Fryderyk Bastiat „Co widać i czego nie widać”

Wydaje mi się, że gdyby to była tak lektura szkolna, w związku z czym każdy przeczytałby to dzieło (i zrozumiał), to udałoby się znacznie zmniejszyć odsetek bzdur pieprzonych nie tylko przez przeciętnych ludzi, ale także przez nasze – pożal się, Boże – „elity” polityczne.  Ale może to tylko moje złudzenie? Wszak kiedy ja to czytam, to wszystko to wydaje się mi oczywiste – a potem okazuje się, że inni ludzie jak pewnych rzeczy nie potrafili załapać, tak nie potrafią.

Tak czy inaczej, lekturę polecam – a jak ktoś ma wstręt do czytania (jak ja poniekąd, nie potrafię czytać zbyt długo, bo mam problemy ze skupieniem się na jednym przez dłuższy okres), to ogólne streszczanie idei przez szanownego Mnie rozpoczyna się teraz: Bastiat zawiera w tym dziele pewną bardzo istotną myśl – na pozór banalną. Otóż miażdżąca większość ludzi widzi tylko to, co widać – jakkolwiek truistycznie to nie brzmi.
Albowiem ultraordynarnie afirmuję Pańskie racje, panie Profesorze.  Piszesz to dla robotów czy dla ludzi, czy dla kogo? Napisz tu „spoko” i może to puścimy dalej.
Obok tego, co widać jednak, jest jeszcze to, czego nie widać – i te rzeczy czy zjawiska mają nie mniejsze znaczenie, jeśli nie większe. Ludzie potrafią zobaczyć tylko bezpośrednie i widoczne skutki danych działań – wynika to z tego, że wzrok ma niemal każdy, ale prawdziwy rozum i wyobraźnię już zdecydowanie mniej osób. To, co jest odległe w czasie albo jest niewidoczne (ponieważ zwykle polega na braku czegoś) jest niedostrzegane i przez to kompletnie niebrane pod uwagę. Prowadzi to do płytkiego i, rzecz jasna, błędnego myślenia, a jako że w demokracji nie liczy się to, kto ma rację, a ilość popierających dany wybór, to skutki można sobie łatwo wyobrazić.

Przykłady to rozjaśnią – podatki istnieją prawie od zawsze i są niemalże wszędzie, więc jesteśmy do nich przyzwyczajeni i, świadomie czy podświadomie, nie traktujemy ich jak własnych pieniędzy. Kiedy więc państwo część z tych pieniędzy przeznaczy na np. dotację jakiegoś teatru, ludzie zwykle cieszą michę, bo podoba im się to, co widzą – i na nieszczęście nie widzą tego, czego nie widać. Nie widzą pieniędzy w zamian „znikniętych” z ich portfela – bo ich nie ma. Nie widzą więc zarazem tego, co mogliby kupić za te pieniądze – lub tego, że mogliby własnoręcznie „zadotować” sztukę, wybierając się do teatru. Nie widać też tego, co inni ludzie mogliby kupić, zainwestować lub w inny sposób wykorzystać te pieniądze z korzyścią nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich – bo tego nie ma, to tylko sfera domniemań i przewidywań. Analogicznie jest ze wszystkimi innymi „inwestycjami” podejmowanymi przez władze – jak miasto zbuduje basen miejski, wszyscy są zadowoleni – bo nie widzą tego, że za 10 lat basen upadnie z powodu nierentowności, gdyż nie został zbudowany dla zysku, tylko dla zdobycia paru głosów w najbliższych wyborach. Albo, co jeszcze gorsze – zamiast pozwolić mu upaść, miasto będzie cały czas dopłacać do interesu. Tego to już nie widać w ogóle i już odpowiedni ludzie się postarają, byśmy nie zobaczyli.

Cały czas wydawało mi się, że powyższe rzeczy są banalnymi prawdami nie tylko dla ekonomisty (jestem ekspertem w dziedzinie, potwierdzam – nie są), ale dla każdego po prostu rozsądnie myślącego człowieka. Na serwisie Wykop na stronie głównej znalazło się jednak to:

http://www.wykop.pl/link/605095/solpark-pod-belchatowem-kosmos-w-srodku-pola/

Dla tych, którym się nie chce czytać i tak krótkiego tekstu – jakiś koleś (rzecz jasna, nie dziwny) wyraża zachwyt z powodu nie tak dawno zbudowanego wielkiego kompleksu rekreacyjnego w małej miejscowości Kleszczów pod Bełchatowem. Zbudowanego za publiczne pieniądze. Dla tych, co nie opanowali mistycznej sztuki czytania ze zrozumieniem – „publiczne” to najważniejsze słowo z trzech ostatnich zdań, które tutaj napisałem. Jakby ktoś walnął gigantyczną galerię na 100 hektarów, wykonaną całą ze złotą – to by mnie to nie obchodziło, jeśli byłoby to z prywatnych pieniędzy.
Heh, albo jak Dzieciątko Chrystus w tej, w Świdnicy.

„Mona Lisa”

Oficjalne zdjęcie z momentu podjęcia decyzji o budowie Basenu - schetyna

Ba, nawet by mnie to cieszyło – pooglądałbym coś fajnego, zanim by to oczywiście nie upadło. To jednak powstało z pieniędzy gminy, pieniędzy, które powinni być przeznaczone na dobra wspólne i potrzebne, choć niekoniecznie (w zasadzie to rzadko) opłacalne – drogi, ochrona środowiska, utrzymanie czystości, służby porządkowe itp. Powstał jednak wielki, kompletnie nieprzystający do popytu moloch, który nie ma na celu zresztą generowania zysku, jak wspomniałem – tylko przysporzenia popularności tym, co go wybudowali (za nie swoje pieniądze!). I tak Rozsądnego Człowieka, zwłaszcza zamieszkałego w tej mieścinie, powinien szlag trafić – ale okazuje się, że Rozsądny Człowiek będzie osamotniony w tych pretensjach. Bo przecież kompleks widać. Widać także tłumy, które póki co doń schodzą, w wyniku zadziałania ludzkiej ciekawości, która sprawia, że wszyscy chcemy zobaczyć to cudo. Nie widać natomiast tego, że za 3 lata kompleks będzie zapewne już nierentowny – jeżeli już nie jest. Zresztą, nawet gdyby był rentowny, to państwo nie jest od prowadzenia działalności gospodarczej, do ciężkiej cholery! Kapitalista w 99% przypadków zrobi to lepiej –  a wynika to w prostej linii z ludzkiej natury, w której leży szczególniejsze dbanie o swoje. A Ci urzędnicy, którzy za tym stoją, nie operują swoim – dlatego też są zdecydowanie bardziej skłonni do rozrzucania kasy na lewo i prawo. Odnosi się to zresztą do całej gminy Kleszczów – najbogatszej gminy w Polsce, która czerpie bardzo dużo pieniędzy ze znajdującej się w pobliżu kopalni węgla brunatnego i elektrowni. Skarbiec pełny – można więc szaleć! Przypadki niewiarygodnego wręcz czasem marnotrawienia środków w tejże gminie można mnożyć – i wszyscy są zadowoleni. Zadowolone są władze, które zyskują na popularności wśród plebsu i zadowolony jest plebs, który dostaje chleb i igrzyska. Idealna symbioza, można by rzec – która zostanie brutalnie przerwana, gdy tylko nadejdą cięższe czasy. No, ale przecież tego nie widać – bo to przyszłość. Wtedy dopiero zabraknie tych inwestycji, które były potrzebne w istocie i powinny zostać podjęte przez samorząd – a przede wszystkim zabraknie ludziom tych pieniędzy, które teraz są im zabierane i marnowane. Ale cóż…

 

Po nas choćby potop! Ważne jest to, że mamy teraz zjeżdżalnię na 100 metrów, kurwa! (Tutaj nieścisłość, zjeżdżalnie pojawiły się po śmierci tego pana - przyp. schetyny)

Inny wybitny, XIX-wieczny myśliciel Aleksy de Tocqueville napisał: „Amerykańska demokracja przetrwa do czasu, kiedy Kongres odkryje, że można przekupić społeczeństwo za publiczne pieniądze.” Niestety, mylił się. Po pierwsze – to nie dotyczy tylko amerykańskiej demokracji. Po drugie – władza odkryła tę możliwość już dawno i notorycznie ją wykorzystuje – a demokracja wciąż trwa i trwa, ku szkodzie nas wszystkich (nieuświadomionej w większości przypadków).

Jeszcze inna sprawa – tak się złożyło, że bloger Kominek napisał na powiązany temat:

http://www.kominek.in/kominek.in.za.pieniadze.podatnikow,artykuly,437.htm

Można zauważyć w tym wpisie takie samo rozumowanie, które tutaj krytykuję. Trzeba przyznać panu Kominkowi, że przynajmniej jest na tyle inteligentny, by nazwać pieniądze z podatków „niewidzialnymi”. Nie jest jednak na tyle inteligentny, by zauważyć, że na tym właśnie polega problem. Zresztą, jak on sam to przyznaje, ma to wszystko gdzieś, bo ma swoją ponadprzeciętnie wypełnioną michę, więc jest zadowolony. Niestety, nie jest skłonny zauważyć, że nie każdy jest w tak komfortowej sytuacji – dlatego każda zmarnowana czy rozkradziona przez państwo złotówka boli takiego kogoś znacznie bardziej. A może inaczej – ma w dupie takich ludzi. Przynajmniej się z tym nie kryje, co się bardzo chwali. Poza tym, jego podatki nie bolą, bo każda taka beznadziejna inicjatywa ze strony państwa to w przeliczeniu kilka groszy na każdego obywatela. No tak. Suma zbyt mała. Nie widać jej.

I nie, nie jestem za tym, by w zamian dawać tę kasę ubogim czy emerytom, panie Kominku.

P.S. Niestety, po długiej i zażartej walce musieliśmy ogłosić kapitulację – nie udało się zrobić tak, by uwagi schetyny (haha, Jezu, co za nick) były innym kolorem również w podpisach obrazków. Rozwiązałem to w bardziej prymitywny sposób.

Reklamy

„Kocham zwierzęta i dlatego lubię je zabijać”

Z czego to cytat?

Ostatnio odnoszę usilne wrażenie, że niektórzy ludzie kochają za bardzo. I nie, nie mam na myśli tego, co myślicie, że mam na myśli. Po prostu bardzo modne jest kochanie zwierzątek. Bronienie zwierzątek. Ratowanie zwierzątek. Nie jem mięsa, bo zwierzątka cierpią. Nie noszę futer, bo zwierzątka cierpią. Nakłaniam wszystkich do pomocy w jakichś ruchach obrony zwierząt.

Kurwa mać. Mało na tym świecie problemów, by zajmować się jakimiś jebanymi zwierzętami?
Noooo no no, tooo jest przesada. To idzie do śmieci. Wywalamy tę planszę. Nie ma kurwa tej planszy.[przyp.- właściciel blogu]

Jakiś czas temu miało miejsce przestępstwo – grupa pijanych kolesi zabiła psa, przywiązując go do zderzaka samochodu. Z racji wyjątkowej brutalności tego postępku i jego nagłośnienia przez media, stał się on ostatnimi dniami cause célèbre w naszym kraju. I nastąpiła istna erupcja oburzenia, reakcyj i opinii w stylu: „Ja to bym tych skurwieli obdarł ze skóry i na głębokim oleju usmażył”. Gmin w natarciu.

Żeby było jasne – sam jestem za jak najsurowszym ukaraniu tych ludzi, jak i popieram również postulat zaostrzenia kar za znęcanie się nad zwierzętami. Robię to jednak ze zgoła innych powodów niż większość jazgoczących, którzy plują swym jadem, by zademonstrować wszystkim, jacy to są wrażliwi na los zwierząt. Bo, wbrew temu, co sądzą co poniektórzy, zwierzę to nie jest istota równa człowiekowi.

Mam cię zabić za te słowa? Mam? No to przestań. Ludzie to zwierzęta, bo chyba kurwa nie kwiaty. Koleś serio dziwny.

To istota niższa i mniej wartościowa (zakładając, że sam człowiek jest w ogóle coś warty). Zabójstwo zwierzęcia to nie to samo, co zabójstwo człowieka – i nie powinno być tak samo karane. A co do często stosowanego argumentu ad misericordiam – zwierzę na pewno nie odczuwa bólu na takim „poziomie”, jak my. Wszak ból i tak jest tylko i wyłącznie wytworem naszego układu nerwowego – który chyba jest mniej rozwinięty u zwierząt, że nie wspomnę o wpływie świadomości i samoświadomości, którą posiada tylko część zwierzaków.

Nie twierdzę oczywiście, że w takim układzie znęcanie się i zabijanie zwierząt jest dopuszczalne. Ja tam osobiście lubię zwierzęta – bardziej niż lubię większość ludzi. Przynajmniej nie udają mądrzejszych, niż są. A zaostrzenie kar postuluję z powodów stricte praktycznych – otóż trzeba jednak mieć mimo wszystko coś nie tak pod kopułą, by znęcać się nad istotą żywą w taki sposób. Dlatego te kary stanowiłyby całkiem niezły odsiew patoli z społeczeństwa.

A od strony moralnej – wali mnie to. Skatowany pies obchodzi mnie o wiele mniej niż głodujący Murzynek z Afryki – a wiedzcie, że mam w dupie tego Murzynka.
Słuchaj, to też trzeba wypierdolić, bo wiesz, kto się może do dupska dobrać. Wyjeb to i wstaw baner Grimpisu.
Nie rozumiem ludzi (a może raczej – trudno mi ich nie brać za hipokrytów), którzy poświęcają krocie swego czasu na walkę z przemocą skierowaną przeciw zwierzętom, jakby nie zauważając, że równie tyle przemocy skierowana jest przeciw ludziom, a w ogóle i tak otaczają nas setki ważniejszych problemów. Rozumiem, jak ktoś daje upust swojej wrażliwości, ale niech nie czyni ze swojej aktywności nie wiadomo jak pięknej i pożytecznej idei. Faktem jest, że człowiek rządzi tą planetą, podporządkowujemy sobie florę i faunę – i to jest słuszne. Niektórzy chyba nie zdają sobie sprawy, ile cierpienia człowiek sprawił zwierzątkom, by być na tej pozycji, co jest (i ile cierpienia te zwierzątka sprawiły zwierzątkom niższym w hierarchii). Natura, kurwa.

Ten pan się kłania

Nie ma co cofać ludzkość do ery kamienia łupanego (ach nie, przecież wtedy polowali na biedne mamuty). Wykorzystując zwierzęta, uzyskaliśmy rzeczy, bez których nie wyobrażamy sobie życia, dzięki eksperymentom na zwierzętach (nierzadko brutalnych) dokonaliśmy wielu odkryć i ocaliliśmy wiele istnień ludzkich. Opowiadanie się przeciwko temu to głupota.

No dobra, ale miało być o patolach. Jeszcze jedna sprawa, swego czasu również bardzo głośna…

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,8872992,_Kto_jest_wiekszym_hardkorem__kot_czy_kotobojca__.html

Bez filmu, bo trudno go znaleźć, zresztą niepotrzebny, bo wystarczy opis. Ktoś na YT wrzucił filmik, na którym małe dziecko znęcało się nad kotem. Po dochodzeniu policja stwierdziła, że autorem filmu jest 15-latek. Chyba łatwo można się domyśleć, czego domagał się plebs.

LINCZ, KURWA!

Ekhm… rozumiem, że komuś Złość i Wielkie Oburzenie, a także Potrzeba Zademonstrowania Wszystkim Swojego Człowieczeństwa i Wrażliwości Na Krzywdę Innych Istot może przesłonić oczy, ale przypominam o wieku sprawców – dzieciak na oko 3 lata, pan kamerowy 15 lat (czyli jeszcze głupszy). Naprawdę, lepiej najpierw się zastanowić, co się samemu robiło w takim wieku. Ten kot nie jest wart niszczenia życia jakimś głupim dzieciaczkom. W pierwszej kolejności powinno się oczywiście ukarać rodziców, którzy wzięli się do czegoś, z czym chujowo sobie radzą. A oni już odpowiednio powinni zająć się sprawą ukarania dzieciaczków, gdy już wrócą z rozprawy sądowej.

Heh, tak w ogóle aż się przypomina piosenka Kaczmarskiego…

Właśnie, jak wiele zawdzięcza ludzkość męce kota, jak i wielu innych stworzeń. Nie dajmy się zwariować.

Aaa, jeszcze jedno – wegetarianie. Tego to już pojąć się nie da. W sensie okej, rozumiem tych, którzy mają psychiczną blokadę przed jedzeniem czegoś, co kiedyś hasało po polach. Każdy ma jakieś słabości. Ale już dorabianie do tego jakiejś ideologii i przekonywanie do tej głupoty jeszcze innych… A już najlepsze, kiedy stosują wegetarianizm wybiórczy – np. protestują przeciw kierowaniu koni do rzeźni. Jakby koń to było coś lepszego od krowy czy świni. No tak, przecież koniki są takie ładne i można na nich jeździć, a świnia śmierdzi i sra pod siebie, jak takie coś można lubić.

Oto lista rzeczy, które się produkuje przy użyciu surowca pozyskanego z krowy. Jeśli jesteś wegetarianinem, to albo rezygnujesz z nich wszystkich, albo jesteś hipokrytą.

P.S. Jak pewnie zauważyliście, mój wspaniały wpis został w niektórych miejscach zakłócony przez jakieś idiotyczne wstawki. Są to uwagi Mojego Drogiego Kolegi (na blogu ma nick „schetyna”, haha, jak on to kurwa wymyślił), który będzie mi pomagał w tworzeniu bloga. W sensie, na pewno nie, ale dałem mu jakieś uprawnienia, może będzie zabawnie. Jego teksty są innym kolorem, więc możecie łatwo i szybko zobaczyć, które fragmenty wpisu możecie zignorować.

Creepypasta – Boże, jakim przerażon

Średnio 10 wejść dziennie – w sumie to nie wiem, czy to dużo jak na początek, ale już dawno połowa narodu powinna mi spijać z ust, a nie. Mój drogi kolega napisał o tym moim projekcie: „jakby krowa pomyślała, że jak wytarza się we własnym gównie, to będzie wyglądać jak kopiec ziemi i to by było zajebiste, to by miała lepszy pomysł niż z tym blogiem”. On ma nie mieć racji.

Nie chcę się powtarzać, ale to zrobię – Internet jest pełen bardzo ciekawych rzeczy, jeśli tylko umie się szukać – i odpowiednio dopatrywać się głębszych zagadnień w danej sprawie. Nic innego nie zapewnia tak łatwego i otwartego wglądu w jakąś społeczność, przetestowania i przebadania jakichś reakcji, możliwości ogólnej analizy opinii czy zachowania ludzi.

Rany, zaczynam już gadać jak jakiś jebany Freud.

Więc już solidny kawał czasu temu mój drogi kolega (ten sam, co w przedmowie – kurde, jak dumnie to słowo brzmi) wysłał mi to:

http://i.imgur.com/Dr9nr.jpg

Podobno shitbrix na końcu powinien Was zwalić z krzesła, ja tam nie wiem. Nie ruszyło mnie to specjalnie, ale pomysł ciekawy. Ciekawy na tyle, że zagłębiłem się nieco w ten temat i tak oto odkryłem creepypastę. Ogólnie rzecz biorąc, są to filmiki, zdjęcia i opowiastki, które mają poprzez swoją schizowość Cię nastraszyć – coś w rodzaju tych strasznych, ogniskowych opowiadań. Kto oglądał „Czy boisz się ciemności?” w dzieciństwie, ten wie. Generalnie ich wartość literacka jest znikoma, że tak zastosuję eufemizm do „są ogólnie dosyć śmieszne, żałosne i fabularnie biedne”. Czasami jednak niektóre, mimo swojej absurdalności i niewiarygodności, wzbudzają w nas niepokój, zwłaszcza w odpowiednich warunkach (pusty, ciemny pokój). Weźmy np. historię pt. „Binarne DNA”.

http://www.paranormalne.pl/index.php?s=dcfda7cf61412577bf1d91cb981d0124&showtopic=22907&view=findpost&p=382955

Podchodząc do tego czysto racjonalnie – to „opowiadanie” nie może wzbudzić niczego poza szyderczym śmiechem. Zwłaszcza dla kogoś, kto choć trochę zna się na informatyce – lub przynajmniej myśli rozsądnie. A jak się to przegląda z kimś jeszcze, to można powybierać co lepsze kawałki i mieć z nich ubaw. „Horror”, co najwyżej małe dzieci przestraszy.

No dobra, ale teraz jedno pytanie, i proszę o szczerą odpowiedź, udzieloną z ręką na sercu. Czy jeśli po przeczytaniu tego sprawdziłbyś pocztę, a w skrzynce ujrzałbyś maila z załącznikiem „BarelyBreathing.exe”… otworzyłbyś?

No i właśnie. Dlaczego tak się dzieje? Przecież każdy, kto ma więcej niż 12 lat, nie powinien wierzyć w takie bzdury. I zresztą zapewne nie wierzy. A jednak strach przed tym kompletnie niemożliwym, nieracjonalnym istnieje. I wpływa na nasze zachowanie. Dlaczego zapewne żaden z nas nie potrafiłby przemierzać opuszczonego, starego domu w środku nocy, gdzie podłoga skrzypi i wszystko jest pokryte pajęczyną, bez niepokoju czy przerażenia nawet? Przecież to pewne, że nie istnieją żadne duchy, demony, poltergeisty, zombie czy co tam jeszcze. Być może istnieje jakaś siła, o której istnieniu jeszcze nie wiemy. Ja osobiście zakładam, że bardzo dużo nie wiemy jeszcze o otaczającym nas świecie – mimo że niektórzy sądzą, że już prawie wszystko (tak sądzili w zasadzie w każdej epoce). Wiemy jednak, że w rzeczywistości nic nam nie grozi (zakładając, że w opuszczonym pokoju nie grasuje psychopatyczny morderca). Czemu się więc boimy? To trochę jak z arachnofobią – przecież już dziecko wie, że mały pajączek nie jest kompletnie w stanie wyrządzić nam krzywdy – a jednak ja osobiście się boję, jak wielu ludzi. Czy to jest jakiś błąd, niedoskonałość naszej psychiki – czy może Natura miała jakiś cel w wykształceniu w nas tego na drodze ewolucji?

Weźmy coś innego – filmik pt. „suicidemouse”.  Sam w sobie jest on co najmniej… dziwny

…a jeśli jeszcze doprawimy to jakimiś „tajemniczymi” objaśnieniami, wg których np. film został stworzony przez Walta Disneya w latach ’30 i był używany do torturowania więźniów – to możemy odpowiednio nakręcić naszą psychikę i obudzić swoje irracjonalne lęki. A czym w zasadzie jest tym filmik? Zapętlona animacja przedstawiająca Myszkę Miki idącą chodnikiem. W tle jakaś chaotyczna melodia, a potem jakieś krzyki. I jeszcze później jakieś rozmycie czy chuj wie co. To wszystko. Nawet porządnego screamera nie ma. Słabizna.

A mimo to mój drogi kolega powiedział, że jeśli by został zmuszony do oglądania tego, będąc w ciemnym, pustym bunkrze, to oszalałby po minucie. Pewnie przesadzał, ale kto by tam zwracał na to uwagę. I znów to samo pytanie – dlaczego? No już naprawdę – filmik nas chyba nie zabije. A jednak nie jest to filmik, który chciałoby się obejrzeć w domowym zaciszu po północy. A przecież wszystkie te fobie to wytwór tylko i wyłącznie naszej wyobraźni. Fobie, które znakomicie obśmiał niejaki kitty0706 swoją drogą:

Ciekawe zagadnienie – kolejny materiał na magisterki czy doktoraty. Kocham Cię, Internet!

Żeby nie było, że creepypasta jest w zasadzie kompletną stratą czasu, bo niczego pożytecznego się nie nauczymy – można się dowiedzieć ciekawych rzeczy czy poznać historie, które być może posiadają nawet śladowe ilości faktów. Na przykład to:

http://www.eioba.pl/a70858/the_hands_resist_him_przekl_te_malowid_o

W skrócie – jakiś koleś namalował obraz, który symboliką nawiązywał do koncepcji nieświadomości zbiorowej Junga. Obraz na tyle klimatyczny, że podobno wywołuje jakieś nietypowe reakcje u ludzi. Zastanawia mnie, na jakim etapie zaczyna się fikcja – czy od samego wystawienia obrazu na aukcji razem z ostrzeżeniem o jego nietypowych właściwościach – czy może to akurat jest prawda, a siła autosugestii dopełniła reszty. Bo jeśli naprawdę coś sobie wmówimy, to efekty mogą być bardzo wyraźne – od uczucia strachu i koszmarów poczynając, na halucynacjach kończąc. Zależnie od człowieka zapewne.

Właśnie teraz powinieneś zesrać się ze strachu.

Czy to prawda, czy też nie – obraz naprawdę robi wrażenie. Chyba jest po prostu dobry. Na tyle dobry, że skłonił mnie on do pewnej refleksji, którą zawarłem (czy przynajmniej się starałem) w wierszu swojego autorstwa:

Choć nie wiem, jakie dusz ludzkich zajmuje połacie
wspólny rewir
Piszę z tego, co stanowi o istocie postaci
– myśli i trzewi
Gdy czasem mózg uwalnia się z pętów
dziennego schematu
Dziwna oczywistość wyłania się z kręgów
dziwnego tematu
Gdy ocierając się o świadomości kres
wewnętrzną rozmową
Zdajesz sobie sprawę, że ta postać w lustrze jest
naprawdę TOBĄ?
Że z morza, co kryje naszego ego lodową górę
pod warstwą lica
Część z tego, co przed obcym odgrodzone murem
to nie tajemnica
Czuję wtedy, jakbym swoimi wodził palcami po
poznania granicach
Jak cała Istota uniwersum tego jest mną
jak w drzewie żywica
Bo tylko ja jestem, domem – moich myśli gród
z ostrokołem groźnym
A jedynym kompanem kukła o stawach ze śrub
i oczach próżnych
I jeszcze te dłonie – jaki sekret, co go strzegą,
się ujawni w słońcu?
Nie wiem, czy chcę wiedzieć – bo boję się tego
co na ramion końcu
Więc samym zostanę – i jaźń ma zaklęta
w szkatułce ciasnej
I rozpacz daremna – bo niezniszczalne pęta –
zgrozo – tylko „własne”!
Kto mi odpowie na me pukanie z wewnątrz
Wpuści gwiazdę dzienną?
Komu mogę rzec: „Wieko skrusz! Z resztą zjednocz!”?
Chyba śmierci jeno…

Ilość sylab w wersach leży, rymy czasem też – no ale Juliusz Mickiewicz ze mnie żaden.

Ileż w ludziach bezpodstawnej nienawiści!

Tak jak pisałem wcześniej o tym, że ludzie lubią mieć swoich „nienaruszalnych” idoli, tak teraz będzie o tym, jak lubią mieć obiekty, w których lokują nienawiść. A lubią mieć, oj lubią. Zapewne ma to jakieś socjobiologiczne uzasadnienie, ba, może nawet kiedyś je poznam – w końcu poszedłem na te studia, by dowiedzieć się czegoś ciekawego. Pewnie ma to związek z tym, że posiadanie wspólnego wroga (jak i idola) scala grupę – a my, ludzie, jesteśmy zwierzętami stadnymi i lubimy być w grupie – więc razem zgodnie kochamy i nienawidzimy.

Piszę o tym, gdyż każdy, kto ma oczy i umie czytać, może z łatwością dostrzec, że ostatnimi czasy internetowa społeczność z wielką lubością upatrzyła sobie jeden, konkretny „obiekt do hejcenia”. Mowa tu o pewnym, kanadyjskim wokaliście – i nie, nie chodzi mi o Jona Lajoie, gdyż jego nie da się nie uwielbiać (chociaż ostatnio obniżył nieco loty) – a o pana Justina Biebera. Krótka lekcja historii dla niezorientowanych – jakieś 2 lata temu chłopaczek tak mały, że jeszcze nawet syfów nie miał, został zauważony na serwisie YouTube. Chłopaczek ogólnie zamieszczał filmiki, na których wykonywał współczesne (s)hity, akompaniując sobie na gitarze. Jako że śpiewać chłopaczek umie, a i instrumenty różnorakie to dlań nie pierwszyzna, dosyć szybko zrobił furorę. Furorę tak wielką, że zainteresowały się nim naprawdę grube ryby, że tak powiem.

I do tego momentu wszystko było ładnie. Ludzie jeszcze nie zwęszyli ofiary, więc zazwyczaj o swobodnej działalności Justynka wypowiadali się pozytywnie, jeśli nie w superlatywach. Oto przykłady wypowiedzi jeszcze z połowy 2009 roku, wzięte z jakiegoś plebejskiego forum, które czyta moja siostra (no bo przecież nie ja):

Ostatnio znalazłam na youtube pewną piosenkę, chłopaka Justina Bieber’a i się zdziwiłam.
Poszukałam trochę po necie czegoś o nim i dowiedziałam się że ma 15 lat…
Jak dla mnie chłopaka z takim głosem powinna znaleźć jakaś porządna wytwórnia płytowa.
Co o nim myślicie?

Sluchajciee ja jak go wysluchalam bo moja koleżanka mi go pokazala to ja się aż poplakalam.. TAki cudny chlopakkk i z pięknym glosem. Spójrzciee jak czytalam trochee znalazl go nie jaki Usher [czyt. aszer] z klipów na you tube. Nie jest jak narazie popularny w Polsce ale jak bd go puszcząć na Vivie to każd adziewczyna się w nim zakocha tak jak ja. Jest taki prrzystojny . Po prostu zakochać się i umrzeć

(no dooobra – nie powinienem powoływać się na opinię osoby, która na oko jest 12-latką)

Dobra, przyznam, że zainteresowanie takimi filmikami mogły wykazać osoby raczej poniżej 16 lat, więc nie mamy czystej sytuacji badawczej – ale mniejsza z tym. Ważne jest to, co się stało potem, mianowicie gdzieś tak na przełomie 2009/2010. A sytuacja zmieniła się diametralnie. Diametralnie zmieniło się życie młodego Kanadyjczyka, który zdobył sławę, pieniądze, zaczął nagrywać profesjonalne utwory i współpracować z gwiazdami szołbizu, i równie diametralnie, co rychło zmieniły się opinie o nim. Oto cytaty z okresu Nowego Świata, w którym Justin Bieber jest gwiazdą – i tym razem uczciwie wyselekcjonowałem wypowiedzi, wybierając te autorstwa osób pełnoletnich:

dla mnie to kolejny śmierdzący komerą wyrwor disneya które kiedyś zajmowało sie bajkami a tereaz zajmuje się promowaniem plastikowych gwiazdek dla dzieci. To kolejny zgniłe jabłko obok jonas brothers
dlatego mojej 7 letniej siostrzenicy zabraniam tego słuchać i teraz zamiast tego disneyowskiego ścierwa słucha KISS, In Flames, Ill Nino i AC/DC

Taaa, po twojej ortografii jest jasne, że słuchanie ,,Justinka ;***” <blee> poważnie uszkodziło ci mózg. Jestem jedną z jego antyfanek i walczę z takimi jak ty, pustymi nastolatkami, które go lubią i staram się nabić im nieco rozumu do głowy (jak z resztą 9/10 społeczeństwa Polski). Antyfani łączmy się!

Podziwiają go same gimnazjalistki, którym wydaje się, że słuchają „dobrej” muzyki, bo nigdy takowej nie słyszeli. :) …I dobrze. Dobrą muzyką rozkoszujmy się my. ^^
A i jeszcze dlatego, bo reszta koleżanek słucha. No przecież. A potem jakie to one wszystkie są „wyjątkowe”. :)
Bo po co mieć swój styl, nie?

Słyszałem o nim pół roku temu i nie słyszałem jeszcze żadnej jego piosenki, ale wiem, że mam go nienawidzić 😉

No, to ostatnie to akurat nie hejter – ale koleś ładnie ukazał, jak to działa :). Oprócz wypowiedzi mamy jeszcze różnorakie „akcje” np. 4chana, czy jeszcze jakieś demotywatory czy komixxy, gdzie Bieber urósł do rangi motywu. Przykładów więcej chyba nie trzeba, bo każdy, kto trochę surfuje po internetach, wie, o czym mówię. Słuchanie pana Justyniana raczej nie jest „glamór”.

A jemu się to pewnie nie podoba

By być uczciwym, należy przyznać, że niektórzy zachowują zdrowy rozsądek i piszą na ten temat mniej więcej to samo, co ja. Bo żeby była jasność – rozumiem wyśmiewanie. Wyśmiać, wykpić – to zawsze fajna sprawa i pożyteczna dla obu stron. Ale tu chodzi o nienawiść – prawdziwą nienawiść, która się trafia tu i ówdzie. Hejcenie, tworzenie jakichś „anty-klubów”, nawet grożenie pobiciem (zapewne raczej mało realne, ale cóż…) – ja osobiście nie wyobrażam sobie takiego marnowania sił witalnych na kogoś, kto mieszka kilka tysięcy kilometrów stąd i swoim jestestwem w ogóle mi nie zawadza. No bo jak? Co komu przeszkadza, że jakiś młodziak tańczy i śpiewa? Że spamią nim na jakiejś Vivie? To po kiego takie chujowe stacje oglądasz? Część osób trzeźwo zwraca uwagę, że właśnie to kpiarze i „anty” zrobili mu reklamę. Heh, chyba jakaś wariacja efektu Streisand…

Ja sam wypowiedzieć się nie bardzo mogę, bo moje doświadczenia z Bieberem trwały około minutę – tyle wytrzymałem, gdy z ciekawości obejrzałem jeden z jego teledysków. Telewizji nie oglądam (poza pojedynczymi programami), radia nie słucham, więc nie natykam się na współczesną „muzykę” – wystarczy mi moja własna. Tym samym pan Dżastin znaczy dla mnie dokładnie to samo, co Dżastin Timberlake, Usher, Jay-Z, Britney Spears, Lady Gaga (a nie, w sumie „Pokerface” był nawet fajny z początku) czy chuj wie kto tam obecnie jest na topie. O, BTW, w przyrodzie jest równowaga, więc można zaobserwować również efekt przeciwny – tj. osoby lub zespoły, których słuchanie jest w modzie. Aktualnie teraz jest trend na jakiś taki starszy rock – np. AC/DC. Słuchasz AC/DC – jesteś gość, znasz się na muzyce. Nie słuchasz AC/DC – idź posłuchaj sobie swojego ukochanego Biebera, zasrańcu.

No dobrze – pójdę.

Wytrzymałem, kurwa, 2 minuty! Kto mnie pobije?

Także więc, panie Bieber (bo wiem, że jesteś stałym czytelnikiem mojego bloga) – haters gonna hate, więc głowa do góry i rób dalej tę swoją chujową muzę, jak Ci to radość sprawia!

Do czego służy związek zawodowy?

Taaak, bardzo ważkie pytanie w naszych czasach, w których od związków zawodowych aż się roi – w każdym zawodzie, w każdym zakładzie pracy musi być związek zawodowy, a jak nie ma, to będzie, bo musi, bo to nieładnie i w ogóle ucisk. Zaraza zasiana przed laty (nieumyślnie zapewne) w umysłach ludzi przez Karola Marxa po dziś dzień zostawia po sobie pokłosie.

Temat ten jest mi bliski o tyle, że w ramach swoich przykrych, studenckich obowiązków pracuję aktualnie nad referatem na temat samorządu psychologów. Z tego względu miałem okazję poczytać trochę o Polskim Towarzystwie Psychologicznym i ich postulatach w kontekście owego samorządu (który na tę chwilę nie istnieje, co kapeńkę utrudnia napisanie pracy), a także ustawy o zawodzie psychologa. Co postuluje więc ta znacząca siła w polskim światku psychologów? Żądają oni mianowicie „ustawowego uregulowania zasad wykonywania tego zawodu”, a także uniemożliwienie „wykonywania zawodu psychologa przez osoby bez uprawnień zawodowych i wystarczających kompetencji oraz otwieraniu przez nie gabinetów psychologicznych, udzielaniu pomocy psychologicznej.”. Po cóż to? – spyta rozsądny człowiek. Otóż, drogi rozsądny człowiecze…

"...dla ochrony interesu publicznego, pacjentów oraz rynku pracy, a także by zatroszczyć się o jakość usług świadczonych przez psychologów"

Oczywiście trzeba być tragicznie niedorozwiniętym, by autentycznie wierzyć w powyższe bzdury rodem z „Manifestu komunistycznego”. I część osób działających w takich organizacjach istotnie wierzy. Są to, rzecz jasna, ludzie „z dołu”, marionetki w rękach tych, którzy wiedzą, o co naprawdę chodzi z tą całą sprawą. A jeśli ty wciąż nie wiesz, niech znane przysłowie Ci odpowie.

Tak, tylko i wyłącznie o pieniądze. Związki zawodowe to zorganizowana cyganeria – działają one wyłącznie po to, by wyłudzać pieniądze od państwa i pracodawcy, a także by skutecznie forsować rozwiązania i przepisy tworzące odpowiednie warunki do kolejnych przekrętów. To zabawne – przyzwyczaiłem się, że to zwykle państwo i jego przedstawiciele są promotorami socjalistycznych rozwiązań, tym razem jednak w pierwotnym zamierzeniu Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej planowało, co prawda, utworzenie samorządu psychologów, ale przynależność doń nie byłaby obowiązkowa. W tamtym momencie jednak większość stowarzyszeń podniosła larum, pod którym rząd się ugiął, rzecz jasna, gdyż niestety żyjemy w najgłupszym z ustrojów – demokracji.

Przynależność do samorządu będzie więc obowiązkowa – ten, kto się temu nie przyporządkuje, nie uzyska prawa do wykonywania zawodu, więc będzie mógł 5 lat studiów o kant dupy potłuc. Tak samo obowiązkowa ma być, oczywiście, składka – i jeżeli nie jesteś na tyle bystry(a), by domyśleć się, gdzie większość tych pieniędzy trafi, to poradzę Ci od serca, byś nie czytał(-a) tego bloga, bo tylko się zmęczysz. Idź sobie zagłosuj na PO albo coś.

Wprowadzenie regulacji zawodu oraz restrykcji co do jego wykonywania ma także na celu możliwe jak największe ograniczenie wolnego rynku, czyli najgorszego wroga wszelkich nierobów i oszustów. Tak, nikt się nie wyrwie szponom państwa i samorządu – zagrożenie w postaci wolnej konkurencji zostanie zlikwidowane, natomiast dla nieposłusznych wprowadzono szereg jakichś niejasnych Kodeksów Etycznych czy zasad etyki zawodowej, które pod otoczką niewątpliwie słusznie i pięknie brzmiących haseł skrywa bat na tych zbyt niepokornych, których nie dało się uciszyć innymi sposobami. Przewidziano też oczywiście szereg innych, pomniejszych sposobów na marnotrawienie środków – np. wprowadzenie obowiązku tzw. „doskonalenia zawodowego” – które ma się odbywać m. in. na różnorakich szkoleniach. Ich główną istotą będzie zapewne zjedzenie dużej ilości fundowanych przekąsek i obejrzeniu paru slajdów zrobionych w PowerPoint’cie, ale to zawsze większa ilość kasy do zmarnowania – a część zmarnotrawionej kasy można rozkraść.

45 lat PRL-u i 20 lat PRL-bis gówno ludzi nauczyło i ciekawe, czy kiedykolwiek czegoś nauczy – wygląda na to, że Polak kupił sobie nową przypowieść, o której pisał Kochanowski. Z drugiej strony może wyspy czystego komunizmu słabiej się wyróżniają, gdy leżą na oceanie eurosocjalizmu. Jeżeli ktoś mi nie wierzy lub wierzyć nie chce, niech sobie popatrzy na sytuację w zawodach, gdzie już takie światłe idee wprowadzono – i na ogólną sytuację nie tylko naszego kraju, ale i całej Europy. To chyba wystarczy, by stwierdzić, że coś tu jest nie tak. O związkach zawodowych nie można nawet powiedzieć, by idea była dobra – bo już w założeniu to jest mafia, który w obronie swojego interesu wspiera terroryzm i sabotaż (np. strajki). I błagam, niech mi nikt nie pisze, że służą one do obrony pracowników przed krwiopijnym pracodawcą. Każdy, w miarę kumający człowiek, który nie ma umysłu wypranego przez socjalistyczną propagandę, wie, jak to działa w nienormalnym państwie (bo obecna, chora sytuacja jest niestety normą) – gdzie państwo nie ogranicza rynku i nie utrudnia życia przedsiębiorcom, co skutkuje dużą konkurencją, więc jeśli w jednej firmie szef bije swych pracowników rózgą, to Ci przeniosą się do innej – chyba, że są durniami, a takich mi nie żal. Albo masochistami.

Niestety, nic w tej kwestii się nie zmieni, dopóki nie zlikwidujemy źródła gangreny – a mianowicie ustroju, który wspiera plebs i głupotę, który zwykliśmy dumnie nazywać „demokracją”. Wiedział o tym już Karol Marx, gdy rzekł: „By wprowadzić socjalizm, wystarczy wprowadzić demokrację”. W zasadzie to był wcale inteligentny człowiek – nie miał porównania, więc może nie mógł przewidzieć. Ale my już porównanie mamy. I jak ludzie byli głupi, tak są.

Jeszcze zobaczycie, czym się to wszystko skończy.

„Jan Paweł II jebał małe dzieci” – czyli dlaczego Hitlerowi udało się dojść do władzy w Niemczech

Jak wie to każdy człowiek, który nie ma życia poza Internetem, sieć jest miejscem, w którym nigdy nie wiesz, w jaką minę wdepniesz – bo często nie wszystko okazuje się być tym, za co się podaje. A nawet jak się podaje, to i tak nie zmienia to faktu, że pełno w necie rzeczy chorych, dziwnych, zaskakujących, ciekawych i bardzo śmiesznych. Jako że jestem osobnikiem dosyć odpornym na wszystko (z wyjątkiem screamerów), lubię sobie powyławiać takie perełki, gdyż nierzadko są one prawdziwą kopalnią różnych doświadczeń i reakcyj, z których można wyciągnąć interesujące wnioski, z czego nie każdy przeciętny człowiek zdaje sobie sprawę – no ale ja jestem studentem psychologii i stwierdzam, że niejedną magisterkę można by napisać na temat jakichś internetowych zjawisk.

Także więc w tej mojej samotnej podróży łódką przez niezmierzony Ocean Internetowy (Internetyk inaczej) natrafiłem na taki oto przeuroczy filmik na znanym i szanowanym serwisie JuTube:

Tytuł może być nieco mylący, gdyż w filmiku nie znajdziecie w nim żadnych odniesień do małoletniej Magdy, nowej gwiazdy TVN-u oraz Kamila Bednarka, kolesia, który robi „oooołejeeeeHEEEJHEJOOŁejeeee” do mikrofonu i wszyscy go za to kochają – w zamian otrzymamy ODROBINKĘ niepoprawny politycznie materiał, w którym przy akompaniamencie muzyki techno oraz różnych ciekawych zdjęć i krótkich gifów wyrażana jest dosyć niekorzystna opinia na temat zmarłego już niestety Karola Wojtyły, którą można przeczytać w tytule wpisu (ten opis się przyda tym, którzy się spóźnią z obejrzeniem – gdyż w zasadzie nie wiem, jakim cudem ten filmik jeszcze nie został skasowany przez walczących o dobre obyczaje moderatorów). Generalnie jestem człowiekiem bez uczuć, a już zwłaszcza uczuć religijnych, więc od strony emocjonalnej nie rusza mnie to kompletnie – a konkretniej bardzo mnie ten filmik śmieszy. Już takie mam poczucie humoru. Od strony formalnej – ot, oszczerstwo, za które można by pozwać do sądu, jak przypuszczam – a się nie znam, gdyż na szczęście nie byłem tak głupi, by studiować prawo. Byłem jeszcze głupszy i wybrałem psychologię, kierunek dla dziewczyn – no ale mniejsza. Nie zamierzam się tutaj zajmować autorami tego filmiku, a drugą stroną barykady, czyli resztą świata. Oto co smaczniejsze kąski, który można znaleźć wśród komentarzy do tego filmiku (pogrubienia co lepszych kawałków moje, kursywą moje komentarze):

Kompletny skretyniały debil wymagający specjalistycznego leczenia - to autor tego filmiku. Współczuje rodzicom, bo wydać na świat takiego pojeba to naprawde musi być porażka życiowa! tyle w temacie.

(lat 28)

(…)Za obrazę tak wielkiego człowieka autor filmu powinien ponieść surowe konsekwencje swojej głupoty i niedorozwinięci umysłowego.(…)

postaram się tą sprawę nagłośnić tak aby autor filmiku ucierpiał na tym jak najbardziej.(…)

(…)chodzi tutaj o fakt obrazy naszego papieża który był wielkim człowiekiem i nie można pozwolić na to aby jakiś bachor w taki sposób go obrażał(…)

(lat 20)

(…)Nie jestem głęboko wierząca ale zabiłabym za obrazę naszego papieża jakbym mogła .

(wiek nieustalony, ale raczej nie 15 lat)

jebnięty ten co to tutaj wrzucił a jeszcze bardziej jebnięty ten co to wymyślił !! niekochane przez rodziców ofiary złego dotyku, które maja kompleksy i robiąc/wrzucając takie coś myślą, że są fajni, śmieszni… Seba, wyepka i inni tacy – macie problem skoro jesteście ofiarą pedofila, nie moja wina, że was tatuś wykorzystał jak byliście mali… idźcie do psychologa (hehe) i jemu się wyżalcie a nie pie**olcie takich głupot !! psutaki

(lat 23)

i co się cieszysz idioto ? Rozumiem o Kaczyńskim ale żeby o Janie Pawle II ? Z tymi z sankami to przegiąłeś z dupy do ryja… idz sie lecz

(lat 21)

Jesteś jebnięty człowieku.

Powiem Ci tylko tyle. Módl się żebym cię nie spotkał na ulicy.

(wiek nieokreślony)

A później się zastanawiam skąd się biorą debile głosujący na złodziei z PO. Wystarczy obejrzeć filmik i już wiadomo. Autorze zgadłem na kogo głosowałeś? Pewnie, że tak.

(lat 26)

Ty gnoju kurwa… czy ty wiesz kim był ten człowiek ? Gdyby nie on to byś kurwa nie wiedział kurwa połowy rzeczy… Popierdoleniec jebany….

Mam nadzieję, że po śmierci szatan cię ostro wydyma w Twoje rozjebane dusko!!

(lat 30)

I tak dalej, i tak dalej – bo to nie jest wszystko, ale rozumiem, że nie macie całego dnia na czytanie tego bloga, poza tym, duża część komentarzy to prowokacje i persyflaże autorstwa ludzi związanych ze środowiskiem, które spłodziło to jutubowe dzieło*. Ogólna myśl została przekazana – specjalnie podałem wiek autorów, by pokazać, że nie piszą tego jakieś szczyle z gimnazjum, co się za wcześnie do internetu dorwały, tylko dojrzali ludzie. Ludzie, którzy są wokół nas, wszędzie. Bo stanowią te 90% społeczeństwa, o których mowa na samej górze tej strony.

Ja już pominę to, jak bardzo dziwnym człowiekiem trzeba być (ach nie, sory, ja tu jestem dziwny), by tak bardzo przejąć się tym, że jakiś kompletnie obcy koleś gdzieś tam powiedział w internetach coś, co się nam nie spodobało, i w związku z tym wylewać kaskadę żółci, dając wszystkim obraz naszego Wielkiego Oburzenia (a raczej pieniactwa). Chodzi o to, że ludzie lubią mieć swoje świętości, na których naruszenie reagują wręcz karykaturalnie gwałtownie. Jeszcze rozumiem, jak ktoś się po prostu wkurzy – ok, zdarza się, nie każdy jeszcze opanował emocje na tak wysokim poziomie jak ja. Niestety – oni w obronie tego swojego śmiesznego sacrum, swojego ideału gotowi są krzywdzić, bić, a nawet zabijać, jak to jedna z komentujących szczerze wyznała. Litościwie nie będę wypominał, jak ta filozofia stoi w sprzeczności z naukami chrześcijańskimi, które Jan Paweł II niewątpliwie głosił, ale chciałbym poruszyć ważną kwestię – mianowicie to, że ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, kim są. Większość ludzi sądzi na przykład, że rozwój nazizmu w latach 30′ w Niemczech wynikał z jakiejś wyjątkowej sytuacji oraz z jakichś przywar narodowych charakterystycznych dla Niemców jeno. W rzeczywistości Niemcy to ludzie jak wszyscy inni (co udowodnił eksperyment Milgrama), co było zresztą oczywiste, gdyż raczej nie przybyli z Marsa, natomiast ówczesne warunki (Wielki Kryzys, zdeptana duma narodowa) jedynie sprzyjały temu, by Hitler wzbudził w ludziach to, co siedzi w nich głęboko od zawsze. Oczywiście, gdyby każdego człowieka spytać, czy ma poglądy faszystowskie, odpowiedzi twierdzące byłyby jednostkowymi przypadkamiale prawda to jest taka paskudna, niefajna rzecz, która zawsze się wymsknie jakąś szczeliną, zawsze się w czymś objawi – niczym ta słoma z butów. Prawdę można zobaczyć w ich poglądach – gdy, jak wyżej, pałają żądzą mordu czy bestialskiego karania tych, którzy za bardzo wtargnęli swoją innością w ich uporządkowany światek, gdy popierają delegalizację dopalaczy czy narkotyków w ogóle (przecież są złe! A przynajmniej wystarczy, że ja to wiem, tak samo też wiem, co jest lepsze dla innych), zakaz palenia w prywatnych** klubach czy knajpach (od palenia można przecież dostać raka, poza tym nie lubię tego smrodu, więc wypad), ingerowanie w rodzinę i sposób wychowania dzieci przez innych ludzi (ja WIEM, że moja koncepcja wychowania jest dobra, bić dzieci nie wolno, dlatego pan Kowalski pójdzie do więzienia, jak zrobi coś wbrew tej mojej koncepcji i da klapsa synkowi), wtrącanie się państwa w to, ile kto zarabia (a to jest już pewnie zwykła, ludzka zawiść) i w setkach innych rzeczy. Ludzie bardzo lubią narzucać innym swój światopogląd, swój styl życia, swoje opinie, lubią ingerować w to, co kto robi i jak żyje, bo zawsze im się wydaje, że oni wiedzą to najlepiej – mimo że nie przyznają się do tego nawet pewnie przed samym sobą. Z tego względu tych ludzi charakteryzuje również relatywizm moralny („rozumiem Kaczyńskiego, ale żeby Jana Pawła II?…”), a także niezdawanie sobie właśnie sprawy z tego, że na miejscu tych Niemców tak samo by im aż gardło spuchło od wrzeszczenia „haj hitla!” na różnych paradach i przemówieniach. Reagują w związku z tym wściekłością, gdy ktoś im to uświadamia, gdyż, jak to powiedział ktoś mądry (ciągle nie udaje mi się znaleźć nazwiska, może któraś z tych 3 osób czytających tego bloga mi podpowie w komentarzach): „Nic nie irytuje ludzi bardziej od ujawnienia im prawdziwego źródła ich poglądów”.

Potrafię jednak zrozumieć, że ktoś może napisał te rzeczy pod wpływem wyjątkowych afektów, dlatego nie można tak surowo go od razu oceniać – mogę jednak takiemu powiedzieć tylko…

*gdyż w ogóle odkryłem, że to jakiś grubszy motyw – widać w tym dosyć szeroko zakrojoną i zaplanowaną prowokację określonej grupy. Cóż, mogę im tylko pogratulować dobrego wykonania postawionego sobie zadania.

**specjalnie zaznaczyłem, bo zakaz w miejscach publicznych jest OK.

Fallout: Nowe Vegas

Na tym blogu będą umieszczane co jakiś czas „recenzje” gier – jak jakąś przejdę i będzie mi się chciało napisać. Jak wie każdy nie-ograniczony umysłowo człowiek, gry to świetne medium, które wpisuje się już w kulturę i które za 15 lat będzie się bez zastanowienia traktować na równi z książkami i filmami. Oczywiście, to nie jakieś nudne gry-online.pl, nie będzie tu recenzyj w ścisłym tego słowa znaczeniu, tylko zbiór moich opinii i przemyśleń – pisane chaotycznie i nieuporządkowanie zapewne, ale i tak nikt tego nie czyta, więc kogo to obchodzi.

Nowego Fallouta skończyłem niedawno, ale przechodziłem go długo z dwóch powodów:

1. Zepsuł mi się komputer

2. Bo to długa gra jest

A konkretnie 70 godzin – tyle dokładnie mi zajęło dosyć staranne przejście, z questami pobocznymi i przeszukiwaniem lokacji. Jeśli więc czujecie się rozczarowani długością gier typu Call of Duty, to Fallout jest dla was. Chyba że nie chcecie.

Jest to dziecko nowej mody na rynku gier komputerowych (obok DLC, niech je trąd stoczy), a mianowicie wydawanie w zasadzie nowych części gry (bo długością dorównują lub przewyższają podstawki) na starym silniku i w zasadzie bez zmian w samym gameplayu – głównymi przykładami tego procederu są Call of Duty: Black Ops i Assassin’s Creed: Brotherhood. Jak widać, obok tendencji dodawania do tytułu oryginalnego jakiegoś śmiesznego podtytułu po dwukropku (co jest w zasadzie przypadłością wszelkich dodatków, ale mniejsza), cechą tych tytułów jest to, że sprzedają się równie dobrze, co podstawowe wersje – wygląda to więc na taktykę skuteczną. Można się zastanowić, jakie to ma efekty dla samych gier – otóż rewolucji raczej się nie można spodziewać, w zasadzie ewolucji też nie – co najwyżej jakieś drobne zmiany w gameplayu i nowe menu, żeby nam nie było smutno. Otrzymujemy więc w zasadzie możliwość przejścia drugi raz tej samej gry, co, jak rozumiem, ma nasycić nasz głód przed właściwym sequelem (który też pewnie nie będzie się zbytnio różnił – ogólnie nie podoba mi się kierunek, w którym zmierzają gry, ale to temat na osobny wpis). W zasadzie nie ma co narzekać – jeżeli gra była dobra, to ważne, by jej nie zepsuli.

A powiem od razu, że Fallouta nie zepsuli (czego można było się domyślać, bo jak można wytrzymać 70 godzin przy kiepskiej grze). Co prawda Fallouta 3 można było nazwać co najwyżej przeciętnym, więc nie wiem, czy to osiągnięcie na miarę Nobla – ale tendencja jest właściwa. Przede wszystkim – fabularnie jest o wieeele lepiej. Gdy 2 lata temu seria Fallout powstawała z martwych poprzez część trzecią, wszyscy mieli wielkie oczekiwania co do zachowania klimatu pierwszych dwóch falałtów – jednocześnie przeczuwając, że nie zostaną one spełnione. Klasyczny Fallout miał bardzo specyficzny charakter – unikalna mieszanka groteski, czarnego humoru i zarazem bezdusznej brutalności w ukazaniu postnuklearnego świata. Ta gra poruszała niebagatelne kwestie i problemy natury moralnej, etycznej i jakiej tam jeszcze, a zarazem była autoironiczna, sama siebie traktowała z przymrużeniem oka – twórcy jakby nam mówili z uśmiechem: „To wszystko to nie jest naprawdę”. Gra, przy której można było się zadumać, jak i się pośmiać. No i kiedy się tak śmiejemy z tego specyficznego poczucia humoru, nagle wkracza Fallout 3 z poważną miną  i mówi: „no, dobra, dobra, koniec śmiechów, proszę o powagę – jestem dorosłą grą komputerową i chcę, by mnie tak traktowano.”

A wszyscy: "Coooooo?"

Efekt? Fallout 3 był niczym 8-latek w za dużym garniturze, który na rodzinnej imprezie chodzi wszędzie dostojnym krokiem i próbuje udawać tego „dorosłego” – jednocześnie co jakiś czas wycierając nos rękawem. Śmieszne, tyle że w żałosny sposób. Jak można próbować zrobić grę „na serio” w świecie Fallouta, gdzie bycie solidnie napromieniowanym objawia się życiem długim na 300 lat?

Mimo że nie potrafię wskazać konkretnie różnic w samym świecie, w New Vegas wygląda to już dużo lepiej. Jak w Fallout’cie 3 były tylko „momenty”, tak można stwierdzić, że ogólnie dodatek ma swój specyficzny klimat. Widać, że ktoś się porządnie wziął za scenariusz po tym, jak trójka została zań niemiłosiernie wykpiona (w skrócie: stary nam uciekł i go gonimy przez całe Pustkowia).  Można też zaobserwować nową modę na wprowadzanie do gry niejednoznacznych postaci, jakichś wybitnych jednostek, które dążą do słusznego – przynajmniej w swoim mniemaniu – celu, nie przebierając przy tym w środkach. Po Człowieku-Iluzji w Mass Effect’cie 2 przyszła kolej na Pana House’a (ciekawe czy nazwisko nieprzypadkowe). Obu oczywiście pokornie służyłem, gdyż lubię takich zwolenników polityki realnej, ale można się również obruszyć i powiedzieć, że to nieładnie. W New Vegas mamy jeszcze opcję pójścia własną drogą, bo ogólnie gra oferuje sporo możliwości, co jest zresztą charakterystyczne dla serii.

Fajne robociki, co? Dziwne, że się nie wypierdalają. No, ten z prawej się wypierdala, ale ma prawo.

Strona techniczna, żeby nie było – graficznie kiepsko, ale przy takich rozmiarach świata można wykazać się wyrozumiałością. Niestety, dla bugów takiej litości nie będzie – ale w oczach dewelopera zawsze lepiej jest wydać grę wcześniej i poprawić patchami, niż dokonać prac wykończeniowych. Mimo wszystko, IMHO zakrawa to na skandal, by zmuszać gracza do grzebania w konsoli, by naprawić błędy, które się nam przypałętały. A potem się dziwią, że takie piractwo – a ja powiem: „jak traktujesz, tak będziesz traktowany”. No i oczywiście muzyka – nie wiem, kto (już przy okazji Fallouta 3) wpadł na pomysł zrobienia soundtracka głównie z utworów zrobionych przed lub krótko po drugiej wojnie światowej, ale chyba jest geniuszem lub miał zajebisty dzień. Kiedyś to robiono prawdziwą muzykę, a nie ta dzisiejsza mielonka dla plebsu.

Co prawda nie z New Vegas, ale fajne.