Lol, koleś znowu coś tworzy

Nie żal mi Ciebie, tępy narodzie
Co choćbyś żył o chlebie i wodzie
To cicho jak pies będziesz się czaił
Jak się Cię do tego losu przyzwyczai
Wszak człowiek to elastyczna istota
(Aż nie wiem, czy to korzyść – czy głupota)

Żal mi tylko tej ziemi styranej
Przepojonej ściekiem z krwawej ofiary
Nasze swobody z gardła wyrwane
Wolimy sprzedać za spokoju dary

Nie żal mi Ciebie, głuchy narodzie
Co choćby gnijąc w błocie i smrodzie
Dasz się przekonać, że nie ma co gorzeć
z wściekłości, bo przecież mogło być gorzej
Nowej filozofii przyszła podła era
Lepiej wolność sprzedać niż się z nią użerać

Żal mi tylko tych umysłów zacnych
Żal mi konfederatów, rokoszan
Nie będzie komu docenić ich pracy
Chociaż nierozsądni – nie czcili grosza

Nie żal mi Ciebie, naiwny narodzie
i Twego losu, bo tegoś jest godzien
Cicho jak myszy, nigdy przed szereg
I jeszcze przeprosić, jak walną nas w czerep
Nikt nie ma odwagi przeciąć pępowiny
Zmiany dla szalonych – a my spać wolimy

Żal mi jest tylko pradziadów naszych
Owoc ich pracy syn lekko roztrwonił
I jeszcze mnie los tych, co po nas straszy
Szkody naprawiać będą z bronią przy skroni

 

Proszę mnie nie utożsamiać za bardzo z podmiotem lirycznym. To ma być coś w rodzaju „Requiem rozbiorowego” Kaczmarskiego – celowo gorzkie i dramatyczne, „ostroga dla żywych”. Tyle że gdzie mi tam do Kaczmarskiego…

Ateizm i inne religie

Internet jest środowiskiem, w którym niczym mantra często powracają pewne motywy, bawiące mnie mniej lub bardziej. Jednym z nich, wręcz  sztandarowym, są flame war’y na kilka stron na tematy religijne. Są one tym śmieszniejsze, że mają one zawsze taki sam przebieg, a na ich potrzeby różnoracy ludzie nagle idealnie wpisują się w określone schematy – zawsze w takiej „dyskusji” jest „racjonalista, co przejrzał na oczy i ujrzał, że Boga nie ma” i „wierzący, który uznaje swą małość i niewiedzę, a wiara daje mu siłę”. Plus jakieś formy pośrednie.

Oczywiście, nie będę tutaj się rozwodził nad samym problemem dyskusji, bo sam bym się wpisał w ten schemat, a przecież chcę go wyśmiać. Zresztą, zapuszczając się głębiej w tę filozoficzną dżunglę, którą już przemierzały setki ludzi mądrzejszych ode mnie, nic nowego bym nie wymyślił, a najwyżej bym się ośmieszył. Chcę tutaj napisać o ludziach. O tym, jak to w ogóle możliwe, że ten temat nigdy się nie starzeje, choć z pewnością opinie i myśli się bezustannie powtarzają, więc wygląda to trochę na jałową robotę. Osobiście nigdy nie spotkałem z przypadkiem, w którym katolik przekonał do swoich poglądów ateistę czy vice versa. Człowiek automatycznie montuje sobie blokadę, która uniemożliwia bycie przekonanym przez oponenta. Blokadę tę może pokonać tylko on sam lub ktoś, do kogo ten ktoś ma wielki szacunek. Tym bardziej więc ta dyskusja jest bezcelowa – nikt nikogo nie „nawróci”.

Ja osobiście wyznaję pogląd tyleż banalny, co nierozumiany przez wiele osób – że kwestia (nie)wiary powinna zostać ograniczona z osobna do duszy (czy alternatywnie – „świadomości”) każdego z nas, a nie być przedmiotem debaty. Bo przy próbach odpowiedzi na te Największe z Pytań, zapuszczamy się w ścieżki tak ciemne i dalekie, że nie pomoże nam żaden przewodnik – sami musimy je przebyć, gubiąc się i potykając. A jednocześnie uzyskana przez nas odpowiedź nigdy nie wyjdzie poza sferę naszych domysłów – dlatego publiczne obnoszenie się z tym, że poznało się Prawdę (przy czym może być Bóg lub jego brak) uważam za przejaw nigdy nieuzasadnionej pychy, a przez to i zwykłej głupoty.

Tym niemniej, gdy już któraś ze stron jest wyśmiewana, to jest to „gwardia Boga”. Być może są oni łatwiejszą ofiarą ze względu na bardziej metafizyczne i „nieracjonalne” podejście. Albo po prostu są oni w mniejszości. Jednakowoż, pomijając kompletnie kwestię, czy ich zapatrywanie ma sens i jest słuszne, jest to strona, którą osobiście darzę większą „sympatią” z dwóch powodów. Po pierwsze, „krucjatowcy” to rzadkość – bo tacy są z góry uznawani za oszołomów i nikt nie bierze ich na poważnie, ogólnie to obciach. Po drugie, pozostali „wierzący” z natury wykazują się większą pokorą i tolerancją, co już jest dużym plusem, bo o ile człowiek, który jest głupi i nikomu tym nie wadzi w niczym mnie nie rusza, ale nic mnie nie irytuje bardziej od barana, któremu się wydaje, że cokolwiek wie i jest lepszy od innych. Poza tym, w przeciwieństwie od wielu ateistów od „BOGA NIE MA, BO NIE MA NA TO DOWODÓW, ODKRYŁEM AMERYKĘ PANIE I PANOWIE”, chrześcijanie zwykle rozumieją prostą rzecz – że wiara w coś z definicji polega na tym, że na to „coś” nie ma dowodów. A jako że dowodów na przeciwny stan rzeczy nie ma również, więc nie pozostaje nam nic innego niż wiara – wiara, że Bóg jest lub że go nie ma. Problemy ze zrozumieniem tego ma z kolei wielu ateistów, których adorują swoje własne poglądy z tego względu, że są takie „racjonalne”, „sensowne” i „dojrzałe” – i w żadnym wypadku nie uznają tego, że na dobrą sprawę, ich ateizm ma tak samo spekulacyjny charakter jak wiara. Dlatego jedyną rzeczą gorszą od wojującego katolika jest wojujący ateista.

Typowy ateista w trakcie dyskusji o religii

I tu dochodzimy do punktu, w którym odniosę się do tytułu, gdzie nazwałem ateizm „religią”. Ktoś kiedyś rzekł: „Ateizm jest religią tak samo, jak niezbieranie grzybów jest hobby”. Cóż, przyznałbym celność tej analogii, gdyby tylko „niezbieracze” grzybów zakładaliby fora i strony o „niezbieraniu” grzybów, na których by pisali rozległe elaboraty, dlaczego lepiej jest nie zbierać niż zbierać, a we wszelkich dyskusjach prowokacyjnie podkreślają swą wyższość i wyśmiewają tych, co zbierają te nieszczęsne grzyby. Oczywiście, całkowicie zdaje sobie sprawę z tego, że dokonuję teraz dużego uogólnienia. Osobiście jednak rozróżniam ateizm, który oznacza całkowite odrzucenie spraw religijnych i niepoznawalnych i koncentrację na swoim życiu doczesnym (ten „ateizm” jest pokrewny agnostycyzmowi i ja sam taki poniekąd wyznaję) od „wojującego” ateizmu – którego wyznawcy podkreślają, że „Boga na pewno nie ma” i że „świat to wyłącznie matematyka, fizyka, chemia i biologia” (jest to cytat co prawda z pamięci, ale autentyczny) tak zażarcie, że nazywanie tego rodzaju ateizmu „religią” uważam za całkowicie uzasadnione. Bo tak samo jak religia, opiera się na założeniu, które jest czysto spekulacyjne – bo nie istnieją żadne dowody, o czym zresztą świadczy fakt, że wielu wielkich naukowców z dziedzin ścisłych i racjonalnych (do których wojujący ateiści mają w zwyczaju odnosić się niemal bałwochwalczo) w Boga jednak wierzyli – bo byli świadomi faktu, że nasza wiedza nie wystarcza (i kto wie, czy kiedyś wystarczy) do wyjaśnienia świata, czego „wyznawcy” ateizmu zdają się nie uznawać. Bo tak samo jak religia, zażarty ateizm opiera się na wierze – do czego, oczywiście, żaden szanujący się „racjonalista” nigdy nie przyzna. „Ateizmianie” (taki mój neologizm, by odróżnić ich od „normalnych” ateistów, bijcie mi brawa) deklarują odrzucenie wszelkich bogów, ale sami czczą swojego boga przyczyny i racjonalizmu – tak samo bezwarunkowo, jak muzułmanie czczą swojego Allaha. Wszystko ma swoje racjonalne wyjaśnienie, a jak nie ma, to na pewno kiedyś się znajdzie i zresztą jeszcze wam będzie głupio, gdy umrzecie i się przekonacie, że was nie ma, głupi chrześcijanie.

Moją katechezą na dziś będzie więc – po co się kłócić o problemy o niepoznawalnej naturze, na które swoimi poglądami i opiniami nie mamy żadnego wpływu – bo nieważne, ilu chrześcijan i ateistów chodzi po tej Ziemie, Bóg dalej będzie sobie (nie) istniał. Mamy przecież tyle tematów do dyskusji, w których możemy sobie powydrapywać oczy i będzie to miało jakiś sens!

Lepiej tego nie czytaj…

…bo w tym wpisie światło dzienne ujrzą poetyckie arcydzieła! Moje nawet. Próbki posmakowaliście  na koniec tego wpisu – więc jeśliście się jednak zdecydowali na przeczytanie tego, to możecie się odpowiednio przygotować mentalnie. Tworzę gdzieś od półrocza i trochę tak głupio pisać do szuflady, bo bez sensu jest się oszukiwać, że pisze się „dla siebie” (dobre sobie, wyluzuj stary, nie jestem aż tak wymagający, byś musiał dla mnie pisać – przyp. mojej drugiej jaźni). A jako że mam jakiegoś bloga podobno, to na nim to upublicznię.

Na początek dla porządku – powtórka z rozrywki:

Choć nie wiem, jakie dusz ludzkich zajmuje połacie
wspólny rewir
Piszę z tego, co stanowi o istocie postaci
– myśli i trzewi
Gdy czasem mózg uwalnia się z pętów
dziennego schematu
Dziwna oczywistość wyłania się z kręgów
dziwnego tematu
Gdy ocierając się o świadomości kres
wewnętrzną rozmową
Zdajesz sobie sprawę, że ta postać w lustrze jest
naprawdę TOBĄ?
Że z morza, co kryje naszego ego lodową górę
pod warstwą lica
Część z tego, co przed obcym odgrodzone murem
to nie tajemnica
Czuję wtedy, jakbym swoimi wodził palcami po
poznania granicach
Jak cała Istota uniwersum tego jest mną
jak w drzewie żywica
Bo tylko ja jestem, domem – moich myśli gród
z ostrokołem groźnym
A jedynym kompanem kukła o stawach ze śrub
i oczach próżnych
I jeszcze te dłonie – jaki sekret, co go strzegą,
się ujawni w słońcu?
Nie wiem, czy chcę wiedzieć – bo boję się tego
co na ramion końcu
Więc samym zostanę – i jaźń ma zaklęta
w szkatułce ciasnej
I rozpacz daremna – bo niezniszczalne pęta –
zgrozo – tylko „własne”!
Kto mi odpowie na me pukanie z wewnątrz
Wpuści gwiazdę dzienną?
Komu mogę rzec: „Wieko skrusz! Z resztą zjednocz!”?
Chyba śmierci jeno…

Me najnowsze „dzieło” – taka historyczno-filozoficzna refleksja o postaci, którą wszyscy znają, a tak naprawdę niewiele o niej wiadomo:

Bywają na kartach historii postacie
Z których to się ostało, co się kojarzy
Surowy gubernator o nierozdartej szacie
O rzymskich rysach, o okrutnej twarzy

Oto Piłat Poncki – cokolwiek jest ponura
to osoba, i szczególnych jej znaków
nie odmówisz – szaty prestiżowej purpura
i biczem wykutych w Króla ciele braków

Czym Ci zawinił, bezduszny urzędasie
ten szalony Żyd, samozwańczy król?
Gniewu Sanhedrynu w całej jego krasie
Nie zwolniłeś skrajnie napiętych strun!

Różne obrazy Piłata, lecz różnice małe
między nimi, bo na tragiczną figurę
składa się czy to cynik, co ma skałę
za serce, czy tchórzliwy gryzipiórek

Lecz przecież nie tak umówione było
Krew Sprawiedliwego – rzecz Hebrajczyków
A Bezsilnemu woda w misce skryła
Brud odpowiedzialności – klątwę polityków

W czasie nocy Historii słyszę jego skargę
„Czemuście umowę złamali? Włożyli w poczet cieni?
Czy nie spadnie na mą spieczoną wargę
Kropla przebaczenia, co mój byt odmieni?”

Jaki to tragizm w sytuacji – być przypartym
do ściany, aż Płacz uczyni z niej swe mienie
Motłoch krwią się żywi – pokarm życia warty
Z polityką ponownie przegrywa sumienie

Więc czy o specyfice postaci tej istnienia
Spekuluje Ewangelista, czy też Bułhakow
Żal mi człowieka – z urzędem, lecz bez imienia
Bo na takie szczegóły – Historia skąpi znaków

Tutaj moje tramwajowe przemyślenia – doświadczenie cokolwiek nowe dla mnie (tramwaje, nie przemyślenia), bo do Łodzi się przeprowadziłem z okazji studiów. Bardzo lubiłem jechać tramwajem, teraz już mniej.

W tramwaju numer dziewięć
Przeżuwam losu dziegieć
W pustej w miarę przestrzeni
Oparty o okno
Za którym światło aut mieni
się, a ludzie mokną
A ja tu bez problemów
I zajęć na tę chwilę
Od kłopotów rozlewu
Chroni mnie przywilej
siedzenia za szybą
Co świata rozmycie
brudem sprawia – i szyną
jadę, prostą jak życie

W tramwaju numer dziewięć
Mógłbym bez końca siedzieć
Tu mam i spokój, i ciszę
Tutaj mam azyl
Świat zza okna przeglądam jak klisze
W ciszy, ze sztilu oazy
Na Kopcińskiego furkot
i kołysanie mnie wrzuca
w senność, a furtką
jedyną drzwi – z tym, że skróca
czas jej bytu dalszy ruch do celu
Lecz ja chcę wiecznie dążyć doń
Bez obowiązków i w tramwaju trelu
Ukajając obolałą skroń

W tramwaju numer dziewięć
Nieważne, czy w żalu, czy w gniewie
Czy będąc w problemów bogactwie
Czy w ich biedzie
Mogę być w tym odciętym, mniszym bractwie
Bo tramwaj wszak sam jedzie
Więc o nic się martwić nie muszę
Każdy kłopot utopię w Styksie
Każdą emocję zduszę
Więc żal, gdy wieść w grypsie
W postaci stacji paliw
Dotrze do mózgu, że skręcę
w Narutowicza, i do celu w oddali
mnie ciało poniesie – choć nie chcę

Ten wiersz byłby dobrym uzupełnieniem do tego wpisu.

Człowiek jest zerem
W melodii wszechświata zakłócenia szmerem
Niszczy harmonię wiedzy przekonaniem
Fikcji swoich kart prowadząc rozdanie
Na gmachu tego świata dobudują nowy
I pełni są dumy ze swojej alkowy

Człowiek jest niczym
Boga nawet z jego pracy chce rozliczyć
A sam tworzy zgoła karykatury
Niedoścignionej w pracy swej natury
Oczy ich zaćmione prawdy tylko grudy
Widzą i ubiorą tak, by utrzymać złudy

Człowiek jest śmieciem
Ale resztę śmieci sam rozdepcze, zmiecie
Myśląc, że lepszy, dbając o swe ego
Mocarny heros – tak zwierzę może go
Widzi, nie widząc, jak się łatwo kliny
Wbija w miękkie mózgi norwidowskiej gliny

Tak można sobie mówić z pozycji Boga
Lub ten, co stojąc na palcach, wyższego zgrywa
Lecz z nieba do ziemi jest daleka droga
Cały obraz zakłóca mi perspektywa
Ta koncepcja z natury mej jest mi wroga
Lecz muszę uznać, choć zgryźliwość rozrywa
Wszystkim jest człowiek
A zwłaszcza ten mój

A to jest, zdaje się, mój pierwszy utwór. A o czym to, kto zgadnie?… Czy zechce zgadnąć?

Idziemy na dno
Chociaż jest to celem naszym
Jakiś opór w sercu się stwarza
Przed powiększaną ciężką pracą maszyn
Warstwą płynu, co miażdżenie wdraża
Nie ma komu powierzyć duszę swą
Idziemy na dno!

Idziemy na dno
Wszędobylską grozę tworzą odmęty,
Która przeszywa mózgi na wskroś tych,
Co trzymają strach swój zaklęty
W nerwowym śmiechu i dowcipach sprośnych
Bledną bogowie przed otchłanią tą
Idziemy na dno!

Idziemy na dno
A tunel powrotny już zasklepiony
Bo gdy się właściwy sobie rozjusza
żywioł, tu zużyty i rozrzedzony
Ten miast zbawczo spoić – nadmiarem ogłusza
Choć chęci nasze w inną stronę lgną
Idziemy na dno!

Idziemy na dno
Wypalone umysły objąć tylko mogą
Mikrokosmos rozmiarów ze stali cygara
Lepko przepływa przesycony trwogą
Czas mierzony sekundnikiem zegara
Rzutu szufli żwiru o kadłub ton
Idziemy na dno!

Noce i dnie
Różnic nie mają w powietrznej oazie
Gdzie w brudnych ciał i mózgów wspólnocie
Wspólna myśl i obawa się wspólnie rozłazi
Po świadomościach rozmytych w duchocie
Że na rozpaczy, zgnieceni szczytnie
Jesteśmy dnie…

 

To by było tyle. Uspokajam, że to się raczej więcej nie powtórzy.

W ogóle zauważyłem ciekawą rzecz – żaden z tych wierszy nie ma tytułów. Jakoś nie odczułem potrzeby ich nadawania – lub nie miałem pomysłu.

Teoria Względności działa nawet w naukach humanistycznych

Historio, Historio, tyle w Tobie marzeń
Często Ciebie piszą kłamcy i gówniarze!

Jaką smutną prawdę zawiera powyższy fragment utworu Agnieszki Osieckiej! O historii często mówią ludzie, którzy jej nie rozumieją – lub cwaniacy, którzy wiedzą, że to nie matematyka – i można nią manipulować ku swoim potrzebom. Historia to nauka o ludziach – i jest taka jak ludzie. Mroczna, tajemnicza, skrywa zarówno przepiękne budowle, jak i stosy z czaszek. Bo, jak to już stwierdził święty Augustyn, człowiek to istota dychotomiczna, zdolna do najwznioślejszych gestów, jak i do niewiarygodnego skurwysyństwa. W sensie, święty Augustyn pewnie w nieco inne słowa to ubrał. Jako że osoby mające do czynienia z tą zacną nauką, dokonują oceny ludzi, sami będąc ludźmi, nie mogą oni pokonać tych baconowskich „idolae”, dlatego ich oceny są względne, niepełne, a często po prostu nieprawdziwe. Dlatego mówię o Teorii Względności w tytule – bo w historii wszystko jest względne.

Cóż, w zasadzie nie potrafię powiedzieć, jak to wygląda w innych krajach, więc nie mam punktu odniesienia – ale, co zauważono już dawno i wiele razy, wygląda na to, że jesteśmy narodem, który szczególnie lubujemy się w zatapianiu w tym pluszu naszej narodowej tragedii, w odkrywaniu kości, ekshumowaniu zwłok i tym podobnym makabrycznym praktykom. Używamy historii jako narzędzia albo do polepszania swojego narodowego ego, albo do usprawiedliwiania swojej obecnej, nędznej sytuacji. A przecież historia jako taka nie ma celu – przez to nasz ogląd historyczny w zasadzie nigdy nie jest czysty, trzeźwy i właściwy. Albo uprawiamy tę naszą słynną martyrologię, albo – dla równowagi – obłudne samobiczowanie stosowane przez środowiska, które kojarzą jakiekolwiek poczucie własnej narodowej godności z „zaściankowością” i „bogojczyźnianym fanatyzmem”.

Przykłady tego ostatniego to ostatnio książka Grossa – przykład wybiórczego i manipulacyjnego podejścia do historii, czy też ostatnia wypowiedź profesora Bartoszewskiego, który w wywiadzie dla niemieckiej gazety rzekł, że w trakcie okupacji bardziej bał się Polaków-zdrajców niż Niemców. Nie wątpię zresztą,  że to prawda, bo istotnie skryty wróg jest bardziej niebezpieczny od otwartego – ale z uwagi na kontekst, w jakim zostało to wypowiedziane – w trakcie, gdy „Przedsiębiorstwo Holocaust” działa pełną parą, a poszczególni Niemcy podejmują coraz śmielsze próby przerzucenia odpowiedzialności – myślę, że sekretarz stanu kancelarii premiera wykazał się albo pierwszymi oznakami demencji starczej, albo obłudą, gdy twierdzi, że on tylko tak sobie powiedział, co miał na sercu.

Z drugiej jednak strony, my sami często nie potrafimy rozsądnie podejść do historii innych narodów. Np. modne ostatnio stało się wynajdywanie i wypominanie zbrodni ukraińskich nacjonalistów, którzy po nadejściu nazistów skorzystali z okazji i dali upust swej nienawiści do Polaków, którą starannie hodowaliśmy od czasów Chmielnickiego. Nie tak dawno jeszcze skandal w naszym kraju wywołało nadanie Stefanowi Banderze tytułu Bohatera Ukrainy przez prezydenta Juszczenkę. A na nieocenionym Wykopie całkowicie niedawno pojawił się artykuł wypominający wymordowanie kilkunastu (jakkolwiek bezdusznie to zabrzmi – liczba śmiesznie mała jak na 2. Wojnę Światową… Historio, Historio, ty żarłoczny micie/Co dla Ciebie znaczy jedno ludzkie życie?) przez tzw. własowców – „armię” złożoną z kompletnych degeneratów, którzy wypłukani ze wszelkiej moralności przez wojnę, zaczęli ją traktować jak grę, którą muszą po prostu wygrać – bez znaczenia, do kogo strzelając. Na ich nieszczęście, stanęli oni po niewłaściwej stronie barykady.

Jakkolwiek takie rozjątrzanie każdego zamordowanego polskiego chłopa może wydawać się co najwyżej nieco absurdalne, zwłaszcza że mówimy o wojnie – na której, no cóż, ZDARZA SIĘ, że ludzie umierają – tak jednak wtrącanie się w sprawy wewnętrzne Ukrainy uważam za wysoce niestosowne. Może my widzimy Banderę jako zwykłego polakożercę, ale Ukraińcy uważają go za bojownika o ich niepodległość i niewątpliwie mają ku temu podstawy. Wypadałoby lepiej zająć się własnymi skurwielami, których wcale nie mamy mniej niż państwa ościenne – niejednego z nich uważamy po dziś dzień za naszego „bohatera”. Na przykład dla Litwinów Piłsudski to imperialista, który ukradł im Wilno. Tak to jest z historią, że oceny zmieniają się jak w kalejdoskopie zależnie od tego, z czyjej perspektywy patrzymy. Bo w tej nauce bardzo wyraźnie ukazuje się podstawowa cecha tego świata – nie jest on czarno-biały, i nie ma na nim ani permanentnych aniołów, jak i absolutnie skończonych i bezwarunkowych gnojów. Ludzie robią to, co uważają za słuszne, a „słuszne” jest pojęciem względnym. Dlatego jeszcze raz apeluję – zamiast podniecać się tym, jakich skurwysynów Ukraińcy mają za bohaterów, zajmijmy się najpierw własnymi – bo o części nie wiemy, część czcimy, a na niektórych nawet głosujemy.

O „plebsie” i o „patrycjacie”

Heh, kiedy uczyniłem spostrzeżenie, które zawarłem w podtytule tego bloga, wydawało mi się, że jestem drugim po Raskolnikowie, który to odkrył. Niestety, szybko zdałem sobie sprawę, że nie jestem z tym poglądem tak oryginalny, jak bym chciał. A w zasadzie to w ogóle nie jestem. Każdy z nas, w mniejszym lub w większym stopniu, ma się za kogoś wyjątkowego i lepszego w jakimś względzie od innych. Wynika to z naszej percepcji i ograniczenia tylko do naszego „ja” – świat znamy i poznajemy wyłącznie z naszej własnej perspektywy. To, co myślą, widzą, słyszą i czują inni ludzie jest już abstrakcją – nigdy tego nie pojmiemy w pełni, więc nie możemy też w pełni racjonalnie i obiektywnie oceniać i interpretować świat. Możemy sobie nie zdawać z tego sprawy, możemy to uszanować, możemy próbować z tym walczyć – ale nie pokonamy tego, co leży u podstawy naszej konstrukcji – że jesteśmy jednostkami zbite w zbiorowość, a nie zbiorowością rozbitą na jednostki.

Z rzeczami, na które nie ma rady, można się łatwo uporać – poprzez nieprzejmowanie się nimi zbytnio. Dlatego i ja pogodzę się z tym, że nie wszystko mogę w pełni uzasadnić, nie zawsze mogę być całkowicie racjonalny i obiektywny w tym, co robię – dlatego podtytułu bloga nie zmienię. Dalej uważam się za człowieka inteligentniejszego niż zdecydowana większość ludzi, za kogoś wyjątkowego. Za ten intelektualny „patrycjat”. Takiego poczucia nabrałem w trakcie swego, dosyć krótkiego co prawda, życia i nie mam za bardzo powodów, że jest inaczej. Ktoś inny może sądzić, że żyję w iluzji. Cóż, kusi, by rzec „pieprzyć tego kogoś!” – ale właśnie zatrzymajmy się na chwilę. W trakcie żeglugi po Internetyku wielokrotnie napotykałem osoby, które głosiły jakieś tam w moim mniemaniu idiotyczne poglądy, a zarazem dawały do zrozumienia, że mają się za lepszych, mądrzejszych i w ogóle specjalnych. Straszliwie irytujące – but wait, brzmi nieco znajomo… No ale ja przecież mogę tak sądzić, bo jest to uzasadnione!

Problem w tym, że nie bardzo. W oczach tego mądrali, co ma czelność sądzić, że jest lepszy od nas, jego poglądy także są uzasadnione. Wynika to z tego, co napisałem w pierwszym akapicie – jakkolwiek głupi byśmy nie byli, zawsze wydaje nam się, że myślimy i postępujemy słusznie – bo nie znamy innej „słuszniejszej” opcji, gdyż siedzimy zaklęci w tych naszych móżdżkach, a jakbyśmy znali, to byśmy zaczęli ją wyznawać. A jak to obiektywnie stwierdzić – cóż, średnio się da. Jeżeli już przyjmujemy, że istnieje jakaś obiektywna rzeczywistość (a filozofowie spierają się nawet o tak podstawową rzecz), to pewnie u jednych istotnie jest to „wywyższenie” bardziej bezpodstawne, a u innych mniej. Ale co sprawia, iż TY myślisz, że jesteś kimś lepszym? Bo osiągasz dobre wyniki przy małym nakładzie pracy? Powody mogą być różne. Bo tak Ci się wydaje? Cóż, każdemu się coś wydaje. Skąd wiesz, że Twoje „wydawanie” jest lepsze od innych? Skąd wiesz, że widzisz świat takim, jaki jest, że wszystkie Twoje poglądy nie są iluzją, że życie nie jest tylko snem, jak to ongiś rozważał Kartezjusz? Nikt nam nie zabroni dbać o dobre samopoczucie i wysoką samoocenę poprzez brak skromności – ale może warto czasem się zastanowić, czy faktycznie mamy ku temu podstawy? Albo chociaż pamiętać o tych pytaniach. Bo inaczej ukisimy się w tym swoim poczuciu lepszości od wszystkich – odgrodzeni od świata, zgredziali, zarozumiali, a tak samo nic nieznaczący jak każdy inny człowiek. Po prawdzie to wszyscy jedziemy na tym samym wózku – tj. żyjemy sobie na tym łez padole, jedni tacy, drudzy inni, więc w sumie to bez większego znaczenia, czy jesteśmy lepsi czy gorsi, więc też nie warto zbytnio przekonywać siebie, że należymy do tych 10% „mądrych”. No ale tu już popadam w nihilizm, a on też do niczego konstruktywnego nie prowadzi.

A refleksje mnie naszły na wskutek śledzenia przeze mnie mikro-afery (jeżeli w ogóle możemy posłużyć nawet tak zdeprecjonowanym określeniem), jaka wybuchła w wykopowym światku. Pan Kominek (o którym była już mowa na blogu) podzielił się swoimi głębokimi przemyśleniami na temat wykopowych użytkowników, ukraszając to swoją filozofią dla ubogich:

Kto czyta Wykop, ten wie, że Ameryki nie odkryłem, bo serwis ten jest symbolem komentatorów-idiotów, o czym sam wielokrotnie się przekonałem.

(…)

A najzabawniejsze jest to, że ten głupi plebs nie wie, iż film został nakręcony 20 lat temu, gdy jego bohaterowie wychodzili z nagrania programu.

(…)

A może jest tak, jak pisałem niedawno – plebs jest bezmyślny, reaguje schematami. Dla plebsu Urban jest zły, choć nie mają o nim zielonego pojęcia(…)
Plebs z jednej strony walczy o wolność wypowiedzi, wolność słowa, wolność internetu, a z drugiej… odbiera dziennikarzom prawo do wolności.

(…)

Ale weź to wytłumacz wykopowym baranom. Oni wystawiają ocenę człowiekowi za to, jaki był 20 lat temu.

(…)
PS Fajne komentarze plebsu. Zakopują aż się kurzy:)

Powycinałem, by zostało to, o czym głównie mówię – bo nie chodzi tu o poglądy Kominka same w sobie, ale o tę retorykę „a łoni to so plebsy”. Generalnie nie mam o tym znanym blogerze zbyt wysokiego mniemania, dlatego nieco mnie to zirytowało – i nie byłbym sobą, gdybym tak to zostawił, więc wyprodukowałem dosyć obszerny komentarz. Oczywiście, nie ujrzał on nawet światła dziennego, co mnie nie zaskoczyło, gdyż Kominek otwarcie przyznaje, że nie toleruje wolności słowa na swoim podwórku – chodzi jednak o to, że po spłodzeniu tego komentarza pojąłem, że część z tego, co napisałem, było zarzutami wobec mnie samego. Wszak akurat mnie też zarozumialstwa i poczucia bycia kimś wyjątkowym nie brakuje. To było niejako przyczynkiem do napisania tego tekstu – żeby tak jakby się rozgrzeszyć i samookreślić. Możemy te 90% ludzi uważać za kompletnie bezwartościowe zera – ale ludzie to jest przecież budulec, istota tego świata, w którym żyjemy. Czy sensowne jest ignorowanie, opluwanie, tępienie, „obrażanie się” na to, co stanowi o padole, w jakim przyszło nam żyć? Cóż, pewnie w jakimś stopniu jest – ale należy nigdy nie zapominać o alternatywie, o „drugiej stronie” swego światopoglądu, byśmy mogli naprawdę z czystym sumieniem powiedzieć – „nie jestem jak każdy nikim, jestem kimś jak nikt inny – i to pokazałem”. I żeby nie przeżyć swego życia jakby „obok”, w swoich urojeniach i  w tej swojej marynacie „wyjątkowości”, a po śmierci nie zostać wrzuconym do worka zatytułowanego „Zera, którym się wydawało, że są nie-wiadomo-kim”.

A spory jest ten worek, i pękaty.

Creepypasta – Boże, jakim przerażon

Średnio 10 wejść dziennie – w sumie to nie wiem, czy to dużo jak na początek, ale już dawno połowa narodu powinna mi spijać z ust, a nie. Mój drogi kolega napisał o tym moim projekcie: „jakby krowa pomyślała, że jak wytarza się we własnym gównie, to będzie wyglądać jak kopiec ziemi i to by było zajebiste, to by miała lepszy pomysł niż z tym blogiem”. On ma nie mieć racji.

Nie chcę się powtarzać, ale to zrobię – Internet jest pełen bardzo ciekawych rzeczy, jeśli tylko umie się szukać – i odpowiednio dopatrywać się głębszych zagadnień w danej sprawie. Nic innego nie zapewnia tak łatwego i otwartego wglądu w jakąś społeczność, przetestowania i przebadania jakichś reakcji, możliwości ogólnej analizy opinii czy zachowania ludzi.

Rany, zaczynam już gadać jak jakiś jebany Freud.

Więc już solidny kawał czasu temu mój drogi kolega (ten sam, co w przedmowie – kurde, jak dumnie to słowo brzmi) wysłał mi to:

http://i.imgur.com/Dr9nr.jpg

Podobno shitbrix na końcu powinien Was zwalić z krzesła, ja tam nie wiem. Nie ruszyło mnie to specjalnie, ale pomysł ciekawy. Ciekawy na tyle, że zagłębiłem się nieco w ten temat i tak oto odkryłem creepypastę. Ogólnie rzecz biorąc, są to filmiki, zdjęcia i opowiastki, które mają poprzez swoją schizowość Cię nastraszyć – coś w rodzaju tych strasznych, ogniskowych opowiadań. Kto oglądał „Czy boisz się ciemności?” w dzieciństwie, ten wie. Generalnie ich wartość literacka jest znikoma, że tak zastosuję eufemizm do „są ogólnie dosyć śmieszne, żałosne i fabularnie biedne”. Czasami jednak niektóre, mimo swojej absurdalności i niewiarygodności, wzbudzają w nas niepokój, zwłaszcza w odpowiednich warunkach (pusty, ciemny pokój). Weźmy np. historię pt. „Binarne DNA”.

http://www.paranormalne.pl/index.php?s=dcfda7cf61412577bf1d91cb981d0124&showtopic=22907&view=findpost&p=382955

Podchodząc do tego czysto racjonalnie – to „opowiadanie” nie może wzbudzić niczego poza szyderczym śmiechem. Zwłaszcza dla kogoś, kto choć trochę zna się na informatyce – lub przynajmniej myśli rozsądnie. A jak się to przegląda z kimś jeszcze, to można powybierać co lepsze kawałki i mieć z nich ubaw. „Horror”, co najwyżej małe dzieci przestraszy.

No dobra, ale teraz jedno pytanie, i proszę o szczerą odpowiedź, udzieloną z ręką na sercu. Czy jeśli po przeczytaniu tego sprawdziłbyś pocztę, a w skrzynce ujrzałbyś maila z załącznikiem „BarelyBreathing.exe”… otworzyłbyś?

No i właśnie. Dlaczego tak się dzieje? Przecież każdy, kto ma więcej niż 12 lat, nie powinien wierzyć w takie bzdury. I zresztą zapewne nie wierzy. A jednak strach przed tym kompletnie niemożliwym, nieracjonalnym istnieje. I wpływa na nasze zachowanie. Dlaczego zapewne żaden z nas nie potrafiłby przemierzać opuszczonego, starego domu w środku nocy, gdzie podłoga skrzypi i wszystko jest pokryte pajęczyną, bez niepokoju czy przerażenia nawet? Przecież to pewne, że nie istnieją żadne duchy, demony, poltergeisty, zombie czy co tam jeszcze. Być może istnieje jakaś siła, o której istnieniu jeszcze nie wiemy. Ja osobiście zakładam, że bardzo dużo nie wiemy jeszcze o otaczającym nas świecie – mimo że niektórzy sądzą, że już prawie wszystko (tak sądzili w zasadzie w każdej epoce). Wiemy jednak, że w rzeczywistości nic nam nie grozi (zakładając, że w opuszczonym pokoju nie grasuje psychopatyczny morderca). Czemu się więc boimy? To trochę jak z arachnofobią – przecież już dziecko wie, że mały pajączek nie jest kompletnie w stanie wyrządzić nam krzywdy – a jednak ja osobiście się boję, jak wielu ludzi. Czy to jest jakiś błąd, niedoskonałość naszej psychiki – czy może Natura miała jakiś cel w wykształceniu w nas tego na drodze ewolucji?

Weźmy coś innego – filmik pt. „suicidemouse”.  Sam w sobie jest on co najmniej… dziwny

…a jeśli jeszcze doprawimy to jakimiś „tajemniczymi” objaśnieniami, wg których np. film został stworzony przez Walta Disneya w latach ’30 i był używany do torturowania więźniów – to możemy odpowiednio nakręcić naszą psychikę i obudzić swoje irracjonalne lęki. A czym w zasadzie jest tym filmik? Zapętlona animacja przedstawiająca Myszkę Miki idącą chodnikiem. W tle jakaś chaotyczna melodia, a potem jakieś krzyki. I jeszcze później jakieś rozmycie czy chuj wie co. To wszystko. Nawet porządnego screamera nie ma. Słabizna.

A mimo to mój drogi kolega powiedział, że jeśli by został zmuszony do oglądania tego, będąc w ciemnym, pustym bunkrze, to oszalałby po minucie. Pewnie przesadzał, ale kto by tam zwracał na to uwagę. I znów to samo pytanie – dlaczego? No już naprawdę – filmik nas chyba nie zabije. A jednak nie jest to filmik, który chciałoby się obejrzeć w domowym zaciszu po północy. A przecież wszystkie te fobie to wytwór tylko i wyłącznie naszej wyobraźni. Fobie, które znakomicie obśmiał niejaki kitty0706 swoją drogą:

Ciekawe zagadnienie – kolejny materiał na magisterki czy doktoraty. Kocham Cię, Internet!

Żeby nie było, że creepypasta jest w zasadzie kompletną stratą czasu, bo niczego pożytecznego się nie nauczymy – można się dowiedzieć ciekawych rzeczy czy poznać historie, które być może posiadają nawet śladowe ilości faktów. Na przykład to:

http://www.eioba.pl/a70858/the_hands_resist_him_przekl_te_malowid_o

W skrócie – jakiś koleś namalował obraz, który symboliką nawiązywał do koncepcji nieświadomości zbiorowej Junga. Obraz na tyle klimatyczny, że podobno wywołuje jakieś nietypowe reakcje u ludzi. Zastanawia mnie, na jakim etapie zaczyna się fikcja – czy od samego wystawienia obrazu na aukcji razem z ostrzeżeniem o jego nietypowych właściwościach – czy może to akurat jest prawda, a siła autosugestii dopełniła reszty. Bo jeśli naprawdę coś sobie wmówimy, to efekty mogą być bardzo wyraźne – od uczucia strachu i koszmarów poczynając, na halucynacjach kończąc. Zależnie od człowieka zapewne.

Właśnie teraz powinieneś zesrać się ze strachu.

Czy to prawda, czy też nie – obraz naprawdę robi wrażenie. Chyba jest po prostu dobry. Na tyle dobry, że skłonił mnie on do pewnej refleksji, którą zawarłem (czy przynajmniej się starałem) w wierszu swojego autorstwa:

Choć nie wiem, jakie dusz ludzkich zajmuje połacie
wspólny rewir
Piszę z tego, co stanowi o istocie postaci
– myśli i trzewi
Gdy czasem mózg uwalnia się z pętów
dziennego schematu
Dziwna oczywistość wyłania się z kręgów
dziwnego tematu
Gdy ocierając się o świadomości kres
wewnętrzną rozmową
Zdajesz sobie sprawę, że ta postać w lustrze jest
naprawdę TOBĄ?
Że z morza, co kryje naszego ego lodową górę
pod warstwą lica
Część z tego, co przed obcym odgrodzone murem
to nie tajemnica
Czuję wtedy, jakbym swoimi wodził palcami po
poznania granicach
Jak cała Istota uniwersum tego jest mną
jak w drzewie żywica
Bo tylko ja jestem, domem – moich myśli gród
z ostrokołem groźnym
A jedynym kompanem kukła o stawach ze śrub
i oczach próżnych
I jeszcze te dłonie – jaki sekret, co go strzegą,
się ujawni w słońcu?
Nie wiem, czy chcę wiedzieć – bo boję się tego
co na ramion końcu
Więc samym zostanę – i jaźń ma zaklęta
w szkatułce ciasnej
I rozpacz daremna – bo niezniszczalne pęta –
zgrozo – tylko „własne”!
Kto mi odpowie na me pukanie z wewnątrz
Wpuści gwiazdę dzienną?
Komu mogę rzec: „Wieko skrusz! Z resztą zjednocz!”?
Chyba śmierci jeno…

Ilość sylab w wersach leży, rymy czasem też – no ale Juliusz Mickiewicz ze mnie żaden.