Assassin’s Creed: Brotherhood

Sobie z okazji świąt zrobiłem przerwę, więc ci, co tu w tym czasie wchodzili, zmarnowali swoje 5 sekund życia na zobaczenie, że nic tu nie ma. A było spędzać czas z rodziną! Jajko zjeść albo co.

A jakby ktoś nie znał tematu dzisiejszego wpisu, to podpowiem, że w tytule jest zawarta pewna wskazówka.

„Bractwo” przeszedłem już jakiś czas temu, w związku z tym teoretycznie może mi się coś pokićkać, zwłaszcza że gra pod względem technicznym, tj. grafiki, interfejsu, silnika, kompletnie się nie różni od części drugiej. Gdybym był złośliwy (a nie jestem ani trochę), napisałbym, że jeżeli chcecie poczytać o Brotherhoodzie, przeczytajcie moją recenzję Assassin’s Creeda 2. Problem w tym, że: a) nie napisałem recenzji AC2 oraz b) skłamałbym, mówiąc, że nie ma żadnych różnic. Jakieś tam na pewno są. Trzeba tylko poszukać. Czy coś.

No dobra, przede wszystkim jest tryb multiplayer. Ale ja się w niego nie bawiłem, zresztą uważam, że to nie jest ten typ gier, przy których multi pełni kluczową rolę. Więc co zostaje? Nowa fabuła. W sensie, kontynuacja tej starej. To było zresztą do przewidzenia z racji tego, jak nieco urywała się historia na końcu dwójki. Czyli idea jest prosta – „zrobimy kontynuację, nie wprowadzając w zasadzie żadnych zmian i usprawnień w samej grze, a lud to kupi”.

Pójście na łatwiznę, ot co.

W porządku, przejdźmy na razie do spraw formalnych. W grze, zamiast trzech, mamy jedno miasto – Rzym. W moim odczuciu, ani nie jakoś specjalnie większe, ani nie bardziej atrakcyjne od miast z drugiej części. W dodatku 75% stanowią nieco pustawe łąki i polany poza murami miasta, na których tylko czasem można się natknąć na coś ciekawego, np. Koloseum czy coś.

Jednak mimo tych moich narzekań – klimat bardzo mi odpowiada. Mój historyczny bakcyl sprawia, że jara mnie taka możliwość wirtualnej podróży zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Biegam sobie po dachach, zwiedzam, czytam wpisy w bazie danych nt. postaci i budynków napisane bynajmniej nie encyklopedycznie, a w miarę lekkim i czasem dowcipnym językiem i staram się nie myśleć, że pewnie jest bardzo dużo przekłamań, bo zepsułoby to cały czar.

Ale to przecież już było w AC2, a miało być o zmianach. Tyle że to oznacza nadejście momentu, w którym ze smutkiem odkrywam, że nie ma już o czym pisać. Bo co jest zmianą? To, że teraz można używać kuszy (z naciskiem na „można” – bo ja przez całą grę nie użyłem ani razu, po co, skoro już mam pistolet i noże do rzucania, z których też zresztą korzystałem od święta)? I co tam jeszcze dodali – jakieś strzelanie strzałkami, czy może to już było? Widać skończyły im się pomysły, bo trzeciego ukrytego ostrza dodać już nie wypadało – są pewne limity głupoty, hehe. Aha, no tak, w walce teraz można robić „kombinacje” – które polegają na tym, że po zabiciu jednego przeciwnika każdego następnego zabijamy jednym kliknięciem. Tym samym stopień trudności walki został sprowadzony do poziomu, na którym na luzie poradzi sobie tragicznie niedorozwinięty szympans.

O taki właśnie, o.

W ogóle do Brohterhooda póki co należą rekordy wyjaskrawienia wszelkich zjawisk, jakie dotykają współczesne gry. Splebsienie, maksymalne uproszczenie, nastawienie na „robienie dobrze” graczowi, no i oczywiście niezbędna dzisiaj synchronizacja z Facebookiem – zapewne zrobienie i dopracowanie tego elementu stanowiło priorytet w pracach Ubisoftu. Bractwo, gdyby tylko mu na to pozwolić, najchętniej co 5 minut umieszczałoby na tablicy stosowne informacje, powiadamiając cały świat, jacy to fajni jesteśmy, bo właśnie przeszliśmy kolejny etap tej gry. I gdyby chociaż ta gra stanowiła jakieś wyzwanie, jak Tetris, dajmy na to… Oprócz tego, oczywiście w ciągu całej gry otrzymamy około miliona „acziwmętów”, które utwierdzają nas w przekonaniu, jacy to zajebiści jesteśmy – mimo że tak na oko 3/4 z nich otrzymuje się za rzeczy, które musieliśmy zrobić, by w ogóle przejść to dzieło sztuki informatycznej. Więc nie bardzo łapię ideę tych „nagród” – rozumiem, że są to, pozostając przy szympansowej retoryce, banany za to, że tak ładnie grę przechodzimy.

Więc ogólnie w kwestii rozgrywki nic się nie zmieniło. Dalej skaczemy po dachach, wspinamy się na wieże, z palcem w nosie pokonujemy wrogów na tuziny, tam kogoś mordujemy, tutaj kogoś gonimy. OK, z większych nowości należy dodać rekrutowanie i zarządzanie asasynami. Inaczej mówiąc – zrekrutowanie to kwestia jednej, 10-sekundowej walki, a zarządzanie polega tylko na klikaniu w odpowiednie nazwy misji w różnych miastach.Czyli raczej nie jest to najfajniejsza rzecz świata. Za to wyszkolonych już pobratymców możemy później przywołać w sytuacji „kryzysowej” – za pomocą jednego klawisza nasi nowi koledzy i koleżanki (tych drugich chyba nawet więcej, pewnie w ramach parytetów) spadną z nieba i za nas załatwią sprawę w minutę, co sprawia, że nawet ten nasz szympans ziewnie z nudy, narzekając na zbyt dużą łatwość gry.

Co do fabuły – z jednej strony ma ona charakter jakby nieco poboczny, uzupełniający, z drugiej jednak nie mogę powiedzieć, że nie ma znaczenia dla całej serii, zwłaszcza ze względu na zakończenie – ale tu już przecież nie będę spojlerował. Wciąż jednak jest to ten sam Assassin’s Creed, ze swoją śmieszną, prymitywnie nakreśloną i dziecinną spiskową teorią dziejów, na której opiera się cała historia, oraz ze swoją nawet filozofią („nic nie jest prawdą” – to co w takim razie ze zdaniem „nic nie jest prawdą” – jest prawdą czy nie? <trollface>). Z drugiej jednak strony, cudów nie oczekiwałem, więc nie jestem rozczarowany. Najciekawiej jednak będzie przy ostatniej części, kiedy będą musieli to jakoś wszystko rozwiązać. Generalnie mają dwa wyjścia:

1. Spróbować wszystko wyjaśnić – problem w tym, że wyjaśnienia wszelkich rzeczy, w których jakąś rolę pełnią jakieś paranormalne zjawiska i tajemnice, zwykle są niemożebnie głupie, bo zresztą trudno, by takie  nie były. Taką drogęwybrano np. przy „Fahrenheicie”, którego pierwsze 75% było genialne i bardzo klimatyczne, a potem żałosna próba rozwiązania intrygi i historii zniweczyła te pozytywne wrażenia.

2. Zostawić większość pytań bez odpowiedz – jak w „Loście” na przykład. Oznacza to jednocześnie wielkie rozczarowanie, ale co zrobić.

Słowem, jeżeli nie obmyślili już jakiegoś sensownego zakończenia, to wpakowali się w niezłą kabałę.

Podsumowując – nie nazwałbym Assassin’s Creeda: Brotherhood grą, w którą trzeba koniecznie zagrać. Ale zarazem nie odradzam tego, bo mimo wszystko fajnie było. Można zagrać choćby dla samego, renesansowego Rzymu. Ale jest to „must have” co najwyżej dla fanów serii. Reszta może się obejść bez tego, lecz mimo wszystko – polecam.

Naród kuriozalny

Czasem wydaje mi się, że w dobie politycznej poprawności zawód dziennikarza, a już zwłaszcza satyryka przypomina zawód sapera – nic, tylko całą swoją uwagę poświęcać na to, by nie wpaść na jakąś minę. Co prawda metafora nie jest do końca trafiona, bo dla sapera taki błąd kończy się zazwyczaj rozczłonkowaniem, a dla publicysty – publicznym linczem i ostracyzmem, zwłaszcza ze strony „oficjalnych” reprezentantów różnych środowisk. Bezczelnie „obrazić”, „zdeptać godność”, „wykazać się kompletnym brakiem kultury” można wobec wielu różnych jednostek i grup. Jednak jako że poprawność polityczna z natury idzie w parze z ogromną hipokryzją, te grupy są specyficznie (i zwykle mało logicznie wyselekcjonowane) – Murzyni, kobiety, duchowni… Ale nigdzie to zjawisko nie jest tak skrajnie i absurdalnie widoczne, jak gdy mowa o Żydach. Część osób zapewne słyszała o najnowszej, wielkiej aferze. „Angora” na pierwszej stronie pozwoliła sobie na satyryczny obrazek komentujący właśnie sprawę Żydów (czego bym się, mimo wszystko po jednej z najlepszych gazet w Polsce, nie spodziewał i za co zgarnęła u mnie dużego plusa). Ów obrazek wyglądał tak:

Jak widzicie, nie dość, że obrazek, to jeszcze uwaga nawiązująca do tego, jak amerykańscy Żydzi zupełnie bezprawnie próbują przypisać sobie majątek tragicznie zmarłych polskich Żydów, z którymi mają tyle wspólnego, co ja z Johnem Kowalsky’m z Ameryki. Tego oczywiście było zdecydowanie za wiele – wulkan wręcz histerycznie wybuchł lawą nienawiści. I już nie chodzi o absurdalne doniesienie do prokuratury, ale przede wszystkim wypowiedzi przedstawicieli tego „specjalnego” narodu:

W zawiadomieniu zarzucono, że okładka „Angory” z 10 kwietnia „zbliżona jest do antysemickich karykatur publikowanych w latach 30. przez nazistów”. – Okładka jest oburzająca! To odwoływanie się do najniższych stereotypów, które stosowało NSDAP we wczesnym okresie swojej działalności. To wywoływanie problemów narodowościowych i etnicznych na tle roszczeń majątkowych – mówi nam Stefan Cieśla, członek zarządu Stowarzyszenia Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”.

Premier Donald Tusk, w imieniu polskiego rządu, powinien niezwłocznie potępić ten pozbawiony smaku i wrażliwości komunikat nienawiści eksponowany na okładce „Angory”, inspirowany stereotypami i prowokujący czytelników pisma do antysemityzmu – uważa prof. Michael Szporer, którego cytuje portal informacjeusa.com Z kolei Pauline Babinski z Denver, jedna z najbardziej znanych w USA prawniczek polskiego pochodzenia, powiedziała, że żaden rozpoznawalny tytuł w Stanach Zjednoczonych „nie pozwoliłby sobie na taki skandal”. (W takim razie cieszę się, że żyję w kraju, gdzie uchowały się jakieś strzępy wolności prasy i słowa)

O okładce polskiego tygodnika piszą także izraelskie gazety. Jeden z największych tam dzienników „Maariv” artykuł zatytułował: „Nienawiść Warszawy”. – Kwestia wypłaty odszkodowań za utracone mienie ukazuje szpetne oblicze polskiego antysemityzmu; z dnia na dzień nasilają się antyżydowskie publikacje – napisał „Maariv”. Z kolei Eli Barbur, znany dziennikarz pracujący w Izraelu, na swoim blogu napisał o „menelstwie Angory”. – Wg mnie taki malunek w stylu „Der Stürmera” nie mógłby się pojawić na okładce popularnego pisma w żadnym innym kraju UE, a nawet w Rosji i w Mongolii. Podobne hitlerowskie ścierwo widniało już zresztą na okładce „Angory” nr 37 w 2008 roku, ale nikogo nie ruszyło – przypomina Eli Barbur.

Tak co do tego ostatniego – stwierdzenie „nawet w Rosji i w Mongolii” zawiera wyraźną sugestię, że lizanie Żydom butów jest wyznacznikiem rozwoju cywilizacyjnego. Tak mnie czasem zastanawia – jak to możliwe? Jak to możliwe, że tygodnik umieszcza na dobrą sprawę nic nieznaczący, niewinny i w dodatku satyryczny fotomontaż, i z miejsca jest atakowany obrzydliwymi oskarżeniami, insynuacjami, a także zwykłymi obelgami ze strony środowisk mniej lub bardziej „żydowskich” – i nikomu to nie przeszkadza? Nikt poważny nie zaprotestuje? Ale zaraz się otrząsam i odzyskuję trzeźwy osąd. Człowieku, przecież ty nie żyjesz w normalnym świecie. Przecież to jakaś kraina absurdu i hipokryzji. To świat, gdzie jedna, specjalnie uprzywilejowana grupa może pluć jadem i obrzucać gównem każdego, kto jest jej choć trochę nieprzychylny – i robią to przy ogólnym przyzwoleniu. Na jakiej podstawie przyznane są te przywileje? Bo mają ciężką historię? Bo ich dziadowie, których przypuszczalnie nawet nie pamiętają, cierpieli już całkiem sporo lat temu z rąk zwyrodnialców? Jak to możliwe?

Nie, człowieku, nie zadawaj takich głupich pytań – pamiętaj, na jakim świecie żyjesz…

Zastanawia mnie, dlaczego w zasadzie ten Naród jest „Wybrany”. Bo na pewno jest. Wystarczy, że większość ludzi tak kojarzy. Ale na dobrą sprawę, jest „wybrany” samozwańczo. Mój zdrowy rozsądek każe mi odrzucić wszelkie jakieś biologiczne i genetyczne uwarunkowania (chociaż słyszałem teorie, że swoją ponadprzeciętną inteligencję i spryt Żydzi zawdzięczają… zdrowotnym właściwościom czosnku i cebuli). Pozostają kulturowe i historyczne. Wygnanie z ich ziemi rozproszyło Żydów po całym świecie – a ich religijne wymagania sprawiły, że wszędzie, gdzie przybywali w większej ilości, opanowywali bardzo ważne sektory życia publicznego – wolne zawody (lekarze, prawnicy…) oraz handel i bankierstwo. A już zwłaszcza to drugie i trzecie wywoływało u prostego chłopa nieznającego podstaw ekonomii zgrzytanie zębami z wściekłości – szczególnie w czasach, gdy po ich własność przychodzili komornicy w czasach Wielkiego Kryzysu. Tę nieco instynktowną nienawiść swego czasu wykorzystali Bardzo Niedobrzy Ludzie – i do tego momentu wszystko jest jasne.

Ale teraz mamy koniec II wojny światowej – większość Żydów albo nie żyje, albo uciekła. W Polsce ostatnie niedobitki wygonił Gomułka. Jak kiedyś Żydzi stanowili 20% mieszkańców Łodzi, tak teraz nigdy żadnego nie widziałem, żyjąc w tym mieście (niedługo, co prawda). Dlatego pozostaje pytanie – dlaczego nas to w ogóle dotyczy? Przecież mowa o narodzie, który swoje państwo ma gdzieś daleko za Morzem Śródziemnym. A jednak Żydzi wciąż są obecni – jeżeli nie fizycznie, gdzieś za kulisami, to w świadomości, strachu i stereotypach ludzi. Ale wszak ponoć zarząd FED-u (prywatnej instytucji, która kontrolując drukowanie dolara, kontroluje w zasadzie całą, amerykańską ekonomię) składa się niemal wyłącznie z Żydów. Nie wiem, nie sprawdzałem. Nie widzę sensu – bo jeśli tak, to co wtedy? A poza tym rozum mi podpowiada, że ludzie, którzy doszli w życiu tak daleko, zwykle nie ograniczali się kwestiami narodowościowymi czy religijnymi.

Oglądałem kiedyś dokument o wycieczce izraelskich uczniów do Polski. Przerażający dokument. Z tego materiału wyłaniał się obraz państwa bezprecedensowej propagandy i indoktrynacji gorszej niż w Korei Północnej. Gorszej, bo skutecznej – jak nie wiesz, jak przeżyć kolejny dzień, w zasadzie mało cię interesuje, jak wygląda świat, więc ta koreańska propaganda to nieco inna bajka. Ale ta izraelska młodzież była sprawnie i skutecznie utwierdzana w przekonaniu, że są ofiarami zła całego świata. Wybierali się w Polsce rzecz jasna do Auschwitz – cała reszta naszego kraju mogłaby dla nich nie istnieć. Zapewne by tego zresztą chcieli, wnioskując po niektórych ich wypowiedziach. Po standardowej obróbce emocjonalnej, gdy z największego twardziela wyciśnięto łzy, przechodzono do obróbki merytorycznej – przekonywano ich, że to trwa nadal. Ich hotel był pod ochroną – „by ich nie pozabijali antysemici”. Ci uczniowie byli przekonani, że codziennie w Polsce są ogromne manifestacje przeciw Żydom. Że każdy, najbardziej niewinny przechodzień na polskich ulicach czyha na ich życie – a co najmniej nienawidzi z całego serca. Że cały świat za swój jedyny cel ma zniszczyć Żydów. Nie przesadzam ani odrobinę – oni naprawdę są wychowani w ten sposób i są o tym święcie przekonani. Świadczy o tym chociażby fakt, że przytłoczeni tą swoją fikcyjną wiedzą, niekiedy izraelskie wycieczki w ramach wyładowania i zemsty niszczyły hotele, w których przebywały (oczywiście nikt złego słowa nie powie, to się nam należy, jebanym antysemitom). Był też przezabawny, ale i przerażająco znamienny fragment, jak kilka Żydówek ucięło sobie pogawędkę (każdy w swoim języku) z dwoma przedstawicielami kwiatu polskiej inteligencji, lubiącej spędzać czas na ławeczce, racząc się trunkami wszelakimi. Generalnie starszy pan mało umiał się wysłowić, ale ogólnie był ciekawy, skąd są – bo myślał, że są z Chin. I to wszystko. A jak to zinterpretowały izraelickie dziewoje? Oczywiście przystosowały kompletnie niezrozumiałą dla nich wypowiedź do swojego schematu poznawczego – po jakimś czasie mówiły z przejęciem jakiemuś dziennikarzowi, że zostały bezpardonowo wyzwane od dziwek. Nie żartuję – one były o tym absolutnie przekonane. I na co to wszystko? Odpowiedź jest, wbrew pozorom, prościutka – Izrael jest państwem, gdzie do wojska musi pójść każdy, czy chłopak, czy dziewczyna. Rosną w związku z tym protesty tych pacyfistycznie nastawionych. I oni tą indoktrynacją są odpowiednio „nastawiani” na właściwą ścieżkę. „Rozumieją”, że muszą bronić swej krwi przed nienawidzących ich światem. I nagle zabijanie palestyńskich dzieci nie stanowi żadnego, moralnego problemu. Tak trzeba.

I tak oto mamy imperialistyczny, wspierany przez imperialistyczne USA, prowadzący skrajnie zaborczą politykę zarówno sposobem militarnym, jak i politycznym i medialnym kraj – a świat milczy. Jak to jest możliwe?

Momentami aż chce się w związku z tym zakrzyknąć jak ten pan:

OK, tak na serio to już by była przesada. Ale wrzucam tego dziadka będącego uosobieniem uroku nie bez powodu. W zasadzie, powody są nawet dwa:

1. Ten dziadek jest cholernie śmieszny.

2. Dobrze pokazuje on, jaki wpływ to wszystko ma na postawy części ludzi generalnie małomyślących

Chodzi mi o to, że wśród plebsu można wyróżnić dwie grupy. Tych, co aspirują do miana tolerancyjnych i oświeconych, w związku z tym łykają całą hipokryzję politycznej poprawności, jednocześnie ją powielając i wygłaszając mało rozgarnięte opinie, że istotnie „tak nie wolno” – ale czemu nie wolno, to już nikt nie wie. I jeszcze tych drugich, którzy bardziej instynktem niż rozumem wyczuwają zagrożenie, co sprawia, że szczekają i warczą jak zaszczuty pies – odpowiadając antysemicką nienawiścią na semicką nienawiść. Ci pierwsi mnie brzydzą, ci drudzy mnie martwią. Ponieważ to się dobrze nie skończy. Jak już mówiłem, po tym, jak już „się stało” (mówię o hitleryzmie i Holokauście), można by po prostu oddalić „problem” Żydów gdzieś daleko, do Izraela, i zapomnieć o wszystkim – znów żyć jak ludzie. Ale wygląda na to, że jednak Żydzi nie są wyjątkowi i przejawiają typową, ludzką cechę – nigdy, przenigdy nie nauczy się czegoś na własnym błędzie. Zamiast w rozsądnym wymiarze zadośćuczynić swe wielkie krzywdy, po dziś dzień dolewają oliwy do ognia, jakby z lubością podsycając nienawiść przeciw sobie. Może są pewni, że są teraz na tyle potężni, że całkowicie bezpieczni? Jeśli tak, to mówię – do czasu. I nie, żebym komuś groził, bo jestem wrednym antysemitą. Ale pewnych podstawowych, społecznych praw się nie oszuka. Im bardziej się wstrząsa szampanem, jednocześnie powstrzymując zakrętkę – tym mocniej w końcu wybuchnie.

Ja się nie obawiam powtórki Holocaustu. Ja się obawiam czegoś gorszego. Wszak, jak wiadomo, „ludzkość się stale rozwija – zabijamy siebie nawzajem na coraz to lepsze sposoby”…

Czołgów świat

Ponownie mnie niemoc twórcza dopadła. Staram się zawsze pisać długo, na konkretny temat i o czymś w miarę niebanalnym. W związku z tym jest coraz trudniej. Być może powinienem przemyśleć zmianę formatu – np. poprzez skrócenie wpisów. W każdym razie, nie jestem w stanie obiecać regularności wpisów.

Bodajże tydzień temu miała miejsce premiera gry World of Tanks. W pełną wersję nie miałem jeszcze okazji grać – i nie wiem, kiedy będę. Dość dużo jednak grałem w betę, więc czuję się „uprawniony” do wydania opinii.

Słowem wstępu – WoT jest to gra MMO tworzone przez rosyjskie studio, które jakoś tam się nazywa. Jakkolwiek gry MMO zazwyczaj są osadzone w klimatach fantasy i polegają na rozwoju pojedynczej postaci, tak World of Tanks łamie ten schemat – naszymi „bohaterami” są (uwaga, niespodzianka) czołgi. A w zasadzie nie tylko czołgi, ale także niszczyciele czołgów oraz samobieżna artyleria – wszystko różnej maści, z okresów od lat ’20 do ’50. Ilość posiadanych przez nas czołgów jest ograniczona jedynie miejscem w naszym „garażu” oraz określoną liczbą kredytów oraz expa, które trzeba zdobyć, by odblokować poszczególne maszyny. W zasadzie nie tylko maszyny, ale również ulepszenia do nich – nowe działa, wieże, silniki itp. Tak samo wraz z kolejnymi bitwami ulepszana jest załoga poszczególnych urządzeń zagłady.

Fascynatom takich rzeczy zapewne oczy się już zaświeciły, i słusznie. Dzieło Rosjan oferuje bowiem setki całkiem nieźle odwzorowanych czołgów, i to nie tylko prawdziwych, ale także dużo prototypów (ich uwzględnienie okazało się niekiedy konieczne, by zrównoważyć „ofertę” poszczególnych nacji – a te są trzy, USA, ZSRR i Niemcy). Zarazem realizm czołgowego pola walki nie jest zupełnie wzięty z kosmosu. Właśnie – „zupełnie”. Bo trzeba jednak przyznać, że ograniczenia wynikające z konstrukcji gry nie pozwalają na dokładne odwzorowanie czołgowych realiów, gdzie czasem strzelano do siebie z 3 kilometrów, a do zniszczenia pojazdu potrzeba 1-3 pocisków. Tutaj mapy mają przeważnie około jeden kilometr kwadratowy, dlatego walki toczą się tu na o wiele mniejszych dystansach i mają często inny charakter (szybkie czołgi często stosują „walkę kołową”, co jest oczywiście absurdem w odniesieniu do rzeczywistości). Oprócz tego, by unicestwić przeciwnika, czasem trzeba wpakować weń całkiem sporo ołowiu (oczywiście w przenośni, pocisków do dział nie robi się z ołowiu, moje dzieci). Z drugiej jednak strony, gra nieźle oddaje np. parametry różnych pancerzy (w zależności od miejsca, różnią się grubością, znaczenie ma również ich nachylenie). Opłaca się uważnie celować, gdyż zdarzają się np. rykoszety, a czas przeładowania potrafi być boleśnie długi – dosłownie „boleśnie”.

Z racji tego, że rzeczywistość wirtualna mimo wszystko ma odmienne właściwości od tej „rzeczywistości rzeczywistej”, ma również ona inne wymagania. W WoT pole walki można scharakteryzować tak – lekkie, szybkie scouty wykrywają wrogie czołgi i za pomocą radia informują o ich położeniu sojusznicze pojazdy (co daje ogromną przewagę), „mediumy” generalnie są przeznaczone do aktywnej gry, tj. są stale w ruchu i prowadzą walkę „unikową”, działają także stadnie. Najcięższe czołgi natomiast szukają odpowiedniej pozycji, gdzie będą mogły wykorzystać w pełni możliwości swojego pancerza. Podobnie jest z niszczycielami czołgów, które chowają się w krzakach i generalnie prowadzą statyczną grę. Wszystkich wspomaga samobieżna artyleria, która schowana na tyłach razi wrogów gromami z nieba.

Co do SPG (self-propelled guns), wywoływały one swego czasu ogromne kontrowersje z racji charakterystyki grania nimi. Z powodu małych map, odwzorowanie ich nie ma nic wspólnego z realizmem – ostrzał artyleryjski jest tutaj bardzo precyzyjny i polega na poważnych uszkadzaniu czy nawet niszczeniu czołgów wroga jednym-dwoma pociskami. Dodatkowo artylerzyści dysponują bardzo wygodnym podglądem pola bitwy, mianowicie „z lotu ptaka”, gdzie widzą dokładnie wszystkie pojazdy. Powodowało to ogromny dysbalans, był okres, kiedy artyleria stanowiła 1/3 składu każdej drużyny i zgarniała większość killów. Doprowadzono to do równowagi poprzez zmniejszenie precyzji, ale IMHO było to rozwiązanie mocno prowizoryczne. Nie wiem, jak jest obecnie, ale wierzę, że to poprawiono, gdyż stanowiło to ogromny problem i przyczynę narzekania wielu graczy, którzy nawet odchodzili z gry, którą z przekąsem tytułowali „World of Artillery”.

Powróćmy jeszcze do typów pojazdów i ich „poziomu”, tj. tierów. Gra generalnie skonstruowana tak, że od pewnego poziomu im lepszy czołg mamy, tym trudniej nim „zarabiać” – gdyż koszty amunicji oraz ew. naprawy w razie zniszczenia czy uszkodzenia były bardzo wysokie. Uważam to za bardzo dobre rozwiązanie, gdyż w przeciwnym razie po paru miesiącach po wirtualnych polach bitwy latałoby 10 rodzajów maszyn z najwyższych tierów, a pozostałe 290 poszłoby w zapomnienie. Przy takim rozwiązaniu, gracz co jakiś czas jest zmuszany do zarabiania czołgiem niższego tieru, którym może nie będzie rozdawał kart w trakcie gry, ale nie opróżni wirtualnego portfela podczas naprawiania. W trakcie bety jednak jeśli było się naprawdę dobrym graczem, nadal możliwe było zarabianie nawet najlepszymi czołgami. Nie wiem, jak ostatecznie zbalansowano tę kwestię w pełnej wersji – ale mimo to, gra cały czas może się rozwijać poprzez kolejne patche.

Generalnie w WoT-cie bardzo ważna jest gra zespołowa – w pojedynkę możemy coś zdziałać jedynie, gdy mamy duża przewagę „technologiczną”, czyli mamy po prostu duży lepszy czołg od przeciwników. Ale i tak należy się mieć na baczności – gdyż taktycznie da się walkę rozegrać tak, że nawet nie będziemy widzieli, kto nas właśnie obija ze wszystkich stron, a wtedy nawet najlepsze działo nam nie pomoże. W związku z tym, w World of Tanks zawsze warto grać razem z kimś (np. w tzw. plutonie – w którym mogą być 3 osoby, z tego co wiem). Innym elementem gry zespołowej są tzw. Clan Wars – na temat tych niestety nie mogę się za bardzo wypowiedzieć, gdyż w becie ich jeszcze nie było. Polega to mniej więcej na tym, że poszczególne klany walczą miedzy sobą o terytoria – za co mają, oczywiście, określone bonusy. Brzmi fajnie.

Podsumowując, World of Tanks opiera się na w miarę prostym, ale dotychczas niewykorzystanym pomyśle. Już w fazie bety zyskał ogromną popularność, więc gra ma bardzo duży potencjał – choć niepokoi mnie często dosyć niezrozumiały i prowizoryczny charakter działań twórców, którzy czasem robią dziwne rzeczy, ignorując głosy fanów. Potrafią się jednak zdobyć na fajne gesty, np. kiedy spolszczyli całkowicie (czyli razem z głosowymi komunikatami załogi w trakcie walki) grę. Z drugiej strony, głos tego polskiego kolesia jest po prostu tragiczny :). Ja osobiście widziałem w tym okazję do zrobienia świetnego konkursu – gracze wysyłaliby próbki swoich głosów i zwycięzca nagrałby głosy do gry. Nikomu (w tym mnie) nie chciało się przedstawić tej idei devom. End of cool story.

Wszechobecny i niewidzialny „wróg”

W roku 1955 w USA dwaj dziennikarze – o nazwiskach Baddeley i Maverick – przeprowadzili w swoim rodzinnym, niewielkim miasteczku swego rodzaju eksperyment quasi-psychologiczny. Postanowili oni otóż przeprowadzić uroczyste obchody dwudziestej rocznicy śmierci pewnego znanego i szanowanego obywatela tegoż miasta. Przygotowali wiele atrakcji, jakie miały czekać każdego mieszkańca. Wśród nich był m. in. film, przedstawiający żywot owego nieboszczyka, wraz z nagraniem z jego pogrzebu. Niby wszystko w porządku – poza jednym szczegółem. Owy „szanowany obywatel” był fikcyjny. Kompletnie wymyślony. Para dziennikarzy sprawdzała, czy którykolwiek z miejscowych zauważy oszustwo lub przynajmniej wyrazi swe podejrzenia z powodu tego, że on sam nigdy o kimś takim nie słyszał. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Co więcej, co starsi ludzie „przypominali” sobie pogrzeb, którego nie było (w filmie przedstawiony był oczywiście pogrzeb kogoś innego w kompletnie innym miejscu), a niektórzy nawet samego „bohatera” i sceny z jego udziałem. Ludzie zupełnie bezproblemowo przyswoili sobie podaną im, całkowicie fałszywą informację. Na tę sfabrykowaną informację można było się potem spokojnie powoływać, odwoływać, przywoływać i ogólnie wykorzystywać – bo wystarczyło, że była ona realna w świadomości ludzi. Dwaj eksperymentatorzy jednak oczywiście zdemaskowali całą sprawę, zanim zrobił to ktokolwiek inny.

Manipulacja – jest to bardzo groźna broń w rękach tego, kto potrafi i ma odwagę się nią posługiwać. Gdy dodatkowo ma odpowiednie zaplecze i możliwości – wydaje się, że nie ma przed nią żadnej obrony. Przecież nikt się nie trudzi, by sprawdzać prawdziwość każdej wiadomości podanej przez jakieś medium. Teoretycznie więc mają one możliwość wprowadzenia bez problemu w błąd milionów ludzi. Co prawda w większej skali zawsze znajdzie się ktoś, kto wykryje oszustwo – ale jeśli ma się w ręku dostatecznie duże środki, można ich zagłuszyć, nazwać „oszołomami”, tych od „spiskowej teorii dziejów”. Na manipulację szczególnie podatny wydaje się być Internet – co pokazuje np. sprawa Henryka Batuty. Manipulacja może kryć się wszędzie – a ciężko się bronić przed czymś, o czego istnienia z założenia nie mamy pojęcia.

Na przykład tutaj – historia przytoczona na początku tego wpisu jest kompletnie zmyślona przeze mnie. Co do joty. No, jedyne „odniesienie” do rzeczywistości to to, że istnieje psycholog nazwiskiem Baddeley – ale nie prowadził on jeszcze działalności naukowej w latach ’50, z tego co wiem. Z ręką na sercu – czy ktokolwiek wykrył tę moją manipulację (którą była historia o manipulacji – więc jakby metamanipulacja :))? Czy ktoś zadał sobie trud poszukania w Google jakichś szerszych informacji? Czy może jednak wszyscy bezkrytycznie uwierzyli w moją szczerość i dobre intencje? No właśnie. Przy czym należy zaznaczyć, że w zasadzie od razu Was „odkłamałem” – czyli moje małe oszustwo nie zdążyło rozwinąć skrzydeł w Waszych mózgach. W najbliższych tygodniach jeszcze byście pamiętali, że tę historię przeczytaliście na jakimś blogu – i w związku z tym moglibyście być bardziej sceptyczni do niej nastawieni. Ale już za 5 lat prawdopodobnie byście pamiętali samą historię – bez źródła. A jako że natura nie znosi próżni, prawdopodobnie wymyślilibyście sobie to źródło – że przeczytaliście w jakiejś książce czy zobaczyliście w programie. A wtedy już naprawdę ciężko by Wam było samemu z siebie podważyć wiarygodność tej mistyfikacji.

Z drugiej strony – nieco zapewne demonizuję zjawisko, które przecież jest powszechne i naturalne. Manipulują wszyscy i wszędzie. Na rozmowie kwalifikacyjnej opisujemy sukcesy, pomijamy porażki – manipulacja. Podczas randki nie wspominamy, że zdradziliśmy kiedyś dziewczynę – manipulacja. To całkowicie zwyczajne narzędzie polepszania swojego wizerunku i/lub osiągania określonych celów poprzez wpływanie na innych ludzi. Jego istnienie wydaje się być koniecznością z racji naszej natury – o naszym poznaniu świata decydują w bardzo dużej mierze doświadczenia i przekazy innych ludzi. Poleganie wyłącznie na sobie jest niepraktyczną cechą z ewolucyjnego punktu widzenia.

Jednakże wydaje się, że natura nie przewidziała, iż staniemy się na tyle inteligentni, by z premedytacją i w niecnych celach wykorzystywać nasze ewolucyjne słabości. Myślę, że gdy mówimy o manipulacji, możemy nazwać siebie jej „ofiarami”. Codziennie dajemy się oszukiwać – w mediach, w polityce, w reklamie. Dlatego, choć z jednej strony nie należy popadać w paranoję – uważajmy. Dobrym rozwiązaniem jest przyjmowanie postawy z góry sceptycznej. Nie bać się wątpić, kwestionować, nie wierzyć – nawet jeśli ten pan w telewizorze jest przecież tak bardzo „mądrzejszy” od nas. Warto poświęcić trochę czasu na dokładne sprawdzenie tego czy owego – nie przyjmować niczego bezrefleksyjnie i nie traktować każdego, podanego nam twierdzenia, jako pewnik. Bo żyjemy w niebezpiecznych czasach. Ktoś kiedyś powiedział, że postępujący rozwój psychologii i socjologii pozwoli na niemal nieograniczone manipulowanie masami przez pewne „grupy”, które zapewne nie będą mieć oporu, by czerpać z tego korzyści. Sprawa więc wydaje się beznadziejna – raz zagrzebani w bagnie demokracji, ciężko będzie się zeń wygrzebać. Pozostaje więc tylko mieć nadzieję na to, że w ostateczności coraz więcej osób będzie bardziej świadoma swej podatności na kłamstwa i oszustwa – a nie na odwrót.

Jakby kogoś to interesowało – tekst zainspirowany tym wykopem: http://www.wykop.pl/link/698339/manipuluje-nami-rodzina-znajomi-koledzy-z-pracy-autorzy-reklam-i-politycy/

Wartość współczesnego wykształcenia

Oglądałem swego razu dyskusję z profesorem Bogusławem Wolniewiczem w jakimś programie. Nie pamiętam jakim, nie pamiętam kiedy i o co tam dokładnie chodziło. Dyskusja, zdaje się, była na różne tematy, ale pamiętam fragment, gdy rozmawiano o edukacji w Polsce. Pan Wolniewicz ogólnie ubolewał nad żałosnym poziomem szkolnictwa wyższego – wskazując za główną przyczynę jedną, prostą cechę. Egalitarność.

Jeszcze nie byłem wtedy mocno ukształtowany w poglądach, dlatego ta myśl była dla mnie odkryciem. Edukacja to jest coś, czego stan obserwujemy i obserwowaliśmy my wszyscy, ponieważ „doświadczyliśmy” jej na własnej skórze. 12 lat „standardowej” edukacji, teraz pierwszy rok studiów i nic się nie zmienia. Cały czas wokół siebie widziałem ludzi, wobec których odnosiłem usilne wrażenie, że nie powinno ich tutaj być. Że ich „nauka” jest kompletnie płonna i bezcelowa. Po co znajomość wzoru na deltę komuś, kogo życiową ambicją jest dobrze się zabawić, dobrze wypić i mieć spokój od umysłowych wyzwań? Cały czas widziałem, jak ludzi, którzy są o krok od poprawczaka, na siłę przepycha się przez kolejne klasy, czyniąc farsę z samego terminu „promocja”. W ogóle dało się „nie zdać” w podstawówce i gimnazjum? Powinni za to jakieś nagrody przyznawać. W liceum to już się zdarzało, ale i tak o wiele za rzadko. Brak jakiegokolwiek różnicowania – ludzie naprawdę inteligentni lub przynajmniej pilni uczyli się obok meneli i w oczach „systemu” obaj byli tyle samo warci.

Wyhodowano w nas przekonanie, że każdy musi mieć określony poziom wiedzy. Że to wstyd nie znać daty odsieczy wiedeńskiej lub definicji logarytmu. Na fali są programy, które wyśmiewają niewiedzę przypadkowych ludzi (vide MaturaToBzdura.tv). Jedni widzą w tym dowód na głupotę ludzi – ja widzę w tym nieuchronność pewnych procesów. Zmierzmy się z jednym, prostym faktem – miażdżąca większość wiedzy, której uczą w szkołach, przeciętnemu człowiekowi może się przydać jedynie w teleturniejach i przy rozwiązywaniu krzyżówek. Czy jest sensowne oczekiwać od kogoś, że będzie pamiętał rzeczy, które ani go nie interesują, ani nie są dlań użyteczne? Czy spawacz musi potrafić wymienić w kolejności planety Układu Słonecznego? Czy historyk powinien umieć wyznaczyć miejsca zerowe funkcji hiperbolicznej? Oczywiście, że znajomość takich rzeczy w pewnym stopniu świadczy o jego oczytaniu i inteligencji – ale do życia codziennego jest to kompletnie niepotrzebne. Wniosek z tego prosty – dla 90% ludzi 90% czasu spędzonego w szkole jest zmarnowane.

Może warto się zastanowić, czy obowiązkowa edukacja jest w ogóle zasadna. Osobiście uważam, że powinna być nie tylko nieobowiązkowa (podstawowej wiedzy mogą dostarczyć rodzice), ale również niepubliczna w całości. Ale ja w końcu jestem radykalny i w ogóle dziwny – wierzę w jakieś bożki w stylu „Niewidzialna Ręka Rynku” i inne takie. Z pewnością obowiązkowa nauka do 18. roku życia jest zmarnowaniem wielu lat dla wielu osób, które mogłyby wykorzystać ten czas w sposób o wiele bardziej dla siebie utylitarny. Dzisiaj zawody w stylu spawacz czy stolarz są doskonale płatne ze względu na to, że wszystkim się ubrdało, że muszą koniecznie skończyć wszystkie szkoły – a po czymś takim taka praca uwłacza ich rozdmuchanej godności. Wszelkie, socjalistyczne przymusy tego rodzaju zaburzają naturalną równowagę.

Inna sprawa, że zgodnie z ideą demokracji, Lud rządzi, a więc Lud powinien mieć wiedzę o świecie. Szkoda tylko, że to nie działa, co pokazują różne MaturytoBzdury – bo i zresztą czemu miałoby działać? Lud nadal nie ma poczucia, że znajomość nazw stolic europejskich jest dla niego w jakikolwiek sposób wartościowa – i słusznie. No ale to niejako nie mój problem, bo nie jestem demokratą. Gdy się odbierze motłochowi wszelkie wpływy, wszystko wróci do normy – i mogą oni bezkarnie wierzyć, że Słońce kręci się wokół Ziemi. I nikomu to nie szkodzi. Naukę zostawmy wybranym.

Powróćmy jednak do tego, od czego poniekąd zacząłem ten wpis – do szkolnictwa wyższego. Tego z kolei ja sam „doświadczam” na tę chwilę, ale i tak najwięcej o stanie studiów mówią ich absolwenci. „Po owocach ich poznacie” – jeszcze przed wojną posiadanie dyplomu miało znaczenie, a obecnie? Najprostsze prawo ekonomii głosi, że wartość jest odwrotnie proporcjonalna do powszechności. Dziś studia są naturalnym przedłużeniem liceum – i przez to jest na takim samym poziomie jak liceum. Problemy leży w tym, że proporcja 90-10 obowiązuje niezależnie od ilości populacji – więc jeśli na studia idzie, dajmy na to, 70%, to 60% nie wynosi ze studiów niczego przydatnego, a 10% marnuje czas, bo poziom dostosowany jest do najsłabszych – wszak mają oni w interesie by byli i płacili. Studia kiedyś były elitarne – były przeznaczone dla tego ułamka, która była miała dostatecznie dużo inteligencji i chęci, by poświęcić się nauce. Dziś wszyscy koniecznie wysyłają swe dzieciaki na studia – bo „wykształcenie to podstawa”. Szkoda tylko, że nikt już nie patrzy na papierki z uczelni, skoro są z reguły nic niewarte i o niczym nie świadczą. „Idiota z dyplomem to taki sam idiota, jak bez dyplomu – tylko z pretensjami”.

Całkowite urynkowienie tego oczywiście rozwiązałoby problem, choć prawdopodobnie odbywałoby się to w bólach – bo moda na wysyłanie na siłę na uniwerek będzie trwać. Większość uczelni będzie przyjmowała jak leci, licząc na pieniądze z czesnych. Dla tych jednak bardziej ogarniętych powstaną studia elitarne, których dyplom będzie wiarygodnym poświadczeniem wiedzy. Po jakimś czasie te „plebejskie” uczelnie stracą rację bytu – bo pracodawcy będą wiedzieć, że ich ukończenie nie sprawia większych trudności i jest w istocie bezwartościowe.

Możemy ewentualnie zostawić, jak jest i nadal narzekać na coraz bardziej spadający poziom edukacji.

Ateizm i inne religie

Internet jest środowiskiem, w którym niczym mantra często powracają pewne motywy, bawiące mnie mniej lub bardziej. Jednym z nich, wręcz  sztandarowym, są flame war’y na kilka stron na tematy religijne. Są one tym śmieszniejsze, że mają one zawsze taki sam przebieg, a na ich potrzeby różnoracy ludzie nagle idealnie wpisują się w określone schematy – zawsze w takiej „dyskusji” jest „racjonalista, co przejrzał na oczy i ujrzał, że Boga nie ma” i „wierzący, który uznaje swą małość i niewiedzę, a wiara daje mu siłę”. Plus jakieś formy pośrednie.

Oczywiście, nie będę tutaj się rozwodził nad samym problemem dyskusji, bo sam bym się wpisał w ten schemat, a przecież chcę go wyśmiać. Zresztą, zapuszczając się głębiej w tę filozoficzną dżunglę, którą już przemierzały setki ludzi mądrzejszych ode mnie, nic nowego bym nie wymyślił, a najwyżej bym się ośmieszył. Chcę tutaj napisać o ludziach. O tym, jak to w ogóle możliwe, że ten temat nigdy się nie starzeje, choć z pewnością opinie i myśli się bezustannie powtarzają, więc wygląda to trochę na jałową robotę. Osobiście nigdy nie spotkałem z przypadkiem, w którym katolik przekonał do swoich poglądów ateistę czy vice versa. Człowiek automatycznie montuje sobie blokadę, która uniemożliwia bycie przekonanym przez oponenta. Blokadę tę może pokonać tylko on sam lub ktoś, do kogo ten ktoś ma wielki szacunek. Tym bardziej więc ta dyskusja jest bezcelowa – nikt nikogo nie „nawróci”.

Ja osobiście wyznaję pogląd tyleż banalny, co nierozumiany przez wiele osób – że kwestia (nie)wiary powinna zostać ograniczona z osobna do duszy (czy alternatywnie – „świadomości”) każdego z nas, a nie być przedmiotem debaty. Bo przy próbach odpowiedzi na te Największe z Pytań, zapuszczamy się w ścieżki tak ciemne i dalekie, że nie pomoże nam żaden przewodnik – sami musimy je przebyć, gubiąc się i potykając. A jednocześnie uzyskana przez nas odpowiedź nigdy nie wyjdzie poza sferę naszych domysłów – dlatego publiczne obnoszenie się z tym, że poznało się Prawdę (przy czym może być Bóg lub jego brak) uważam za przejaw nigdy nieuzasadnionej pychy, a przez to i zwykłej głupoty.

Tym niemniej, gdy już któraś ze stron jest wyśmiewana, to jest to „gwardia Boga”. Być może są oni łatwiejszą ofiarą ze względu na bardziej metafizyczne i „nieracjonalne” podejście. Albo po prostu są oni w mniejszości. Jednakowoż, pomijając kompletnie kwestię, czy ich zapatrywanie ma sens i jest słuszne, jest to strona, którą osobiście darzę większą „sympatią” z dwóch powodów. Po pierwsze, „krucjatowcy” to rzadkość – bo tacy są z góry uznawani za oszołomów i nikt nie bierze ich na poważnie, ogólnie to obciach. Po drugie, pozostali „wierzący” z natury wykazują się większą pokorą i tolerancją, co już jest dużym plusem, bo o ile człowiek, który jest głupi i nikomu tym nie wadzi w niczym mnie nie rusza, ale nic mnie nie irytuje bardziej od barana, któremu się wydaje, że cokolwiek wie i jest lepszy od innych. Poza tym, w przeciwieństwie od wielu ateistów od „BOGA NIE MA, BO NIE MA NA TO DOWODÓW, ODKRYŁEM AMERYKĘ PANIE I PANOWIE”, chrześcijanie zwykle rozumieją prostą rzecz – że wiara w coś z definicji polega na tym, że na to „coś” nie ma dowodów. A jako że dowodów na przeciwny stan rzeczy nie ma również, więc nie pozostaje nam nic innego niż wiara – wiara, że Bóg jest lub że go nie ma. Problemy ze zrozumieniem tego ma z kolei wielu ateistów, których adorują swoje własne poglądy z tego względu, że są takie „racjonalne”, „sensowne” i „dojrzałe” – i w żadnym wypadku nie uznają tego, że na dobrą sprawę, ich ateizm ma tak samo spekulacyjny charakter jak wiara. Dlatego jedyną rzeczą gorszą od wojującego katolika jest wojujący ateista.

Typowy ateista w trakcie dyskusji o religii

I tu dochodzimy do punktu, w którym odniosę się do tytułu, gdzie nazwałem ateizm „religią”. Ktoś kiedyś rzekł: „Ateizm jest religią tak samo, jak niezbieranie grzybów jest hobby”. Cóż, przyznałbym celność tej analogii, gdyby tylko „niezbieracze” grzybów zakładaliby fora i strony o „niezbieraniu” grzybów, na których by pisali rozległe elaboraty, dlaczego lepiej jest nie zbierać niż zbierać, a we wszelkich dyskusjach prowokacyjnie podkreślają swą wyższość i wyśmiewają tych, co zbierają te nieszczęsne grzyby. Oczywiście, całkowicie zdaje sobie sprawę z tego, że dokonuję teraz dużego uogólnienia. Osobiście jednak rozróżniam ateizm, który oznacza całkowite odrzucenie spraw religijnych i niepoznawalnych i koncentrację na swoim życiu doczesnym (ten „ateizm” jest pokrewny agnostycyzmowi i ja sam taki poniekąd wyznaję) od „wojującego” ateizmu – którego wyznawcy podkreślają, że „Boga na pewno nie ma” i że „świat to wyłącznie matematyka, fizyka, chemia i biologia” (jest to cytat co prawda z pamięci, ale autentyczny) tak zażarcie, że nazywanie tego rodzaju ateizmu „religią” uważam za całkowicie uzasadnione. Bo tak samo jak religia, opiera się na założeniu, które jest czysto spekulacyjne – bo nie istnieją żadne dowody, o czym zresztą świadczy fakt, że wielu wielkich naukowców z dziedzin ścisłych i racjonalnych (do których wojujący ateiści mają w zwyczaju odnosić się niemal bałwochwalczo) w Boga jednak wierzyli – bo byli świadomi faktu, że nasza wiedza nie wystarcza (i kto wie, czy kiedyś wystarczy) do wyjaśnienia świata, czego „wyznawcy” ateizmu zdają się nie uznawać. Bo tak samo jak religia, zażarty ateizm opiera się na wierze – do czego, oczywiście, żaden szanujący się „racjonalista” nigdy nie przyzna. „Ateizmianie” (taki mój neologizm, by odróżnić ich od „normalnych” ateistów, bijcie mi brawa) deklarują odrzucenie wszelkich bogów, ale sami czczą swojego boga przyczyny i racjonalizmu – tak samo bezwarunkowo, jak muzułmanie czczą swojego Allaha. Wszystko ma swoje racjonalne wyjaśnienie, a jak nie ma, to na pewno kiedyś się znajdzie i zresztą jeszcze wam będzie głupio, gdy umrzecie i się przekonacie, że was nie ma, głupi chrześcijanie.

Moją katechezą na dziś będzie więc – po co się kłócić o problemy o niepoznawalnej naturze, na które swoimi poglądami i opiniami nie mamy żadnego wpływu – bo nieważne, ilu chrześcijan i ateistów chodzi po tej Ziemie, Bóg dalej będzie sobie (nie) istniał. Mamy przecież tyle tematów do dyskusji, w których możemy sobie powydrapywać oczy i będzie to miało jakiś sens!

Dragon Age II – czyli jak zamordować RPG-a

Sequel gry, która przywróciła wiarę we współczesne RPG-y, już w zwiastunach i recenzjach przejawiała się jako spełnienie najgorszych snów. Wygląda na to, że żaden tytuł nie ucieknie przed masową zgnilizną. Maksymalne uproszczenie, spłycenie, konsolizacja – zapowiadało się, że Dragon Age 2 jest kolejną ofiarą tych okrutnych i nieubłaganych procesów. Wystosowano dostateczną liczbę ostrzeżeń, bym unikał tego splebsionego tworu szerokim łukiem – ale nie mogłem sobie na to pozwolić. Zbyt mnie wciągnął świat i fabuła jedynki, bym mógł teraz sobie tak po prostu odpuścić i nie dowiedzieć się, „co dalej”. Zagranie w dwójkę było moim obowiązkiem – nieważne, jak przykrym. Być może w tym leży powód sukcesów, jakie zawsze osiągają sequele – nieważne, jak są złe, jeśli pierwsza część była dobra. Dlatego grę zdobyłem i poświęciłem jej swój bezcenny czas.

Moje pierwsze spostrzeżenie – święta Petronelo, oni mieli rację. To jest klon Mass Effecta. Tak, mówię to z całą powagą. Klon. Wpływ na to, kim jest nasza postać, jest drastycznie okrojony – mamy w zasadzie z góry narzuconą osobę i jej historię. Nasz udział w dialogach – okrojony. Nasz wpływ na wydarzenia – okrojony. Ekwipunek i rozwój postaci – okrojony, pociachany, zubożony, wszystko po to, by urządzić nam drugiego Mass Effecta. A najgorsze jest to, że żywcem skopiowali to Mass Effectowe „kółko” dialogowe. Litości! Czy naprawdę musicie mnie tym torturować w więcej niż jednej grze? Co sprawiło, że uwierzyliście, że to jest dobre rozwiązanie? Bo nie jest. To najbardziej idiotyczna i irytująca rzecz, jaką zastosowano w grach. Już nie możemy wybierać między 100%-owo jasnymi opcjami – teraz musimy się bawić w „co autor miał na myśli”, dając nam do wyboru opcje „Zastrasz”, „O co chodzi?” i „To dziwne.” I tych opcji oczywiście nigdy nie więcej niż trzy, przy czym „dobra” jest na górze, a „zła” na dole – żeby nam się konsolowcy nie pogubili, wszak ich dobro jest najważniejsze. Oprócz tego, twórcy postawili sobie za punkt honoru, by te opcje NIGDY nie były tak samo sformułowane jak kryjące się za nimi wypowiedzi – nawet jeśli te są tak krótkie, że spokojnie zmieściłyby się w tym kółku. Efekt jest taki, że w zasadzie nigdy nie wiemy, co powie nasza postać, nie mamy właściwie nad tym kontroli. Osobiście jestem przekonany, że często dokonywałbym innych wyborów dialogowych, gdybym wiedział, co się kryje za tymi ogólnikowymi twierdzeniami w tym przeklętym kółeczku. Jednakowoż, jakie to ma znaczenie? Większość dialogów i tak ma taki sam przebieg, niezależnie od wybranych przez nas opcji. Ba, te dialogi są nawet uboższe od tych z Mass Effecta – bo w ME czasem pojawiały się dodatkowe opcje zależne od naszego poziomu „Paragon” lub „Renegade” – idiotyzm, bo idiotyzm, ale zawsze coś. A tutaj? Kompletnie nic. Żadnej perswazji, zapomnijcie – to by było przecież zbyt trudne dla plebsu. A poza tym, przecież za dużo roboty by z tym było, gdyby to jakoś różnicować. Następny etap tej ewolucji – usunąć w ogóle wpływ gracza na dialogi. Konsolowcy będą zachwyceni, wszak samo czytanie jest już dosyć nadwyrężające umysły.

Wielkie zmiany zaszły oczywiście w kwestii animacji walki – wiadomo, przecież dzieci byłyby zniesmaczone ich mało efektownym wyglądem z pierwszej części. Teraz nawet jako mag machamy kosturem jak mistrz sztuk walki, ciach, rach, bam, eksplozja, posoka się leje, ale fajnie. OK, nie będę już mówił, że to źle – ale istniało tyle ważniejszych rzeczy wymagających poprawy, a te animacje zapewne potraktowano priorytetowo. A te priorytety wyraźnie się dla twórców zmieniły. Po sukcesie jedynki ubzdurało im się, że jeżeli przystosują drugą część do casuali, jak tylko się da, to na pewno odniosą sukces! Wszak Mass Effect odniósł sukces, więc zróbmy drugiego Mass Effecta!

BioWare powinno dokonać wielkich czystek w dziale marketingu. Wszystko mówią drastycznie niskie oceny dawane przez graczy. Zastanawiam się, co im siedziało w głowie? Czy im się wydawało, że target ME i DA jest ten sam? Otóż nie jest. I nie mam pretensji do Mass Effecta za to, że jest Mass Effectem – ale mam pretensje do Dragon Age II, bo zabili jednego z ostatnich przedstawicieli wymierającego gatunku RPG.

Nawet tak banalną rzecz jak romanse dostosowano do „masowych” potrzeb. Mamy przecież epokę fałszywej tolerancji – z tej okazji cztery na pięć możliwych „obiektów romasowania” są biseksualne. Oczywiście. Wiadomo, że biseksualiści stanowią 80% – i niech Biedroń ma w opiece każdego, kto uważa to za szczyt głupoty.

W zasadzie mógłbym w tym momencie walnąć zakończenie i zapomnieć o wszystkim. Wszak w pierwszych godzinach gry z lubością wyobrażałem sobie masakrę, jakiej dokonam na DA2 na blogu. Ale to by nie było fair. Ponieważ wciąż grałem. Nie z musu. Chciałem grać. Widocznie chyba istniał jakiś powód ku temu. Nie ma co ukrywać, że pod względem formy Dragon Age zmienił się na gorsze. Uproszczone dialogi, rozgrywka, zarządzanie ekwipunkiem. Sam poziom trudności zakrawa teraz na kpinę. Na poziomie normalnym w ciągu całej gry zginąłem trzy razy. Trzy. Przy czym raz wtedy, gdy z lenistwa chodziłem sobie w niepełnym, 3-osobowym składzie i wpakowałem się w ciężką walkę. Co mi nie przeszkodziło zresztą potem tą samą, niepełną drużyną pokonać dojrzałego smoka – które w pierwszej części były zawsze wyzwaniem. Więc jeśli umiecie obsługiwać myszkę i klawiaturę w stopniu podstawowym – śmiało sięgajcie po trudny poziom. Te niższe przeznaczone są konsolom.

Ale w RPG-i nie gra się po to, by ginąć dużo razy. W RPG-i gra się dla fabuły i uniwersum. A uniwersum wszak się nie zmieniło – dalej jest rozległe, przemyślane i świetne. Fabuła natomiast… również stoi na wysokim poziomie – wbrew temu, co agitują hejterzy. Rzecz jasna, mają co hejcić, ale trzeba zachować umiar i sprawiedliwy osąd. Historia w Dragon Age’u 2 jest ciekawa i przykuwa do monitora. I nawet obyło się bez ratowania świata – scenarzyści ograniczyli się do ratowania miasta. A fanatycy erpegów dostaną także dużo tekstu do czytania – jeśli tego sobie życzą. Poza tym, BioWare nie zawiodło po raz kolejny w tym, w czym jest mistrzem – w kreowaniu postaci. Są przekonujące, specyficzne i charakterystyczne. To nie są jakieś modele, które od czasu do czasu powiedzą coś bez znaczenia – można ich autentycznie polubić lub nie, mogą nas rozbawić lub zirytować. Co prawda, i w tym BW popada w pewne schematy (np. Merrill, która jest co najmniej częściowo kalką z Tali z ME), ale trzeba otwarcie przyznać, że jest to jeden z elementów gry, na którego narzekania są najmniej uzasadnione.

Podsumowując – z jednej strony nie ulega wątpliwości, że nowy Dragon uległ splebsieniu w stopniu wręcz niemiłosiernym. Jednego z najlepszych RPG-ów ostatnich lat przerobiono na papkę dla casuali. Z drugiej strony, te 45h grania przeminęło w kilka dni – połknąłem ten tytuł niczym pelikan świeżą rybkę. Moje uczucia wobec niego są więc nieco ambiwalentne. Dragon Age 2 jest niczym rozdarta sosna z „Ludzi bezdomnych” – forma (tj. gameplay, poziom trudności, dialogi) zostały dostosowane do masowego odbiorcy, który chce dań lekkostrawnych, któremu pasują twory płytkie i uproszczone do granic możliwości – treść natomiast, czyli fabuła i uniwersum, nadal jest przeznaczona dla dojrzałego gracza, który ceni sobie ciekawą historię i ogólnie stare, dobre RPG-i. Cieszą mnie jednak bardzo te bardzo niskie oceny dawane przez graczy na różnych portalach – bo może one uświadomią twórcom, że obrali niesłuszną drogę. Że ten sequel jest krokiem w niewłaściwą stronę. Że należy powrócić do „korzeni”. Bo to, co zrobili drugiej części Dragona – to mogą robić Mass Effectowi czy innym grom, które poziomem świata i fabuły pasują do Hollywood i gimnazjum. Ale ręce precz od jednej z ostatnich (obok Wiedźmina) nadziei współczesnych RPG-ów!

I jak w trzeciej części nie oddadzą mi Bohatera Fereldenu, to się wkurzę.