Kiedy dziennikarstwo zmienia się w parodię

Naprawdę, były czasy kiedy miałem swój nieco idealistyczny obraz dziennikarstwa. Obraz, z którym związane były takie pojęcia jak bezstronność, rzetelność i umiłowanie prawdy. Dziennikarz nie zmyśla, nie szuka na siłę sensacji, mówi o rzeczach istotnych, nie pozwala, by jego poglądy uniemożliwiło mu sporządzenie obiektywnego sprawozdania, jego celem jest szerzenie informacji, a nie wzbudzanie emocji i tworzenie iluzji. Różne brukowe twory pokroju „Faktu” trochę mi ten obraz burzyły, ale hej – nikt przecież nie może być idealny, ale klucz, żeby ideał istniał, by można było doń dążyć.

Niestety, ten obraz już dawno umarł, nie wytrzymał starcia z jak zawsze brutalną rzeczywistością. Współczesny dziennikarz to hiena, rzadko ma wykształcenie mające jakąkolwiek wartość, zależy mu wyłącznie na jak największej oglądalności/poczytności/klikalności, gra na uczuciach, manipuluje faktami, wykazuje kompletny brak taktu, obiektywne czy chociażby alternatywne zapatrywanie na jakąś sprawę jest mu kompletnie obce, wygłasza opinie i sądy na podstawie nikłych przesłanek, czyniąc niekiedy krzywdę ludziom, z lubością rozpisuje się na tematy, o których nie ma żadnej, rzetelnej wiedzy, nierzadko wprowadzając więc w błąd setki ludzi i przyprawiając o zawał serca ekspertów z danej dziedziny. Oprócz tego w zasadzie nie istnieją już stacje czy gazety, których misją jest szerzenie prawdy samo w sobie – ponieważ zawsze są one opłacane przez określone spółki, firmy i grupy, które w zamian oczekują, nie owijając w bawełnę, korzyści – a te są ogromne, bo w dzisiejszych czasach kto ma media – ten ma władzę nad umysłami ludzi, a w demokracji kto ma władzę nad ludźmi – ten ma władzę w ogóle. Dlatego też dziennikarzy nie obchodzi już ten mój ideał, a ich zadaniem jest po prostu służenie nie ludziom, a tym, co go opłacają.

Mój ideał jest martwy – w ogóle to czy kiedykolwiek żył? Nie jestem w sumie pewien – tak się mówi tylko o „starych, dobrych czasach”, ale w końcu mnie tam nie było. Z drugiej strony, ten mój wzorzec skądś się musiał wziąć.

Cóż, zazwyczaj nie piszę takich tekstów bez jakiegoś bodźca i w tym wypadku owym bodźcem było to, co miało miejsce już jakiś czas temu (już taki leniwy chłopak jestem) na antenie TVN24, serwisu podającego się za informacyjny, oglądanego przez miliony Polaków, więc mającego istotny wpływ na opinie wielu z nich. A miało miejsce to:

http://www.wykop.pl/link/800559/fakty-po-faktach-bosak-i-richardson/

Polecam obejrzeć, bo to naprawdę daje dobry pogląd, w jakim stanie jest polskie dziennikarstwo. Okej, ja rozumiem, ze to program publicystyczny – ale kiedy formuła programu jest taka, że jest prowadzący i dwóch gości, to raczej powinno być tak, że to goście się gryzą, a prowadzący pełni rolę mediatora. Tymczasem tutaj mamy dosyć nierówną walkę 2vs1, gdzie jeden z gości został zaproszony w charakterze „oszołoma”, którego przez cały czas antenowy się obśmiewa, zakrzykuje i zadziobuje, by pokazać społeczeństwu, kto tutaj jest Głównym Złym niczym z bajki Disneya, który chce nam zniszczyć nasze piękne państwo i psuje nam wielką radość z tego, że akurat przyszła nasza kolej na objęcie przewodnictwa w UE (co, oczywiście, nie ma żadnego znaczenia, ale ciiiii, bo Ryczardsą usłyszy i nas tu zaleje szczebiotliwym bełkotem o tym, jak jest wspaniale i w ogóle nie jest tak, że jakiś dług publiczny i państwo w ruinie, więc cieszmy się i tańczmy).

I w ogóle to potępienie i pogarda w głosie… no po prostu słodkie. Oglądałem to i zbierało mi się na wymioty od tej obrzydliwej, najprymitywniejszej propagandy (głównie z ust pani Richardson, panią prowadzącą może ograniczały nieco resztki przyzwoitości, które wynikały z jej roli), która sugeruje nam, że jeżeli nie zesraliśmy się z radości, że przez pół roku Polska będzie pełnić mało znaczącą funkcję, to jesteśmy jacyś dziwni. A wiadomo, takiego dziwnego, jak pan Bosak, trzeba zaszczebiotać, zakrzyczeć, wyśmiać, powiedzieć, że nic nie wie o życiu, powiedzieć, że pewnie w domu pali Żydów i morduje gejów i w ogóle jest głupi i śmierdzi. Tak się prowadzi merytoryczną dyskusję w dzisiejszych czasach. Jakbyście nie wiedzieli.

Oj, rząd tak rozpaczliwie potrzebuje sukcesów, że musi je aż wymyślać. W takim razie na przyszłość – zapraszajcie kogoś mniej rzetelnego niż pan Bosak, kogoś, kogo można łatwiej wyprowadzić z równowagi. Pan Krzysztof dzielnie wytrzymał bezustanny ostrzał przez cały program, mnie na jego miejscu szlag by trafił co najmniej z pięć razy. Ale tak to jest, jak się wyznaje poglądy nieprzystające do „normalnych”, tak to jest, jak się nie lubi Unii i nie czci się jej codziennie hekatombą (za to czci niebotycznymi podatkami i posłusznością wobec absurdalnych przepisów – niestety przymusowo) – to tak dla tych, którzy wierzą w jakąś wolność poglądów na tym kontynencie. Po prostu propaganda tak prymitywna, że aż przywodzi na myśl niechlubne czasy ZSRR – tylko dziś zamiast „kułaków” i wrażych agentów, mamy faszystów i pedofilów.

Swoją drogą – pani Richardson przez cały program była wesolutka i obłudnie miła, ale po programie ostatecznie wyszła jej słoma z butów tam, gdzie wielu ludziom wychodzi – na Facebooku.

http://niezalezna.pl/13040-bosak-pozwie-monike-richardson

W skrócie – pani Richardson nazwała Bosaka „neofaszystą” i „świnią”. O ile drugie dowodzi po prostu niewiarygodnego (zwłaszcza, jak na kobietę) chamstwa, to pierwsze z kolei dowodzi albo kompletnej ignorancji – albo obrzydliwego wyrachowania. Wszak jak dzisiaj chce się kogoś oszkalować, to się nazywa go faszystą – nieważne, czy to określenie jest choć trochę adekwatne do rzeczywistości. Akurat idea megapaństwa, które ingeruje w życie obywateli i ogranicza ich wolność „dla ich dobra” jest o wiele bliższa faszyzmowi niż liberalne poglądy pana Bosaka, ale kto by tam na to zwracał uwagę. Ciemny lud to kupi. Tam jest zresztą więcej takich kwiatków – np. nazywanie wypowiedzi Bosaka „bezprawnymi” – no po prostu boskie! Albo nazywanie ludzi wykazujący sceptycyzm wobec Unii „naiwnymi”… No nie powiem, ciekawa interpretacja.

A tak w ogóle – zauważcie, że w sumie pan Bosak przez cały program nie stracił równowagi i praktycznie nie dał pani Richardson powodu do takiej agresji. Co więc spowodowało taką transformację ze rozszczebiotanej, rozchichanej panieneczki z pustostanem we łbie w plującą jadem stalinówę?

„Więc przypuszczenie myśl nieufną biesi…” – osobiście wolę chyba nie myśleć, że istnieją ludzie, którzy byliby zdolni do takiego zachowania sami z siebie, bo uważają to za słuszne. Dla mnie to są solidne przesłanki, że pani Richardson w istocie solennie wykonuje polecenia „z góry”. Ktoś może uznał, że niezbyt dostatecznie obrzuciła gównem Bosaka w trakcie programu, więc musiała nadrobić zaległości na innej arenie. Tak bajdełej – jak już zapoznałem się z tą historią, zastanowiłem się – ciekawe, jakie konotacje rodzinne ma kochana pani Monika? I okazało się, że ma – kuzynka Piotra Kraśki, czyli powiązania z rodziną z esbeckimi tradycjami.

Nie, żebym coś sugerował…

Naród kuriozalny

Czasem wydaje mi się, że w dobie politycznej poprawności zawód dziennikarza, a już zwłaszcza satyryka przypomina zawód sapera – nic, tylko całą swoją uwagę poświęcać na to, by nie wpaść na jakąś minę. Co prawda metafora nie jest do końca trafiona, bo dla sapera taki błąd kończy się zazwyczaj rozczłonkowaniem, a dla publicysty – publicznym linczem i ostracyzmem, zwłaszcza ze strony „oficjalnych” reprezentantów różnych środowisk. Bezczelnie „obrazić”, „zdeptać godność”, „wykazać się kompletnym brakiem kultury” można wobec wielu różnych jednostek i grup. Jednak jako że poprawność polityczna z natury idzie w parze z ogromną hipokryzją, te grupy są specyficznie (i zwykle mało logicznie wyselekcjonowane) – Murzyni, kobiety, duchowni… Ale nigdzie to zjawisko nie jest tak skrajnie i absurdalnie widoczne, jak gdy mowa o Żydach. Część osób zapewne słyszała o najnowszej, wielkiej aferze. „Angora” na pierwszej stronie pozwoliła sobie na satyryczny obrazek komentujący właśnie sprawę Żydów (czego bym się, mimo wszystko po jednej z najlepszych gazet w Polsce, nie spodziewał i za co zgarnęła u mnie dużego plusa). Ów obrazek wyglądał tak:

Jak widzicie, nie dość, że obrazek, to jeszcze uwaga nawiązująca do tego, jak amerykańscy Żydzi zupełnie bezprawnie próbują przypisać sobie majątek tragicznie zmarłych polskich Żydów, z którymi mają tyle wspólnego, co ja z Johnem Kowalsky’m z Ameryki. Tego oczywiście było zdecydowanie za wiele – wulkan wręcz histerycznie wybuchł lawą nienawiści. I już nie chodzi o absurdalne doniesienie do prokuratury, ale przede wszystkim wypowiedzi przedstawicieli tego „specjalnego” narodu:

W zawiadomieniu zarzucono, że okładka „Angory” z 10 kwietnia „zbliżona jest do antysemickich karykatur publikowanych w latach 30. przez nazistów”. – Okładka jest oburzająca! To odwoływanie się do najniższych stereotypów, które stosowało NSDAP we wczesnym okresie swojej działalności. To wywoływanie problemów narodowościowych i etnicznych na tle roszczeń majątkowych – mówi nam Stefan Cieśla, członek zarządu Stowarzyszenia Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”.

Premier Donald Tusk, w imieniu polskiego rządu, powinien niezwłocznie potępić ten pozbawiony smaku i wrażliwości komunikat nienawiści eksponowany na okładce „Angory”, inspirowany stereotypami i prowokujący czytelników pisma do antysemityzmu – uważa prof. Michael Szporer, którego cytuje portal informacjeusa.com Z kolei Pauline Babinski z Denver, jedna z najbardziej znanych w USA prawniczek polskiego pochodzenia, powiedziała, że żaden rozpoznawalny tytuł w Stanach Zjednoczonych „nie pozwoliłby sobie na taki skandal”. (W takim razie cieszę się, że żyję w kraju, gdzie uchowały się jakieś strzępy wolności prasy i słowa)

O okładce polskiego tygodnika piszą także izraelskie gazety. Jeden z największych tam dzienników „Maariv” artykuł zatytułował: „Nienawiść Warszawy”. – Kwestia wypłaty odszkodowań za utracone mienie ukazuje szpetne oblicze polskiego antysemityzmu; z dnia na dzień nasilają się antyżydowskie publikacje – napisał „Maariv”. Z kolei Eli Barbur, znany dziennikarz pracujący w Izraelu, na swoim blogu napisał o „menelstwie Angory”. – Wg mnie taki malunek w stylu „Der Stürmera” nie mógłby się pojawić na okładce popularnego pisma w żadnym innym kraju UE, a nawet w Rosji i w Mongolii. Podobne hitlerowskie ścierwo widniało już zresztą na okładce „Angory” nr 37 w 2008 roku, ale nikogo nie ruszyło – przypomina Eli Barbur.

Tak co do tego ostatniego – stwierdzenie „nawet w Rosji i w Mongolii” zawiera wyraźną sugestię, że lizanie Żydom butów jest wyznacznikiem rozwoju cywilizacyjnego. Tak mnie czasem zastanawia – jak to możliwe? Jak to możliwe, że tygodnik umieszcza na dobrą sprawę nic nieznaczący, niewinny i w dodatku satyryczny fotomontaż, i z miejsca jest atakowany obrzydliwymi oskarżeniami, insynuacjami, a także zwykłymi obelgami ze strony środowisk mniej lub bardziej „żydowskich” – i nikomu to nie przeszkadza? Nikt poważny nie zaprotestuje? Ale zaraz się otrząsam i odzyskuję trzeźwy osąd. Człowieku, przecież ty nie żyjesz w normalnym świecie. Przecież to jakaś kraina absurdu i hipokryzji. To świat, gdzie jedna, specjalnie uprzywilejowana grupa może pluć jadem i obrzucać gównem każdego, kto jest jej choć trochę nieprzychylny – i robią to przy ogólnym przyzwoleniu. Na jakiej podstawie przyznane są te przywileje? Bo mają ciężką historię? Bo ich dziadowie, których przypuszczalnie nawet nie pamiętają, cierpieli już całkiem sporo lat temu z rąk zwyrodnialców? Jak to możliwe?

Nie, człowieku, nie zadawaj takich głupich pytań – pamiętaj, na jakim świecie żyjesz…

Zastanawia mnie, dlaczego w zasadzie ten Naród jest „Wybrany”. Bo na pewno jest. Wystarczy, że większość ludzi tak kojarzy. Ale na dobrą sprawę, jest „wybrany” samozwańczo. Mój zdrowy rozsądek każe mi odrzucić wszelkie jakieś biologiczne i genetyczne uwarunkowania (chociaż słyszałem teorie, że swoją ponadprzeciętną inteligencję i spryt Żydzi zawdzięczają… zdrowotnym właściwościom czosnku i cebuli). Pozostają kulturowe i historyczne. Wygnanie z ich ziemi rozproszyło Żydów po całym świecie – a ich religijne wymagania sprawiły, że wszędzie, gdzie przybywali w większej ilości, opanowywali bardzo ważne sektory życia publicznego – wolne zawody (lekarze, prawnicy…) oraz handel i bankierstwo. A już zwłaszcza to drugie i trzecie wywoływało u prostego chłopa nieznającego podstaw ekonomii zgrzytanie zębami z wściekłości – szczególnie w czasach, gdy po ich własność przychodzili komornicy w czasach Wielkiego Kryzysu. Tę nieco instynktowną nienawiść swego czasu wykorzystali Bardzo Niedobrzy Ludzie – i do tego momentu wszystko jest jasne.

Ale teraz mamy koniec II wojny światowej – większość Żydów albo nie żyje, albo uciekła. W Polsce ostatnie niedobitki wygonił Gomułka. Jak kiedyś Żydzi stanowili 20% mieszkańców Łodzi, tak teraz nigdy żadnego nie widziałem, żyjąc w tym mieście (niedługo, co prawda). Dlatego pozostaje pytanie – dlaczego nas to w ogóle dotyczy? Przecież mowa o narodzie, który swoje państwo ma gdzieś daleko za Morzem Śródziemnym. A jednak Żydzi wciąż są obecni – jeżeli nie fizycznie, gdzieś za kulisami, to w świadomości, strachu i stereotypach ludzi. Ale wszak ponoć zarząd FED-u (prywatnej instytucji, która kontrolując drukowanie dolara, kontroluje w zasadzie całą, amerykańską ekonomię) składa się niemal wyłącznie z Żydów. Nie wiem, nie sprawdzałem. Nie widzę sensu – bo jeśli tak, to co wtedy? A poza tym rozum mi podpowiada, że ludzie, którzy doszli w życiu tak daleko, zwykle nie ograniczali się kwestiami narodowościowymi czy religijnymi.

Oglądałem kiedyś dokument o wycieczce izraelskich uczniów do Polski. Przerażający dokument. Z tego materiału wyłaniał się obraz państwa bezprecedensowej propagandy i indoktrynacji gorszej niż w Korei Północnej. Gorszej, bo skutecznej – jak nie wiesz, jak przeżyć kolejny dzień, w zasadzie mało cię interesuje, jak wygląda świat, więc ta koreańska propaganda to nieco inna bajka. Ale ta izraelska młodzież była sprawnie i skutecznie utwierdzana w przekonaniu, że są ofiarami zła całego świata. Wybierali się w Polsce rzecz jasna do Auschwitz – cała reszta naszego kraju mogłaby dla nich nie istnieć. Zapewne by tego zresztą chcieli, wnioskując po niektórych ich wypowiedziach. Po standardowej obróbce emocjonalnej, gdy z największego twardziela wyciśnięto łzy, przechodzono do obróbki merytorycznej – przekonywano ich, że to trwa nadal. Ich hotel był pod ochroną – „by ich nie pozabijali antysemici”. Ci uczniowie byli przekonani, że codziennie w Polsce są ogromne manifestacje przeciw Żydom. Że każdy, najbardziej niewinny przechodzień na polskich ulicach czyha na ich życie – a co najmniej nienawidzi z całego serca. Że cały świat za swój jedyny cel ma zniszczyć Żydów. Nie przesadzam ani odrobinę – oni naprawdę są wychowani w ten sposób i są o tym święcie przekonani. Świadczy o tym chociażby fakt, że przytłoczeni tą swoją fikcyjną wiedzą, niekiedy izraelskie wycieczki w ramach wyładowania i zemsty niszczyły hotele, w których przebywały (oczywiście nikt złego słowa nie powie, to się nam należy, jebanym antysemitom). Był też przezabawny, ale i przerażająco znamienny fragment, jak kilka Żydówek ucięło sobie pogawędkę (każdy w swoim języku) z dwoma przedstawicielami kwiatu polskiej inteligencji, lubiącej spędzać czas na ławeczce, racząc się trunkami wszelakimi. Generalnie starszy pan mało umiał się wysłowić, ale ogólnie był ciekawy, skąd są – bo myślał, że są z Chin. I to wszystko. A jak to zinterpretowały izraelickie dziewoje? Oczywiście przystosowały kompletnie niezrozumiałą dla nich wypowiedź do swojego schematu poznawczego – po jakimś czasie mówiły z przejęciem jakiemuś dziennikarzowi, że zostały bezpardonowo wyzwane od dziwek. Nie żartuję – one były o tym absolutnie przekonane. I na co to wszystko? Odpowiedź jest, wbrew pozorom, prościutka – Izrael jest państwem, gdzie do wojska musi pójść każdy, czy chłopak, czy dziewczyna. Rosną w związku z tym protesty tych pacyfistycznie nastawionych. I oni tą indoktrynacją są odpowiednio „nastawiani” na właściwą ścieżkę. „Rozumieją”, że muszą bronić swej krwi przed nienawidzących ich światem. I nagle zabijanie palestyńskich dzieci nie stanowi żadnego, moralnego problemu. Tak trzeba.

I tak oto mamy imperialistyczny, wspierany przez imperialistyczne USA, prowadzący skrajnie zaborczą politykę zarówno sposobem militarnym, jak i politycznym i medialnym kraj – a świat milczy. Jak to jest możliwe?

Momentami aż chce się w związku z tym zakrzyknąć jak ten pan:

OK, tak na serio to już by była przesada. Ale wrzucam tego dziadka będącego uosobieniem uroku nie bez powodu. W zasadzie, powody są nawet dwa:

1. Ten dziadek jest cholernie śmieszny.

2. Dobrze pokazuje on, jaki wpływ to wszystko ma na postawy części ludzi generalnie małomyślących

Chodzi mi o to, że wśród plebsu można wyróżnić dwie grupy. Tych, co aspirują do miana tolerancyjnych i oświeconych, w związku z tym łykają całą hipokryzję politycznej poprawności, jednocześnie ją powielając i wygłaszając mało rozgarnięte opinie, że istotnie „tak nie wolno” – ale czemu nie wolno, to już nikt nie wie. I jeszcze tych drugich, którzy bardziej instynktem niż rozumem wyczuwają zagrożenie, co sprawia, że szczekają i warczą jak zaszczuty pies – odpowiadając antysemicką nienawiścią na semicką nienawiść. Ci pierwsi mnie brzydzą, ci drudzy mnie martwią. Ponieważ to się dobrze nie skończy. Jak już mówiłem, po tym, jak już „się stało” (mówię o hitleryzmie i Holokauście), można by po prostu oddalić „problem” Żydów gdzieś daleko, do Izraela, i zapomnieć o wszystkim – znów żyć jak ludzie. Ale wygląda na to, że jednak Żydzi nie są wyjątkowi i przejawiają typową, ludzką cechę – nigdy, przenigdy nie nauczy się czegoś na własnym błędzie. Zamiast w rozsądnym wymiarze zadośćuczynić swe wielkie krzywdy, po dziś dzień dolewają oliwy do ognia, jakby z lubością podsycając nienawiść przeciw sobie. Może są pewni, że są teraz na tyle potężni, że całkowicie bezpieczni? Jeśli tak, to mówię – do czasu. I nie, żebym komuś groził, bo jestem wrednym antysemitą. Ale pewnych podstawowych, społecznych praw się nie oszuka. Im bardziej się wstrząsa szampanem, jednocześnie powstrzymując zakrętkę – tym mocniej w końcu wybuchnie.

Ja się nie obawiam powtórki Holocaustu. Ja się obawiam czegoś gorszego. Wszak, jak wiadomo, „ludzkość się stale rozwija – zabijamy siebie nawzajem na coraz to lepsze sposoby”…

Granie na emocjach to potężne narzędzie

Kiedyś to było fajnie. Świat 95% ludzi był ograniczony do ich wsi i okolic. Orali oni te swoje pola, żyli w swoim mikroświecie, mieli jakieś tam swoje wyobrażenia i przemyślenia, z którym mogli się z sąsiadem podzielić. Zawsze wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkim i prawo zwyczajowe działało bez zarzutu – pracowity był szanowany, pijak był pogardzany. A jak ktoś miał większe ambicje – mógł (z niemałym trudem, to trzeba przyznać) zdobyć wykształcenie i dołączyć do tych 5%, co wiedzą coś o świecie poza jedną wsią i de facto nim sterują. I to ich idee, poglądy, przemyślenia się liczyły – lud mógł sobie wierzyć w to, że Słońce krąży wokół Ziemi i jakie to miało znaczenie? Komu to szkodziło?

Dzisiaj jest inaczej. Przede wszystkim – z powodu powszechnej i obowiązkowej edukacji ciżba dorwała się do jakichś szczątków wiedzy – a to jest wystarczający dla nich powód, by uznawać się za kogoś, kto coś wie i może się z pełną powagą i odpowiedzialnością wypowiadać o wszystkim. Stąd jesteśmy atakowani z każdego ekranu telewizora, każdego głośnika radia setkami tysięcy zwykłych bzdur głoszonych przez ludzi, którym się wydaje, że ich tytuł magistra dowodzi, że mają o czymkolwiek pojęcie i że potrafią myśleć. A jakąś wartość dalej przejawia te 5% – lecz tym razem zagłuszone i popierane co najwyżej przez pozostałych z tych 5% oraz hipsterów. Typowy przedstawiciel tłuszczy przejawia też bardzo niezdrowe przekonanie, że ma wystarczające kompetencje, by wypowiadać się o dowolnej sprawie, o której usłyszał w telewizji czy przeczytał w gazecie. I o tym przede wszystkim jest ten wpis.

A zaczęło się, jak zwykle, od Wykopu. Od tego konkretnie. Gdy go zobaczyłem pierwszy raz, olałem go z myślą „Ehe, pewnie kolejna wielka >>akcja<<„. Cóż, kiedy po jakimś czasie zauważyłem grupy na Facebooku, zrozumiałem, że moja myśl była prorocza. Mamy do czynienia z kolejną wielką, społeczną „akcją”, a mówiąc jaśniej – z plebejskim linczem. Jakby ktoś jakimś cudem sprawy jeszcze nie znał, oto obszerny artykuł z wyborczej, a tutaj samo centrum sprawy, czyli konto YouTube troskliwego tatusia o jakże chwytającej za serce nazwie „Ratujcie Szymona!”:

http://www.youtube.com/user/RatujcieSzymona

Heh, na starcie przede wszystkim trzeba przyznać, że facet absolutnie jest nie w ciemię bity. Podkłada dyktafony, tłucze się po sądach, a gdy ten go spławia, odwołuje się do najwyższej instancji władzy sądowniczej w państwie demokratycznym – do Głosu Ludu. I to nie byle jak, tylko wykazując nieprzeciętne zdolności manipulacyjne, mistrzowsko grając na emocjach, wyróżniając WIELGACHNĄ, czerwoną czcionką szczególnie „oburzające” fragmenty (taka delikatna sugestia, że jeżeli to na nas nie działa, to chyba jakimiś potworami jesteśmy), kropkując wypowiedzi matki lub dziecka, które mogłyby zaburzać obraz wzorcowej rodzinki patologicznej, umieszczając to na YouTube’ie, chodząc z tym do wszelkich mediów itp.

I oczywiście to nie jest po to, by zniesławić matkę. Wszystko dla dobra dziecka.

Na początek tak nieśmiało zwrócę uwagę, że w państwie prawa sądownictwo jest niezawisłe. Oznacza to, że ŻADNE naciski, sugestie, dramatyczne historie, krzyki ciżby i wrzask szukających sensacji mediów NIE MOGĄ być brane pod uwagę nawet w najmniejszym stopniu. Na sali rozpraw liczy się tylko prawo i konstytucja. Dlatego też twierdzenia ojca, że on tylko walczy o sprawiedliwość i prawo, uważam za przejaw hipokryzji. O prawo walczy się w przeznaczonych do tego instytucjach, a nie w gazetach i w internecie – czyniąc ze swojego życia rodzinnego i sytuacji tego chłopca medialne igrzysko, wyrządzając mu przy tym zapewne nie mniejszą krzywdę, niż ta matka. Z drugiej jednak strony, jak już wiemy, tatuś jest zapewne niegłupi i zdaje sobie sprawę, że nie żyjemy w państwie prawa – tylko w państwie demokratycznym. Tutaj liczy się zasada „vox populi, vox Dei” – gdzie vox tego populi może być dowolnie manipulowany, jeśli tylko się odpowiednio przedstawi sprawę. Prawo można przy tym wyrzucić do kosza.

Taką już mam naturę, że jeżeli z okazji jakiejś sprawy miażdżąca część ludzi opowiada się po jednej stronie, zawsze poważnie rozważam opowiedzenie się po stronie przeciwnej. Bo jak to powiedział Oscar Wilde: „Kiedy ludzie są tego samego zdania co ja, mam zawsze wrażenie, że się pomyliłem.” Dlatego zamiast się przepisowo popłakać przy jakże przejmujących nagraniach i popluć trochę jadem wobec osoby, o której nie wiem tak naprawdę nic, postanowiłem popatrzeć na to z trochę innej strony. Przede wszystkim – ludzie chyba nie widzieli prawdziwej patologii. To, co ukazują te nagrania, to obraz dużej części polskich domów – ja sam nieraz byłem świadkiem takich zachowań normalnych matek, wobec których krew mi się trochę mroziła w żyłach. A dlaczego tak jest? Otóż w czasie dwóch wojen światowych kobiety musiały pójść do pracy w fabrykach – z konieczności. Po wojnie ktoś sobie pomyślał, że tak może zostać – prawdopodobnie także pod wpływem myśli komunistycznej.

Kobiety na traktory!

Dzisiaj niemal wszystkie kobiety mają pracę poza domem – a te, które zostają „przy garach”, są traktowane jako gorsze, zdominowane, słabe „kury domowe”. Efekt? Zestresowana, przemęczona matka musi jeszcze zajmować domem i dzieckiem – co wcale nie jest mniejszą pracą. Niektórym już nie wystarcza cierpliwości niezbędnej przy wychowywaniu dziecka – i jest to naturalna i całkiem łatwa do przewidzenia reakcja.

Oprócz tego, nieszczęście z wychowywaniem polega na tym, że prawie każdy to będzie robił w swoim życiu, a mało kto tak naprawdę umie. Jaki wniosek wyciągnie typowy „plebejusz”? Trzeba zabierać dzieci patologiom i dawać do domu dziecka!

Ja już litościwie nie wspomnę, że w bidulu te dzieci miałyby gorszy los niż Szymonek przy swojej mamusi. Podstawowym problemem jest to, że większości ludzi nie mieści się w głowie, że patologie to naturalna część społeczeństwa – bo w każdym naturalnym środowisku potrzebne są wynaturzenia. Oczywiście w ograniczonej, odpowiedniej dla wynaturzeń ilości. Tak było zawsze i tak być musi. Zapewnia to kluczową z punktu widzenia ewolucyjnego różnorodność – nie da się zapewnić wszystkim sielankowego, pięknego życia z kochającymi rodzicami. I zwiększa to naszą ogólną wartość. Należy się spytać – ile wielkich osób wychowało się w takich „nienajlepszych” warunkach? I czy byliby wielcy, jeśliby zamiast tego wychowali się we wzorcowej, kochającej rodzince? I nie twierdzę, że nie należy w miarę możliwości ograniczać takich zjawisk jak alkoholizm, znęcanie się czy tym podobne. Ale tego nie robi się poprzez zabieranie wszystkim dzieci i umieszczanie w domu dziecka, gdzie wcale nie będą miały lepiej zresztą. Nie walczy się z pryszczami poprzez ich wyciskanie.

I jeszcze o sprawie wspólnej dla wszystkich takich masowych ruchów na rzecz jakiejś sprawy. W necie aż się roi od nienawistnych komentarzy, gróźb i pieniactwa. Wszyscy zgodnie obrzucają panią matkę błotem, a jakaś banda idiotów nawet zhejciła jakiejś babce konto na nk, bo miała nieszczęście mieć tak samo na nazwisko jak rzekoma winowajczyni (albo się tak sprytnie wykręciła, hehe). Typowy przykład wściekłej ciżby, co gówno wie i gówno myśli, ale za to ostrzy widły i zapala pochodnie. Ja osobiście nie wierzę, że w państwie, w którym istnieje tendencja właśnie do nadgorliwego zabierania dzieci rodzicom i ogólnego braku poszanowania praw rodziny, prokuratura, a także inne instytucje (np. Rzecznik Praw Dziecka), mogłyby umorzyć postępowanie ot tak, bez dobrego powodu. Dlatego zamiast jazgotać i wypisywać te swoje ociekające oburzeniem wypowiedzi, lepiej może zostawić sprawę tym, których obowiązkiem jest zbadanie tego z każdej strony i jak najgłębiej? Bo, powtórzę raz jeszcze – gówno wiecie poza tym, co przeczytaliście w Wyborczej czy na kanale tatuśka. Nie znacie kontekstu, nie znacie tatusia, nie znacie mamusi i nie znacie nawet opinii samego dziecka (nigdzie się jej nie doszukałem, ciekawe) ani jego samego. Przesądzanie o całej sprawie z waszego poziomu wiedzy – to dowód pieniactwa, głupoty i łatwego ulegania emocjom.

Zaznaczę – przy założeniu prawdziwości tych nagrań, nie popieram sposobów wychowawczych matki. Ale po pierwsze, nie mam w zwyczaju wtrącać się w sprawy obcych ludzi, których kompletnie nie znam. A po drugie – podstawowa zasada zachowania trzeźwego oglądu sytuacji to NIE DAĆ SIĘ ZWARIOWAĆ. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.