, co oblali z danego przedmiotu). Oprócz tego, że podciąganie wyników zdającym zepsuło nieco krzywą Gaussa (w sensie, że jest coś bardzo dużo wyników mieszczących się idealnie na progu zdawalności), ponownie rozgorzała Odwieczna Batalia o obowiązkową matematykę – i coś czuję, że to będzie już stały element corocznego, pobitewnego krajobrazu maturalnego.

Od razu wyklaruję swoje stanowisko – skoro już mamy tę publiczną edukację i ogólnopolską maturę, to dla mnie wprowadzenie obowiązku zdania matmy to jedna z najlepszych rzeczy, jakie się przytrafiły ogólnie gryzącej dno polskiej oświacie. IMHO wszelkie protesty przeciwko temu wynikają z tego, że niektórzy ludzie nie potrafią zmierzyć się z faktem, że ludzie, którzy nie potrafią opanować królowej nauk na podstawowym poziomie, po prostu nie zasługują na to, by móc się chwalić zdaną maturą. Z tego samego powodu wszak mamy również obowiązkowy polski, i jakoś nie słyszę pojękiwań „ścisłowców” (być może dlatego, że oni generalnie nie mają problemów ze zdaniem). Część ludzi uważa określanie matematyki jako „królowej nauk” za patetyczny, pusty slogan, nie rozumiejąc, jak trafne i słuszne jest to określenie – matematyka to jakby matryca, jest podstawą wszystkiego i ludzie, którzy jej nie znają, po prostu nie zasługują na to, by zajmować się nauką. Jakąkolwiek. Bo, jak to powiedział Kant (a to humanista, czyż nie?) – „W każdej nauce jest tyle prawdy, ile jest w niej matematyki.”

Ale, oczywiście, nie wszyscy się zgodzą. I są to prawie wyłącznie ci, którzy (a to niespodzianka!) nie potrafią ogarnąć swym rozumkiem matmy. Ale to nie oni oczywiście są głupi. To ona jest! I tak oto mamy list rozgoryczonej dziewuszki, wysłany do Wyborczej:

http://wyborcza.pl/1,95892,9882464,Nie_jestem_glupia_czy_leniwa___list.html

No ludzi trzymajta mnie, bo mnie zara pieruny łogniste szczelo. Polecam lekturę, bo naprawdę mamy tutaj pokaz, jak wygląda współczesna, polska młodzież – generalnie nic nieumiejąca, ale z przerośniętym ego i z roszczeniową postawą. Naprawdę, przyda im się ta lekcja życia, którą za parę lat dostaną (ta wspomniana dziewuszka pewnie wcześniej – „Zdam maturę w sierpniu, wyjadę z Polski, pozwiedzam trochę świata, pójdę do pracy, będę się rozwijać, chłonąć życie, będę wolna i może napiszę książkę?” – no już to widzę).

I w ogóle to retoryczne pytanie – „I to jest życiowa wiedza?”. Tak, kurwa, jest. Podstawa wszystkich nauk jest życiową wiedzą. A rachunek prawdopodobieństwa tym bardziej – to jeden z bardziej życiowych działów. Bo ludzie mają w zwyczaju w szacowaniu prawdopodobieństw posługiwać się heurystykami, które czasami mogą ich doprowadzić do bardzo mylnych wniosków. Nigdy nie zapomnę, gdy na demotywatorach (to były czasy, kiedy jeszcze był sens wchodzić na tę stronę czasem, a twórczość żałosnych emo-nastolatków nie stanowiła jeszcze 95% jej zawartości) była wielka dyskusja – czy wylosowanie w Lotku liczb 1, 2, 3, 4, 5 i 6 jest mniej prawdopodobne niż wylosowanie jakiejś innej, „normalniejszej” kombinacji. I przysięgam – ogromna ilość ludzi broniła „twierdzenia”, że tak. I czasami nawet miała tupet nazywać durniami tych, co sądzą, że prawdopodobieństwo jest takie samo.

Chciałbym, żeby to już się nie powtórzyło.

Ja nie jestem jakimś ścisłowcem o skłonnościach sadystycznych – ba, uważam się za humanistę. Ale tu chodzi o pewne dosyć jasne reguły. Matura to dokument, który (przynajmniej w założeniu) ma poświadczać, że osobnik go posiadający ma wiedzę, którą powinien posiadać każdy człowiek uważający się za w miarę wykształconego. OGÓLNĄ wiedzę. więc jeżeli ktoś jest, za przeproszeniem, tak tępy, że nie może zdać matmy na poziomie tych 30%, to zwyczajnie na ten papierek nie zasługuje. I tyle. I w obliczu takiego czegoś to, że ktoś ma zyliard punktów z czego innego, nie ma żadnego znaczenia. Jesteś dobry/-a w jakiejś dziedzinie, ale nie posiadasz podstawowej wiedzy ogólnej. Więc nie masz matury.

Dodatkowo matura działa jako przepustka na wyższe uczelnie. Czyli już na zajmowanie się nauką na poważnie. A jak ktoś nie potrafi zdać banalnie prostej matematyki, to od wszelkiej nauki powinien trzymać się z dala. Także od tej „humanistycznej”. Wstyd by tylko przynosił.

Bo, swoją drogą, ja już rzygam tymi „humanistami”, którzy z humanizmem nie mają nic wspólnego, ale nazywają siebie tak, bo „nie lubią przedmiotów ścisłych”. To wy nie jesteście humaniści. Wy jesteście zwykłe tępaki. Ja miałem 98% z matury z matmy, i tak – to sprawia, że uważam się za prawdziwego humanistę, u mad. To w sumie smutne, bo z tego powodu klasy humanistyczne w szkołach stały się takim rynsztokiem – bo 90% ich składu stanowią ci, którzy po prostu chcą uciec od matmy. Więc jeżeli w przyszłości dalej będziemy mieli nieszczęście borykać się z publiczną, obowiązkową oświatą – to ja swoje dziecko wyślę do klasy matematycznej. Niezależnie od jego zainteresowań. Bo w klasie humanistycznej można się zmarnować, ucząc się wraz z facetami, których jedyną życiową ambicją jest tak naprawdę „żyć tak, by się nie narobić”, oraz wraz z laskami, które jedyne, co umieją robić dobrze, to nie napiszę co, żeby zachować jakiś poziom jeszcze na tym blogu.

Ale żeby nie było – nie życzę przecież źle tej panience od listu. Uniknięcie studiów pewnie jej wyjdzie na dobre, bo zmarnowałaby tam zapewne 5 lat życia. A tak, to skoro jest taka dobra, za jaką się uważa – niech napiszę tę książkę. Chętnie to zobaczę. Ale od matmy na maturze – wara.

Naród kuriozalny

Czasem wydaje mi się, że w dobie politycznej poprawności zawód dziennikarza, a już zwłaszcza satyryka przypomina zawód sapera – nic, tylko całą swoją uwagę poświęcać na to, by nie wpaść na jakąś minę. Co prawda metafora nie jest do końca trafiona, bo dla sapera taki błąd kończy się zazwyczaj rozczłonkowaniem, a dla publicysty – publicznym linczem i ostracyzmem, zwłaszcza ze strony „oficjalnych” reprezentantów różnych środowisk. Bezczelnie „obrazić”, „zdeptać godność”, „wykazać się kompletnym brakiem kultury” można wobec wielu różnych jednostek i grup. Jednak jako że poprawność polityczna z natury idzie w parze z ogromną hipokryzją, te grupy są specyficznie (i zwykle mało logicznie wyselekcjonowane) – Murzyni, kobiety, duchowni… Ale nigdzie to zjawisko nie jest tak skrajnie i absurdalnie widoczne, jak gdy mowa o Żydach. Część osób zapewne słyszała o najnowszej, wielkiej aferze. „Angora” na pierwszej stronie pozwoliła sobie na satyryczny obrazek komentujący właśnie sprawę Żydów (czego bym się, mimo wszystko po jednej z najlepszych gazet w Polsce, nie spodziewał i za co zgarnęła u mnie dużego plusa). Ów obrazek wyglądał tak:

Jak widzicie, nie dość, że obrazek, to jeszcze uwaga nawiązująca do tego, jak amerykańscy Żydzi zupełnie bezprawnie próbują przypisać sobie majątek tragicznie zmarłych polskich Żydów, z którymi mają tyle wspólnego, co ja z Johnem Kowalsky’m z Ameryki. Tego oczywiście było zdecydowanie za wiele – wulkan wręcz histerycznie wybuchł lawą nienawiści. I już nie chodzi o absurdalne doniesienie do prokuratury, ale przede wszystkim wypowiedzi przedstawicieli tego „specjalnego” narodu:

W zawiadomieniu zarzucono, że okładka „Angory” z 10 kwietnia „zbliżona jest do antysemickich karykatur publikowanych w latach 30. przez nazistów”. – Okładka jest oburzająca! To odwoływanie się do najniższych stereotypów, które stosowało NSDAP we wczesnym okresie swojej działalności. To wywoływanie problemów narodowościowych i etnicznych na tle roszczeń majątkowych – mówi nam Stefan Cieśla, członek zarządu Stowarzyszenia Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”.

Premier Donald Tusk, w imieniu polskiego rządu, powinien niezwłocznie potępić ten pozbawiony smaku i wrażliwości komunikat nienawiści eksponowany na okładce „Angory”, inspirowany stereotypami i prowokujący czytelników pisma do antysemityzmu – uważa prof. Michael Szporer, którego cytuje portal informacjeusa.com Z kolei Pauline Babinski z Denver, jedna z najbardziej znanych w USA prawniczek polskiego pochodzenia, powiedziała, że żaden rozpoznawalny tytuł w Stanach Zjednoczonych „nie pozwoliłby sobie na taki skandal”. (W takim razie cieszę się, że żyję w kraju, gdzie uchowały się jakieś strzępy wolności prasy i słowa)

O okładce polskiego tygodnika piszą także izraelskie gazety. Jeden z największych tam dzienników „Maariv” artykuł zatytułował: „Nienawiść Warszawy”. – Kwestia wypłaty odszkodowań za utracone mienie ukazuje szpetne oblicze polskiego antysemityzmu; z dnia na dzień nasilają się antyżydowskie publikacje – napisał „Maariv”. Z kolei Eli Barbur, znany dziennikarz pracujący w Izraelu, na swoim blogu napisał o „menelstwie Angory”. – Wg mnie taki malunek w stylu „Der Stürmera” nie mógłby się pojawić na okładce popularnego pisma w żadnym innym kraju UE, a nawet w Rosji i w Mongolii. Podobne hitlerowskie ścierwo widniało już zresztą na okładce „Angory” nr 37 w 2008 roku, ale nikogo nie ruszyło – przypomina Eli Barbur.

Tak co do tego ostatniego – stwierdzenie „nawet w Rosji i w Mongolii” zawiera wyraźną sugestię, że lizanie Żydom butów jest wyznacznikiem rozwoju cywilizacyjnego. Tak mnie czasem zastanawia – jak to możliwe? Jak to możliwe, że tygodnik umieszcza na dobrą sprawę nic nieznaczący, niewinny i w dodatku satyryczny fotomontaż, i z miejsca jest atakowany obrzydliwymi oskarżeniami, insynuacjami, a także zwykłymi obelgami ze strony środowisk mniej lub bardziej „żydowskich” – i nikomu to nie przeszkadza? Nikt poważny nie zaprotestuje? Ale zaraz się otrząsam i odzyskuję trzeźwy osąd. Człowieku, przecież ty nie żyjesz w normalnym świecie. Przecież to jakaś kraina absurdu i hipokryzji. To świat, gdzie jedna, specjalnie uprzywilejowana grupa może pluć jadem i obrzucać gównem każdego, kto jest jej choć trochę nieprzychylny – i robią to przy ogólnym przyzwoleniu. Na jakiej podstawie przyznane są te przywileje? Bo mają ciężką historię? Bo ich dziadowie, których przypuszczalnie nawet nie pamiętają, cierpieli już całkiem sporo lat temu z rąk zwyrodnialców? Jak to możliwe?

Nie, człowieku, nie zadawaj takich głupich pytań – pamiętaj, na jakim świecie żyjesz…

Zastanawia mnie, dlaczego w zasadzie ten Naród jest „Wybrany”. Bo na pewno jest. Wystarczy, że większość ludzi tak kojarzy. Ale na dobrą sprawę, jest „wybrany” samozwańczo. Mój zdrowy rozsądek każe mi odrzucić wszelkie jakieś biologiczne i genetyczne uwarunkowania (chociaż słyszałem teorie, że swoją ponadprzeciętną inteligencję i spryt Żydzi zawdzięczają… zdrowotnym właściwościom czosnku i cebuli). Pozostają kulturowe i historyczne. Wygnanie z ich ziemi rozproszyło Żydów po całym świecie – a ich religijne wymagania sprawiły, że wszędzie, gdzie przybywali w większej ilości, opanowywali bardzo ważne sektory życia publicznego – wolne zawody (lekarze, prawnicy…) oraz handel i bankierstwo. A już zwłaszcza to drugie i trzecie wywoływało u prostego chłopa nieznającego podstaw ekonomii zgrzytanie zębami z wściekłości – szczególnie w czasach, gdy po ich własność przychodzili komornicy w czasach Wielkiego Kryzysu. Tę nieco instynktowną nienawiść swego czasu wykorzystali Bardzo Niedobrzy Ludzie – i do tego momentu wszystko jest jasne.

Ale teraz mamy koniec II wojny światowej – większość Żydów albo nie żyje, albo uciekła. W Polsce ostatnie niedobitki wygonił Gomułka. Jak kiedyś Żydzi stanowili 20% mieszkańców Łodzi, tak teraz nigdy żadnego nie widziałem, żyjąc w tym mieście (niedługo, co prawda). Dlatego pozostaje pytanie – dlaczego nas to w ogóle dotyczy? Przecież mowa o narodzie, który swoje państwo ma gdzieś daleko za Morzem Śródziemnym. A jednak Żydzi wciąż są obecni – jeżeli nie fizycznie, gdzieś za kulisami, to w świadomości, strachu i stereotypach ludzi. Ale wszak ponoć zarząd FED-u (prywatnej instytucji, która kontrolując drukowanie dolara, kontroluje w zasadzie całą, amerykańską ekonomię) składa się niemal wyłącznie z Żydów. Nie wiem, nie sprawdzałem. Nie widzę sensu – bo jeśli tak, to co wtedy? A poza tym rozum mi podpowiada, że ludzie, którzy doszli w życiu tak daleko, zwykle nie ograniczali się kwestiami narodowościowymi czy religijnymi.

Oglądałem kiedyś dokument o wycieczce izraelskich uczniów do Polski. Przerażający dokument. Z tego materiału wyłaniał się obraz państwa bezprecedensowej propagandy i indoktrynacji gorszej niż w Korei Północnej. Gorszej, bo skutecznej – jak nie wiesz, jak przeżyć kolejny dzień, w zasadzie mało cię interesuje, jak wygląda świat, więc ta koreańska propaganda to nieco inna bajka. Ale ta izraelska młodzież była sprawnie i skutecznie utwierdzana w przekonaniu, że są ofiarami zła całego świata. Wybierali się w Polsce rzecz jasna do Auschwitz – cała reszta naszego kraju mogłaby dla nich nie istnieć. Zapewne by tego zresztą chcieli, wnioskując po niektórych ich wypowiedziach. Po standardowej obróbce emocjonalnej, gdy z największego twardziela wyciśnięto łzy, przechodzono do obróbki merytorycznej – przekonywano ich, że to trwa nadal. Ich hotel był pod ochroną – „by ich nie pozabijali antysemici”. Ci uczniowie byli przekonani, że codziennie w Polsce są ogromne manifestacje przeciw Żydom. Że każdy, najbardziej niewinny przechodzień na polskich ulicach czyha na ich życie – a co najmniej nienawidzi z całego serca. Że cały świat za swój jedyny cel ma zniszczyć Żydów. Nie przesadzam ani odrobinę – oni naprawdę są wychowani w ten sposób i są o tym święcie przekonani. Świadczy o tym chociażby fakt, że przytłoczeni tą swoją fikcyjną wiedzą, niekiedy izraelskie wycieczki w ramach wyładowania i zemsty niszczyły hotele, w których przebywały (oczywiście nikt złego słowa nie powie, to się nam należy, jebanym antysemitom). Był też przezabawny, ale i przerażająco znamienny fragment, jak kilka Żydówek ucięło sobie pogawędkę (każdy w swoim języku) z dwoma przedstawicielami kwiatu polskiej inteligencji, lubiącej spędzać czas na ławeczce, racząc się trunkami wszelakimi. Generalnie starszy pan mało umiał się wysłowić, ale ogólnie był ciekawy, skąd są – bo myślał, że są z Chin. I to wszystko. A jak to zinterpretowały izraelickie dziewoje? Oczywiście przystosowały kompletnie niezrozumiałą dla nich wypowiedź do swojego schematu poznawczego – po jakimś czasie mówiły z przejęciem jakiemuś dziennikarzowi, że zostały bezpardonowo wyzwane od dziwek. Nie żartuję – one były o tym absolutnie przekonane. I na co to wszystko? Odpowiedź jest, wbrew pozorom, prościutka – Izrael jest państwem, gdzie do wojska musi pójść każdy, czy chłopak, czy dziewczyna. Rosną w związku z tym protesty tych pacyfistycznie nastawionych. I oni tą indoktrynacją są odpowiednio „nastawiani” na właściwą ścieżkę. „Rozumieją”, że muszą bronić swej krwi przed nienawidzących ich światem. I nagle zabijanie palestyńskich dzieci nie stanowi żadnego, moralnego problemu. Tak trzeba.

I tak oto mamy imperialistyczny, wspierany przez imperialistyczne USA, prowadzący skrajnie zaborczą politykę zarówno sposobem militarnym, jak i politycznym i medialnym kraj – a świat milczy. Jak to jest możliwe?

Momentami aż chce się w związku z tym zakrzyknąć jak ten pan:

OK, tak na serio to już by była przesada. Ale wrzucam tego dziadka będącego uosobieniem uroku nie bez powodu. W zasadzie, powody są nawet dwa:

1. Ten dziadek jest cholernie śmieszny.

2. Dobrze pokazuje on, jaki wpływ to wszystko ma na postawy części ludzi generalnie małomyślących

Chodzi mi o to, że wśród plebsu można wyróżnić dwie grupy. Tych, co aspirują do miana tolerancyjnych i oświeconych, w związku z tym łykają całą hipokryzję politycznej poprawności, jednocześnie ją powielając i wygłaszając mało rozgarnięte opinie, że istotnie „tak nie wolno” – ale czemu nie wolno, to już nikt nie wie. I jeszcze tych drugich, którzy bardziej instynktem niż rozumem wyczuwają zagrożenie, co sprawia, że szczekają i warczą jak zaszczuty pies – odpowiadając antysemicką nienawiścią na semicką nienawiść. Ci pierwsi mnie brzydzą, ci drudzy mnie martwią. Ponieważ to się dobrze nie skończy. Jak już mówiłem, po tym, jak już „się stało” (mówię o hitleryzmie i Holokauście), można by po prostu oddalić „problem” Żydów gdzieś daleko, do Izraela, i zapomnieć o wszystkim – znów żyć jak ludzie. Ale wygląda na to, że jednak Żydzi nie są wyjątkowi i przejawiają typową, ludzką cechę – nigdy, przenigdy nie nauczy się czegoś na własnym błędzie. Zamiast w rozsądnym wymiarze zadośćuczynić swe wielkie krzywdy, po dziś dzień dolewają oliwy do ognia, jakby z lubością podsycając nienawiść przeciw sobie. Może są pewni, że są teraz na tyle potężni, że całkowicie bezpieczni? Jeśli tak, to mówię – do czasu. I nie, żebym komuś groził, bo jestem wrednym antysemitą. Ale pewnych podstawowych, społecznych praw się nie oszuka. Im bardziej się wstrząsa szampanem, jednocześnie powstrzymując zakrętkę – tym mocniej w końcu wybuchnie.

Ja się nie obawiam powtórki Holocaustu. Ja się obawiam czegoś gorszego. Wszak, jak wiadomo, „ludzkość się stale rozwija – zabijamy siebie nawzajem na coraz to lepsze sposoby”…

Wszechobecny i niewidzialny „wróg”

W roku 1955 w USA dwaj dziennikarze – o nazwiskach Baddeley i Maverick – przeprowadzili w swoim rodzinnym, niewielkim miasteczku swego rodzaju eksperyment quasi-psychologiczny. Postanowili oni otóż przeprowadzić uroczyste obchody dwudziestej rocznicy śmierci pewnego znanego i szanowanego obywatela tegoż miasta. Przygotowali wiele atrakcji, jakie miały czekać każdego mieszkańca. Wśród nich był m. in. film, przedstawiający żywot owego nieboszczyka, wraz z nagraniem z jego pogrzebu. Niby wszystko w porządku – poza jednym szczegółem. Owy „szanowany obywatel” był fikcyjny. Kompletnie wymyślony. Para dziennikarzy sprawdzała, czy którykolwiek z miejscowych zauważy oszustwo lub przynajmniej wyrazi swe podejrzenia z powodu tego, że on sam nigdy o kimś takim nie słyszał. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Co więcej, co starsi ludzie „przypominali” sobie pogrzeb, którego nie było (w filmie przedstawiony był oczywiście pogrzeb kogoś innego w kompletnie innym miejscu), a niektórzy nawet samego „bohatera” i sceny z jego udziałem. Ludzie zupełnie bezproblemowo przyswoili sobie podaną im, całkowicie fałszywą informację. Na tę sfabrykowaną informację można było się potem spokojnie powoływać, odwoływać, przywoływać i ogólnie wykorzystywać – bo wystarczyło, że była ona realna w świadomości ludzi. Dwaj eksperymentatorzy jednak oczywiście zdemaskowali całą sprawę, zanim zrobił to ktokolwiek inny.

Manipulacja – jest to bardzo groźna broń w rękach tego, kto potrafi i ma odwagę się nią posługiwać. Gdy dodatkowo ma odpowiednie zaplecze i możliwości – wydaje się, że nie ma przed nią żadnej obrony. Przecież nikt się nie trudzi, by sprawdzać prawdziwość każdej wiadomości podanej przez jakieś medium. Teoretycznie więc mają one możliwość wprowadzenia bez problemu w błąd milionów ludzi. Co prawda w większej skali zawsze znajdzie się ktoś, kto wykryje oszustwo – ale jeśli ma się w ręku dostatecznie duże środki, można ich zagłuszyć, nazwać „oszołomami”, tych od „spiskowej teorii dziejów”. Na manipulację szczególnie podatny wydaje się być Internet – co pokazuje np. sprawa Henryka Batuty. Manipulacja może kryć się wszędzie – a ciężko się bronić przed czymś, o czego istnienia z założenia nie mamy pojęcia.

Na przykład tutaj – historia przytoczona na początku tego wpisu jest kompletnie zmyślona przeze mnie. Co do joty. No, jedyne „odniesienie” do rzeczywistości to to, że istnieje psycholog nazwiskiem Baddeley – ale nie prowadził on jeszcze działalności naukowej w latach ’50, z tego co wiem. Z ręką na sercu – czy ktokolwiek wykrył tę moją manipulację (którą była historia o manipulacji – więc jakby metamanipulacja :))? Czy ktoś zadał sobie trud poszukania w Google jakichś szerszych informacji? Czy może jednak wszyscy bezkrytycznie uwierzyli w moją szczerość i dobre intencje? No właśnie. Przy czym należy zaznaczyć, że w zasadzie od razu Was „odkłamałem” – czyli moje małe oszustwo nie zdążyło rozwinąć skrzydeł w Waszych mózgach. W najbliższych tygodniach jeszcze byście pamiętali, że tę historię przeczytaliście na jakimś blogu – i w związku z tym moglibyście być bardziej sceptyczni do niej nastawieni. Ale już za 5 lat prawdopodobnie byście pamiętali samą historię – bez źródła. A jako że natura nie znosi próżni, prawdopodobnie wymyślilibyście sobie to źródło – że przeczytaliście w jakiejś książce czy zobaczyliście w programie. A wtedy już naprawdę ciężko by Wam było samemu z siebie podważyć wiarygodność tej mistyfikacji.

Z drugiej strony – nieco zapewne demonizuję zjawisko, które przecież jest powszechne i naturalne. Manipulują wszyscy i wszędzie. Na rozmowie kwalifikacyjnej opisujemy sukcesy, pomijamy porażki – manipulacja. Podczas randki nie wspominamy, że zdradziliśmy kiedyś dziewczynę – manipulacja. To całkowicie zwyczajne narzędzie polepszania swojego wizerunku i/lub osiągania określonych celów poprzez wpływanie na innych ludzi. Jego istnienie wydaje się być koniecznością z racji naszej natury – o naszym poznaniu świata decydują w bardzo dużej mierze doświadczenia i przekazy innych ludzi. Poleganie wyłącznie na sobie jest niepraktyczną cechą z ewolucyjnego punktu widzenia.

Jednakże wydaje się, że natura nie przewidziała, iż staniemy się na tyle inteligentni, by z premedytacją i w niecnych celach wykorzystywać nasze ewolucyjne słabości. Myślę, że gdy mówimy o manipulacji, możemy nazwać siebie jej „ofiarami”. Codziennie dajemy się oszukiwać – w mediach, w polityce, w reklamie. Dlatego, choć z jednej strony nie należy popadać w paranoję – uważajmy. Dobrym rozwiązaniem jest przyjmowanie postawy z góry sceptycznej. Nie bać się wątpić, kwestionować, nie wierzyć – nawet jeśli ten pan w telewizorze jest przecież tak bardzo „mądrzejszy” od nas. Warto poświęcić trochę czasu na dokładne sprawdzenie tego czy owego – nie przyjmować niczego bezrefleksyjnie i nie traktować każdego, podanego nam twierdzenia, jako pewnik. Bo żyjemy w niebezpiecznych czasach. Ktoś kiedyś powiedział, że postępujący rozwój psychologii i socjologii pozwoli na niemal nieograniczone manipulowanie masami przez pewne „grupy”, które zapewne nie będą mieć oporu, by czerpać z tego korzyści. Sprawa więc wydaje się beznadziejna – raz zagrzebani w bagnie demokracji, ciężko będzie się zeń wygrzebać. Pozostaje więc tylko mieć nadzieję na to, że w ostateczności coraz więcej osób będzie bardziej świadoma swej podatności na kłamstwa i oszustwa – a nie na odwrót.

Jakby kogoś to interesowało – tekst zainspirowany tym wykopem: http://www.wykop.pl/link/698339/manipuluje-nami-rodzina-znajomi-koledzy-z-pracy-autorzy-reklam-i-politycy/

Ateizm i inne religie

Internet jest środowiskiem, w którym niczym mantra często powracają pewne motywy, bawiące mnie mniej lub bardziej. Jednym z nich, wręcz  sztandarowym, są flame war’y na kilka stron na tematy religijne. Są one tym śmieszniejsze, że mają one zawsze taki sam przebieg, a na ich potrzeby różnoracy ludzie nagle idealnie wpisują się w określone schematy – zawsze w takiej „dyskusji” jest „racjonalista, co przejrzał na oczy i ujrzał, że Boga nie ma” i „wierzący, który uznaje swą małość i niewiedzę, a wiara daje mu siłę”. Plus jakieś formy pośrednie.

Oczywiście, nie będę tutaj się rozwodził nad samym problemem dyskusji, bo sam bym się wpisał w ten schemat, a przecież chcę go wyśmiać. Zresztą, zapuszczając się głębiej w tę filozoficzną dżunglę, którą już przemierzały setki ludzi mądrzejszych ode mnie, nic nowego bym nie wymyślił, a najwyżej bym się ośmieszył. Chcę tutaj napisać o ludziach. O tym, jak to w ogóle możliwe, że ten temat nigdy się nie starzeje, choć z pewnością opinie i myśli się bezustannie powtarzają, więc wygląda to trochę na jałową robotę. Osobiście nigdy nie spotkałem z przypadkiem, w którym katolik przekonał do swoich poglądów ateistę czy vice versa. Człowiek automatycznie montuje sobie blokadę, która uniemożliwia bycie przekonanym przez oponenta. Blokadę tę może pokonać tylko on sam lub ktoś, do kogo ten ktoś ma wielki szacunek. Tym bardziej więc ta dyskusja jest bezcelowa – nikt nikogo nie „nawróci”.

Ja osobiście wyznaję pogląd tyleż banalny, co nierozumiany przez wiele osób – że kwestia (nie)wiary powinna zostać ograniczona z osobna do duszy (czy alternatywnie – „świadomości”) każdego z nas, a nie być przedmiotem debaty. Bo przy próbach odpowiedzi na te Największe z Pytań, zapuszczamy się w ścieżki tak ciemne i dalekie, że nie pomoże nam żaden przewodnik – sami musimy je przebyć, gubiąc się i potykając. A jednocześnie uzyskana przez nas odpowiedź nigdy nie wyjdzie poza sferę naszych domysłów – dlatego publiczne obnoszenie się z tym, że poznało się Prawdę (przy czym może być Bóg lub jego brak) uważam za przejaw nigdy nieuzasadnionej pychy, a przez to i zwykłej głupoty.

Tym niemniej, gdy już któraś ze stron jest wyśmiewana, to jest to „gwardia Boga”. Być może są oni łatwiejszą ofiarą ze względu na bardziej metafizyczne i „nieracjonalne” podejście. Albo po prostu są oni w mniejszości. Jednakowoż, pomijając kompletnie kwestię, czy ich zapatrywanie ma sens i jest słuszne, jest to strona, którą osobiście darzę większą „sympatią” z dwóch powodów. Po pierwsze, „krucjatowcy” to rzadkość – bo tacy są z góry uznawani za oszołomów i nikt nie bierze ich na poważnie, ogólnie to obciach. Po drugie, pozostali „wierzący” z natury wykazują się większą pokorą i tolerancją, co już jest dużym plusem, bo o ile człowiek, który jest głupi i nikomu tym nie wadzi w niczym mnie nie rusza, ale nic mnie nie irytuje bardziej od barana, któremu się wydaje, że cokolwiek wie i jest lepszy od innych. Poza tym, w przeciwieństwie od wielu ateistów od „BOGA NIE MA, BO NIE MA NA TO DOWODÓW, ODKRYŁEM AMERYKĘ PANIE I PANOWIE”, chrześcijanie zwykle rozumieją prostą rzecz – że wiara w coś z definicji polega na tym, że na to „coś” nie ma dowodów. A jako że dowodów na przeciwny stan rzeczy nie ma również, więc nie pozostaje nam nic innego niż wiara – wiara, że Bóg jest lub że go nie ma. Problemy ze zrozumieniem tego ma z kolei wielu ateistów, których adorują swoje własne poglądy z tego względu, że są takie „racjonalne”, „sensowne” i „dojrzałe” – i w żadnym wypadku nie uznają tego, że na dobrą sprawę, ich ateizm ma tak samo spekulacyjny charakter jak wiara. Dlatego jedyną rzeczą gorszą od wojującego katolika jest wojujący ateista.

Typowy ateista w trakcie dyskusji o religii

I tu dochodzimy do punktu, w którym odniosę się do tytułu, gdzie nazwałem ateizm „religią”. Ktoś kiedyś rzekł: „Ateizm jest religią tak samo, jak niezbieranie grzybów jest hobby”. Cóż, przyznałbym celność tej analogii, gdyby tylko „niezbieracze” grzybów zakładaliby fora i strony o „niezbieraniu” grzybów, na których by pisali rozległe elaboraty, dlaczego lepiej jest nie zbierać niż zbierać, a we wszelkich dyskusjach prowokacyjnie podkreślają swą wyższość i wyśmiewają tych, co zbierają te nieszczęsne grzyby. Oczywiście, całkowicie zdaje sobie sprawę z tego, że dokonuję teraz dużego uogólnienia. Osobiście jednak rozróżniam ateizm, który oznacza całkowite odrzucenie spraw religijnych i niepoznawalnych i koncentrację na swoim życiu doczesnym (ten „ateizm” jest pokrewny agnostycyzmowi i ja sam taki poniekąd wyznaję) od „wojującego” ateizmu – którego wyznawcy podkreślają, że „Boga na pewno nie ma” i że „świat to wyłącznie matematyka, fizyka, chemia i biologia” (jest to cytat co prawda z pamięci, ale autentyczny) tak zażarcie, że nazywanie tego rodzaju ateizmu „religią” uważam za całkowicie uzasadnione. Bo tak samo jak religia, opiera się na założeniu, które jest czysto spekulacyjne – bo nie istnieją żadne dowody, o czym zresztą świadczy fakt, że wielu wielkich naukowców z dziedzin ścisłych i racjonalnych (do których wojujący ateiści mają w zwyczaju odnosić się niemal bałwochwalczo) w Boga jednak wierzyli – bo byli świadomi faktu, że nasza wiedza nie wystarcza (i kto wie, czy kiedyś wystarczy) do wyjaśnienia świata, czego „wyznawcy” ateizmu zdają się nie uznawać. Bo tak samo jak religia, zażarty ateizm opiera się na wierze – do czego, oczywiście, żaden szanujący się „racjonalista” nigdy nie przyzna. „Ateizmianie” (taki mój neologizm, by odróżnić ich od „normalnych” ateistów, bijcie mi brawa) deklarują odrzucenie wszelkich bogów, ale sami czczą swojego boga przyczyny i racjonalizmu – tak samo bezwarunkowo, jak muzułmanie czczą swojego Allaha. Wszystko ma swoje racjonalne wyjaśnienie, a jak nie ma, to na pewno kiedyś się znajdzie i zresztą jeszcze wam będzie głupio, gdy umrzecie i się przekonacie, że was nie ma, głupi chrześcijanie.

Moją katechezą na dziś będzie więc – po co się kłócić o problemy o niepoznawalnej naturze, na które swoimi poglądami i opiniami nie mamy żadnego wpływu – bo nieważne, ilu chrześcijan i ateistów chodzi po tej Ziemie, Bóg dalej będzie sobie (nie) istniał. Mamy przecież tyle tematów do dyskusji, w których możemy sobie powydrapywać oczy i będzie to miało jakiś sens!

Kto tutaj jest faszystą?

W końcu mój cykl „2 teksty w ciągu 6 dni” pękł. Cóż, nie mogłem utrzymywać tempa wiecznie, tym bardziej, że staram się unikać krótkich notek, a zarazem nie pisać na siłę. Więc teraz trochę spuszczę z tonu – planuję teksty w poniedziałek i w piątek. Zobaczymy, co z tego będzie.

O niezrozumieniu przez większość ludzi, na czym polega idea wolności słowa lub wolności w ogóle pisałem już wcześniej i zdaje się, że to temat-rzeka. Co i rusz napotykam się na jakieś historie, gdzie ktoś w ramach walki o wolność słowa pragnie zakneblowania usta komuś, kto inaczej myśli. Podręcznikowym przykładem jest niedawne wystąpienie niejakiej Sabiny Złotorowicz, która zaapelowała do prezydenta Opola, by ten zabronił przeprowadzenia dyskusji między Pawłem Kukizem a działaczami ORN-u. W ramach wolności poglądów i demokratycznych wartości, oczywiście. Nikt nie będzie nam solą w oku ze swoimi nieprzystającymi poglądami! By dopełnić obrazu zgrozy, pani Złotorowicz działa z ramienia „Amnesty International”, a przynajmniej tak deklaruje. Tak czy owak, respekt minus dla tej organizacji.

Dzisiaj jednak będzie o wzruszającej historii, która nie jest nam tak odległa – gdyż dzieje się ona za zachodnią granicą, we wsi na Pomorzu Przednim. Ten rejon Niemiec słynie z wysokiego poparcia dla rosnących w siłę grup narodowosocjalistycznych. Polecam lekturę dla łatwiejszego ogarnięcia tematu:

http://www.presseurop.eu/pl/content/article/503381-moj-sasiad-nazista

Gdy jednak ktoś jest wyjątkowo leniwy, ja będę wyjątkowo uprzejmy i streszczę, że artykuł opowiada o pewnym, niemieckim małżeństwie, które stanowi ostatni bastion oporu w środowisku wiejskim, które politycznie jest opanowane przez neonazistów. Zacznijmy od tego, że skala opisanych zjawisk, a często wręcz ich absurd sprawia, że mam skłonności do wątpienia w wiarygodność tego reportażu. Przyjmijmy jednak, że wszystko jest prawdą. Na początek możemy przepisowo dać się ogarnąć zgrozie i przerażeniu, czytając o prześladowaniach ostatnich samurajów demokracji przez krwiożerczych faszystów, którzy nie przebierają w środkach, by dać im do zrozumienia, że dla państwa Lohmeyerów nie ma miejsca. Choć nie są oni jedynymi nie-nazistami w okolicy, pozostali wolą się nie wychylać, gdyż nie lubią mieć szczurów w skrzynce pocztowej, za to lubią mieć szyby w oknach. Ofiary więc zdane są na siebie w tej tragicznej walce.

Ale to tylko „na początek”. Potem warto się nieco otrząsnąć i spojrzeć na sprawę trzeźwo i neutralnie. Oczywiście, nie jestem aż takim idącym pod prąd, by popierać to, co robią „Aryjczycy” – ale chodzi o ich konkretne czynności, a nie ich światopoglądy same w sobie. Wciąż jestem jednak na tyle „alternatywny”, by widzieć drugą stronę medalu – która ujawnia się w pojedynczych fragmentach tekstu. Wspieram to nieszczęsne małżeństwo w ich walce o swoje własne życie i własne poglądy – ale nie będę przymykać oczu na przejawy myślenia z cyklu „ja wiem najlepiej, reszta powinna myśleć jak ja”.

Więc zacznijmy po kolei. Tekst jest skonstruowany tak, że powoli wprowadza mnie w to iście „demokratyczne” myślenie i przygotowuje na nie, by w końcu uderzyć takimi twierdzeniami:

Poczucie osamotnienia nie jest także obce Dieterowi Maßmannowi, burmistrzowi Hoppenrade, położonej sto kilometrów stąd na wschód. W grudniu ubiegłego roku rozwścieczeni neonaziści chcieli pobić jego kolegę z sąsiedniej gminy.

Odmówił on bowiem wydania zaświadczenia, że prezydent Niemiec zostanie honorowym ojcem chrzestnym siódmego dziecka rodziców sympatyzujących ze skrajną prawicą [w Republice Federalnej przywilej ten przysługuje dzieciom z rodzin wielodzietnych – przyp. tłum.], a także wstrzymał wypłatę becikowego w wysokości 500 euro.

Czyli mówiąc wprost – odmówił tym ludziom tego, co im się należało tylko dlatego, że wyznają nie takie poglądy, jak trzeba. Oczywiście, nikt tego nie przyzna wprost – zawsze się przecież znajdzie jakaś wymówka, że tak nie można, że przecież to naziści, oni zjadają Żydów na kolację i tak dalej. Ale, choć osobiście jestem przeciwny takim świadczeniom jak becikowe (wszelkim innym w zasadzie też), jednocześnie uznaję i szanuję obowiązujące reguły gry – reguły, które ten burmistrz złamał, a teraz on uchodzi za ofiarę. Choć zapewne nie wyrażam aprobaty dla reakcji neonazistów (coś czuję, że będę musiał często to powtarzać – a i tak pewnie znajdzie się jakiś baran, które powie, że jestem faszystą) – nie dziwię się wcale, że się wściekli.

Na zewnątrz Artamani sprawiają wrażenie ludzi pokojowo nastawionych do świata. Żyją w wielodzietnych rodzinach, zajmują się ekologicznym rolnictwem, protestują przeciwko inżynierii genetycznej – i popierają NPD, z której to w landtagu Meklemburgii-Pomorza Przedniego zasiada obecnie sześciu posłów.

(…)

Artamani są wykształceni i działają bardzo sprytnie. „Starają się zaistnieć w świadomości publicznej za pośrednictwem różnego rodzaju stowarzyszeń oraz działalności w ochotniczej straży pożarnej”, mówi Maßmann.

Konstrukcja pierwszego cytowanego akapitu jest rozczulająca – wymienienie (z pewnością nielicznych) zalet tych ludzi, by na końcu przywalić gromem, który rujnuje cały ten obraz – „popierają NPD”. Co jest emocjonalnie równoważne z „spuszczają krew z małych dzieci i piją ją jako aperitif”. Z drugim akapitem jest podobnie – te potwory nawet jeśli robią coś poza grabieniem i mordowaniem Żydów, to na pewno robią to, by szerzyć zło i zepsucie. Powinno się im zabronić służyć w straży pożarnej! Najlepiej by było ich zamknąć w chacie i zabić drzwi dechami, by się nie wychylali ze swoimi chorymi poglądami. Typowa „demokratyczna” retoryka.

I teraz prawdziwa bomba, najsmaczniejszy kąsek z całego reportażu:

Latem każdego roku Lohmeyerowie organizują festiwal, aby pokazać, że nie całą wioskę wzięli w posiadanie naziści. Na pytanie, czego by sobie najbardziej życzyli, odpowiadają zgodnie – delegalizacji NPD. Tylko w ten sposób można pozbawić tych ludzi struktur organizacyjnych.

Tego samego zdania jest Dieter Maßmann z Hoppenrade. Cała trójka nie robi sobie jednak większych nadziei na wznowienie postępowania o wyjęcie partii spod prawa. Tak długo, jak Berlin widzi w neonazistach problem Niemiec Wschodnich, nie ma co liczyć na poprawę sytuacji

I to jest właśnie to, co autor tego tekstu nazywa na początku „wzorową, obywatelską postawą”. Rzygać mi się chce od tej komunistycznej retoryki. Tępienie wrogów ludu, wszelkich podżegaczy i krwiożerczych przeciwników naszej demokracji – to iście obywatelska postawa. Niewątpliwie ta postawa jest prawdziwie demokratyczna – lecz nie uważam tego za zaletę, tylko mnie to przeraża. Przeraża mnie karanie ludzi za odmienne poglądy, próby kneblowania im ust. Przeraża mnie pojęcie „myślozbrodnia”, którą niewątpliwie popełniają ci neonaziści w oczach tych „bojowników o słuszną sprawę”, walczących pod przykrywką „obrony wolności” – która jest kłamstwem, bo właśnie oni Wolność zwalczają najskuteczniej. To zresztą tylko jedno z szeregu kłamstw. Innym np. jest wmówienie ludziom, że „demokratyczny” to synonim do „wolnościowy”. Tylko w demokracji może istnieć wolność! Jak ktoś ją łamie, to łamie zasady demokracji.

Nie łamie. Właśnie się do nich stosuje, co widać po tej całej sprawie. Temu gronu ludzi zabiera się wolność do własnych poglądów, ponieważ nie podobają się one Większości – a w demokracji to jest wystarczający powód. Dlatego ten ustrój jest właśnie podatny na brak wolności i uciskanie – mniejszości przez większość. Pisałem już o tym kiedyś – nie ma czegoś takiego jak „wolność poglądów, za wyjątkiem poglądów nazistowskich, komunistycznych itp.” To jest jedynie wolność wybiórcza, tylko dla tych, co myślą jak my – czyli czysta kpina, nie wolność. Można karać ludzi za ich czyny – takie jak dręczenie czy paserstwo (za co zamknięto przywódcę tych nazistów, oby nie pod zmyślonym pretekstem…) – ale jeśli karzemy ich również za myśli i poglądy, to stajemy się nimi. Jesteśmy faszystami, którym pojęcie Wolności jest obce. Czas się z tym zmierzyć – i przyznać się do tego, albo zmienić drogę.

Dlatego choć rozumiem desperację państwa Lohmeyerów, którym radykaliści nie uczynili życia łatwym, i popieram ich, jeśli chodzi o ich prawo do obrony swych „demokratycznych” poglądów, kiedy czytam takie wyraźne, przesycone nienawiścią deklaracje, że chcą zakneblować „innym” usta i wpakować ich za kratki tylko za to, że nie myślą „jak trzeba”, to muszę powtórzyć tytułowe pytanie – kto tu jest faszystą?

Ponieważ ja nie potrafię rozróżnić.

Energia atomu, czyli ofiara fobii motłochu

Ostatnie dni upłynęły pod znakiem tsunami w Japonii oraz awarii w elektrowni atomowej Fukushima czy jakjejtam. Fukushima to, Fukushima tamto, drugi Czarnobyl, nie ma kontroli, reaktor się stopił, wybuchy – oto skrót wiadomości z ostatniego tygodnia. To, że media lubią robić wielką katastrofę z niczego, jest akurat normalne – ale energetyka jądrowa to jest taki temat, który lubi co jakiś czas rozgorzeć (zwykle z okazji jakiegoś incydentu), przy akompaniamencie bredzenia oszołomów, świętych Janów (tego od Apokalipsy, jakby ktoś nie załapał) i ekoidiotów. W tym wypadku odnoszę wrażenie, że liderują Niemcy – ichniejsi Światli Przywódcy już oczywiście ogłosili, że trzeba się nad tymi elektrowniami zastanowić – a potem uznali, że to nie będzie zadowalające dla bojaźliwego plebsu, dlatego jeszcze uznali, że wszystkie elektrownie atomowe wybudowane przed 1980 rokiem zostaną póki co wyłączone, i najlepsze – premier Brandenburgii zaapelował nawet do Polaków, by Ci zrezygnowali z budowy własnej elektrowni atomowej.

Śmiech mnie ogarnia, aż nie wiem, od czego zacząć – od technicznych absurdów takiej działalności czy od politycznych. Niech będzie, że od tych drugich. Z okazji tej sprawy głupota demokracji pokazała się w całej okazałości – kompletnie niemający pojęcia na dany temat motłoch ma wpływ na podejmowanie kluczowych decyzji. Ich wiedzę na temat energii jądrowej można streścić w zdaniu „Coś tam kiedyś w Czarnobylu wybuchło” – a żądne sensacji i katastrof zagrażających egzystencji naszej cywilizacji media podsycają ich całkowitą ignorancję poprzez snucie apokaliptycznych wizji – dziwnym trafem, zawsze robią to ludzie, którzy z fizyką mają tyle wspólnego, ile jej mieli w liceum. W rozsądnym kraju ich opinia byłaby oczywiście kompletnie ignorowana – ale przecież żyjemy w demokracji, więc cieszmy się, bo z powodu absurdalnych lęków ciżby będziemy niedługo oświetlać dom świecami! Ja już nie wspomnę, że reakcja (głównie niemieckich) rządzących także wskazuje na ich kompletną niewiedzę, ale z drugiej strony można przypuszczać, że oni tylko tak chrzanią, by pokazać plebsowi (czyt. elektoratowi), jak bardzo troszczą się o to, żeby im nie wyrosła druga głowa – a w rzeczywistości maja na tyle zdrowego rozsądku, by, gdy sprawa przycichnie, wrzucić te wszystkie idiotyczne projekty dot. rezygnacji z elektrowni atomowych do kosza – tam, gdzie ich miejsce. Tym niemniej irytuje mnie ta gra pozorów – politycy szczerzą się i pieprzą głupoty do kamery, bo wiedzą, że nie mają innego wyjścia – są zależni od tępego motłochu, któremu się wydaje, że jak będą mieszkać koło elektrowni jądrowej, to będą świecić w nocy. Żadnej szczerości nie uświadczymy, żadnych realnych planów nie poznamy – przynajmniej nie bezpośrednio. Demokracja to teatr. Dziś oglądamy sztukę „Popadamy w panikę, by pokazać, jacy to troskliwi i odpowiedzialni jesteśmy” – podczas gdy w rzeczywistości chyba żaden Rozsądny Człowiek nie sądzi, że przez ten cały czas rząd (niemiecki w tym przypadku) nie wiedział, co to są te reaktory atomowe, które im tak sobie działają, a po wypadku w Fukushimie pacnęli się w czoło i zakrzyknęli – „Rany, ależ to przecież niebezpiecznie! WSZYSTKIE MI TU ELEKTROWNIE ROZJECHAĆ BULDOŻERAMI!”.

Nie. Na szczęście nie doszliśmy jeszcze do tej fazy demokracji, gdzie u władzy są absolwenci szkół specjalnych.

Dobrze, a teraz przejdźmy do tego, jak irracjonalny jest lęk przed atomem, patrząc na niego od strony bardziej technicznej. Zacznę od twierdzenia, które być może dla niektórych będzie wręcz hitchcockowskim wstrząsem – energia atomowa to najwydajniejsza i jedna z najbardziej bezpiecznych form pozyskiwania elektryczności. Pod względem bezpieczeństwa przebijają ją chyba tylko elektrownie wiatrowe i słoneczne. Nie będę oszukiwał, że jestem fizykiem jądrowym, ale zanim zacznie się klepać głupoty o nuklearnej zagładzie niczym baba ze wsi, warto posiąść choć podstawową wiedzę. Otóż, po pierwsze – stopień bezpieczeństwa współczesnych reaktorów jest wyśrubowany do takiego poziomu (głównie ze względu właśnie na te naciski społeczne), gdzie jakiś wypadek może się stać dopiero w naprawdę wyjątkowo niefortunnej sytuacji (np. tsunami). Po drugie – nawet jak już wydarzy się wypadek, nie ma on takich katastrofalnych skutków, jak by sobie tego życzyli panikarze (ta największa z największych katastrof, niewiarygodna tragedia, nieomalże apokalipsa – Czarnobyl – ma 30 [słownie: trzydzieści] oficjalnie potwierdzonych, bezpośrednich ofiar). Nie trzeba od razu opanowywać fizykę jądrową i budowę reaktora. Wystarczy rozumieć podstawy działania. Po pierwsze – wbrew potocznej opinii, nie ma takiej opcji, by awaria w elektrowni atomowej wywołała wybuch atomowy. Już przy samej bombie atomowej trzeba się nieźle napocić, by wybuchła ona tak jak trzeba. A reaktor się w bombę nie zamieni. Wybuch w Czarnobylu miał charakter chemiczny, nie jądrowy. Po drugie – współczesne reaktory są budowane tak, by przy jakichś usterkach występowało ujemne sprzężenie zwrotne – co oznacza, że jak coś idzie nie tak, to reaktor stopniowo zwalnia, aż się wyłącza. Reaktor czarnobylski był o tyle niebezpieczny, że w jego przypadku gdy coś szło nie tak – to produkowana energia wzrastała miast maleć. A mimo to i tak do katastrofy doprowadził eksperyment, który już w założeniu był całkiem niebezpieczny – a został przeprowadzony w skrajnie partacki sposób, który musiał wywołać katastrofę. Reaktor typu RBMK (używany w Czarnobylu) sam w sobie i tak jest bezpieczny – do dziś działają w Rosji bez żadnych problemów i jakoś nikt tam nie ma dwóch głów. Dla tych, co chcą wiedzieć więcej i dokładniej – link.

Dla tych, którym wszelka nauka ścisła jest obca, proponuję inne wyjaśnienie – elektrownie atomowe funkcjonują na świecie od lat ’50. Kilkadziesiąt lat setki reaktorów pracują bezustannie po dziś dzień. Ile znasz katastrof jądrowych? Czarnobyl – wspomniane 30 ofiar (plus może parę promili więcej zachorowań na raka tarczycy), ogólnie bardzo rozdmuchany wypadek. Parę osób może jeszcze kojarzy nazwę Three Mile Island – ofiar 0 (słownie: zero).

To trochę mało jak na tak „niebezpieczną” formę pozyskiwania energii, co nie?

I w Fukushimie nic także się nie stanie – bo nie ma po prostu prawa. Możliwe, że paru pracowników spotka przykre następstwo w postaci choroby popromiennej – ale w skali makro zarówno świat, jak i sama Japonia jest całkowicie bezpieczna. Wszelkie podejmowane środki bezpieczeństwa są wyłącznie po to, by uciszyć mediom japy, które by w przeciwnym razie kłapały na pierwszych stronach: „CI ATOMOWI SZALEŃCY NAS ZARAZ WSZYSTKICH POMORDUJO!”. Podobnie jest w Niemczech – bo nie wierzę, by rzeczywiście ktoś byłby tam aż tak głupi, by faktycznie rezygnować z energetyki atomowej – zwykle najlepszej opcji z możliwych. U nas jednak dalej rządzą ekoidioci, którzy swego czasu zablokowali budowę elektrowni w Żarnowcu – czym przyczynili się do dalszego zanieczyszczania powietrza przez elektrociepłownie. Że ja już nie wspomnę o ofiarach wśród górników w kopalniach węgla – ich jest o wiele, wiele więcej niż ofiar energetyki jądrowej.

Ci górnicy to ofiary ludzkiej ignorancji.

Granie na emocjach to potężne narzędzie

Kiedyś to było fajnie. Świat 95% ludzi był ograniczony do ich wsi i okolic. Orali oni te swoje pola, żyli w swoim mikroświecie, mieli jakieś tam swoje wyobrażenia i przemyślenia, z którym mogli się z sąsiadem podzielić. Zawsze wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkim i prawo zwyczajowe działało bez zarzutu – pracowity był szanowany, pijak był pogardzany. A jak ktoś miał większe ambicje – mógł (z niemałym trudem, to trzeba przyznać) zdobyć wykształcenie i dołączyć do tych 5%, co wiedzą coś o świecie poza jedną wsią i de facto nim sterują. I to ich idee, poglądy, przemyślenia się liczyły – lud mógł sobie wierzyć w to, że Słońce krąży wokół Ziemi i jakie to miało znaczenie? Komu to szkodziło?

Dzisiaj jest inaczej. Przede wszystkim – z powodu powszechnej i obowiązkowej edukacji ciżba dorwała się do jakichś szczątków wiedzy – a to jest wystarczający dla nich powód, by uznawać się za kogoś, kto coś wie i może się z pełną powagą i odpowiedzialnością wypowiadać o wszystkim. Stąd jesteśmy atakowani z każdego ekranu telewizora, każdego głośnika radia setkami tysięcy zwykłych bzdur głoszonych przez ludzi, którym się wydaje, że ich tytuł magistra dowodzi, że mają o czymkolwiek pojęcie i że potrafią myśleć. A jakąś wartość dalej przejawia te 5% – lecz tym razem zagłuszone i popierane co najwyżej przez pozostałych z tych 5% oraz hipsterów. Typowy przedstawiciel tłuszczy przejawia też bardzo niezdrowe przekonanie, że ma wystarczające kompetencje, by wypowiadać się o dowolnej sprawie, o której usłyszał w telewizji czy przeczytał w gazecie. I o tym przede wszystkim jest ten wpis.

A zaczęło się, jak zwykle, od Wykopu. Od tego konkretnie. Gdy go zobaczyłem pierwszy raz, olałem go z myślą „Ehe, pewnie kolejna wielka >>akcja<<„. Cóż, kiedy po jakimś czasie zauważyłem grupy na Facebooku, zrozumiałem, że moja myśl była prorocza. Mamy do czynienia z kolejną wielką, społeczną „akcją”, a mówiąc jaśniej – z plebejskim linczem. Jakby ktoś jakimś cudem sprawy jeszcze nie znał, oto obszerny artykuł z wyborczej, a tutaj samo centrum sprawy, czyli konto YouTube troskliwego tatusia o jakże chwytającej za serce nazwie „Ratujcie Szymona!”:

http://www.youtube.com/user/RatujcieSzymona

Heh, na starcie przede wszystkim trzeba przyznać, że facet absolutnie jest nie w ciemię bity. Podkłada dyktafony, tłucze się po sądach, a gdy ten go spławia, odwołuje się do najwyższej instancji władzy sądowniczej w państwie demokratycznym – do Głosu Ludu. I to nie byle jak, tylko wykazując nieprzeciętne zdolności manipulacyjne, mistrzowsko grając na emocjach, wyróżniając WIELGACHNĄ, czerwoną czcionką szczególnie „oburzające” fragmenty (taka delikatna sugestia, że jeżeli to na nas nie działa, to chyba jakimiś potworami jesteśmy), kropkując wypowiedzi matki lub dziecka, które mogłyby zaburzać obraz wzorcowej rodzinki patologicznej, umieszczając to na YouTube’ie, chodząc z tym do wszelkich mediów itp.

I oczywiście to nie jest po to, by zniesławić matkę. Wszystko dla dobra dziecka.

Na początek tak nieśmiało zwrócę uwagę, że w państwie prawa sądownictwo jest niezawisłe. Oznacza to, że ŻADNE naciski, sugestie, dramatyczne historie, krzyki ciżby i wrzask szukających sensacji mediów NIE MOGĄ być brane pod uwagę nawet w najmniejszym stopniu. Na sali rozpraw liczy się tylko prawo i konstytucja. Dlatego też twierdzenia ojca, że on tylko walczy o sprawiedliwość i prawo, uważam za przejaw hipokryzji. O prawo walczy się w przeznaczonych do tego instytucjach, a nie w gazetach i w internecie – czyniąc ze swojego życia rodzinnego i sytuacji tego chłopca medialne igrzysko, wyrządzając mu przy tym zapewne nie mniejszą krzywdę, niż ta matka. Z drugiej jednak strony, jak już wiemy, tatuś jest zapewne niegłupi i zdaje sobie sprawę, że nie żyjemy w państwie prawa – tylko w państwie demokratycznym. Tutaj liczy się zasada „vox populi, vox Dei” – gdzie vox tego populi może być dowolnie manipulowany, jeśli tylko się odpowiednio przedstawi sprawę. Prawo można przy tym wyrzucić do kosza.

Taką już mam naturę, że jeżeli z okazji jakiejś sprawy miażdżąca część ludzi opowiada się po jednej stronie, zawsze poważnie rozważam opowiedzenie się po stronie przeciwnej. Bo jak to powiedział Oscar Wilde: „Kiedy ludzie są tego samego zdania co ja, mam zawsze wrażenie, że się pomyliłem.” Dlatego zamiast się przepisowo popłakać przy jakże przejmujących nagraniach i popluć trochę jadem wobec osoby, o której nie wiem tak naprawdę nic, postanowiłem popatrzeć na to z trochę innej strony. Przede wszystkim – ludzie chyba nie widzieli prawdziwej patologii. To, co ukazują te nagrania, to obraz dużej części polskich domów – ja sam nieraz byłem świadkiem takich zachowań normalnych matek, wobec których krew mi się trochę mroziła w żyłach. A dlaczego tak jest? Otóż w czasie dwóch wojen światowych kobiety musiały pójść do pracy w fabrykach – z konieczności. Po wojnie ktoś sobie pomyślał, że tak może zostać – prawdopodobnie także pod wpływem myśli komunistycznej.

Kobiety na traktory!

Dzisiaj niemal wszystkie kobiety mają pracę poza domem – a te, które zostają „przy garach”, są traktowane jako gorsze, zdominowane, słabe „kury domowe”. Efekt? Zestresowana, przemęczona matka musi jeszcze zajmować domem i dzieckiem – co wcale nie jest mniejszą pracą. Niektórym już nie wystarcza cierpliwości niezbędnej przy wychowywaniu dziecka – i jest to naturalna i całkiem łatwa do przewidzenia reakcja.

Oprócz tego, nieszczęście z wychowywaniem polega na tym, że prawie każdy to będzie robił w swoim życiu, a mało kto tak naprawdę umie. Jaki wniosek wyciągnie typowy „plebejusz”? Trzeba zabierać dzieci patologiom i dawać do domu dziecka!

Ja już litościwie nie wspomnę, że w bidulu te dzieci miałyby gorszy los niż Szymonek przy swojej mamusi. Podstawowym problemem jest to, że większości ludzi nie mieści się w głowie, że patologie to naturalna część społeczeństwa – bo w każdym naturalnym środowisku potrzebne są wynaturzenia. Oczywiście w ograniczonej, odpowiedniej dla wynaturzeń ilości. Tak było zawsze i tak być musi. Zapewnia to kluczową z punktu widzenia ewolucyjnego różnorodność – nie da się zapewnić wszystkim sielankowego, pięknego życia z kochającymi rodzicami. I zwiększa to naszą ogólną wartość. Należy się spytać – ile wielkich osób wychowało się w takich „nienajlepszych” warunkach? I czy byliby wielcy, jeśliby zamiast tego wychowali się we wzorcowej, kochającej rodzince? I nie twierdzę, że nie należy w miarę możliwości ograniczać takich zjawisk jak alkoholizm, znęcanie się czy tym podobne. Ale tego nie robi się poprzez zabieranie wszystkim dzieci i umieszczanie w domu dziecka, gdzie wcale nie będą miały lepiej zresztą. Nie walczy się z pryszczami poprzez ich wyciskanie.

I jeszcze o sprawie wspólnej dla wszystkich takich masowych ruchów na rzecz jakiejś sprawy. W necie aż się roi od nienawistnych komentarzy, gróźb i pieniactwa. Wszyscy zgodnie obrzucają panią matkę błotem, a jakaś banda idiotów nawet zhejciła jakiejś babce konto na nk, bo miała nieszczęście mieć tak samo na nazwisko jak rzekoma winowajczyni (albo się tak sprytnie wykręciła, hehe). Typowy przykład wściekłej ciżby, co gówno wie i gówno myśli, ale za to ostrzy widły i zapala pochodnie. Ja osobiście nie wierzę, że w państwie, w którym istnieje tendencja właśnie do nadgorliwego zabierania dzieci rodzicom i ogólnego braku poszanowania praw rodziny, prokuratura, a także inne instytucje (np. Rzecznik Praw Dziecka), mogłyby umorzyć postępowanie ot tak, bez dobrego powodu. Dlatego zamiast jazgotać i wypisywać te swoje ociekające oburzeniem wypowiedzi, lepiej może zostawić sprawę tym, których obowiązkiem jest zbadanie tego z każdej strony i jak najgłębiej? Bo, powtórzę raz jeszcze – gówno wiecie poza tym, co przeczytaliście w Wyborczej czy na kanale tatuśka. Nie znacie kontekstu, nie znacie tatusia, nie znacie mamusi i nie znacie nawet opinii samego dziecka (nigdzie się jej nie doszukałem, ciekawe) ani jego samego. Przesądzanie o całej sprawie z waszego poziomu wiedzy – to dowód pieniactwa, głupoty i łatwego ulegania emocjom.

Zaznaczę – przy założeniu prawdziwości tych nagrań, nie popieram sposobów wychowawczych matki. Ale po pierwsze, nie mam w zwyczaju wtrącać się w sprawy obcych ludzi, których kompletnie nie znam. A po drugie – podstawowa zasada zachowania trzeźwego oglądu sytuacji to NIE DAĆ SIĘ ZWARIOWAĆ. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.