From Dust i Atom Zombie Smasher

Ostatnimi czasy nie grałem w jakieś nowe tytuły – tylko World of Tanks, no i przechodziłem sobie pierwszego STALKER-a, bo tak wyszło, że go nigdy nie skończyłem. Nie ma sensu oceniać tak starych gier, więc o grach nie pisałem. Ale ostatnio miałem okazje przejść dwie pozycje, których nazwy są w tytule.

Więc po kolei – From Dust. Gra niemalże indie. Niemalże – bo jednak jest robione przez duże studio, jakim jest niewątpliwie Ubisoft. Niestety, początkowo powielała ona wspólne cechy większości gier tej stajni – była zabugowana i dodatkowo, w ramach „walki z piractwem”, utrudniała, jak tylko się da życie uczciwym graczom, głównie poprzez system DRM. Na szczęście, w chwili obecnej te problemy już przeminęły i w From Dust można już grać bez łez i zgrzytania zębów.

Więc z czym to się je? Opisując grę w paru słowach – jest to symulator piaskownicy, tyle że w dużej skali. I zabawa w Boga. Więc jeśli w dzieciństwie uwielbialiście przypalać mrówkom czułki lupą, a potem niszczyć ich mrowisko, by patrzeć, jak się uwijają – ta gra jest wprost idealna dla was. Także mamy do dyspozycji świat, w którym możemy lać wodę, przesypywać piasek i budować z lawy litą skałę, tym samym tworząc góry, doliny, wyspy i zmieniając bieg rzek, czy tym podobne przyjemności. Ma to jednak cel – na tym świecie żyje prymitywne plemię, które musimy chronić przed różnymi żywiołami i mu pomóc (już po tym, jak znudzi nam się zalewanie ich wodą i lawą) w stworzeniu paru wiosek, czy czegoś w tym stylu. W tym celu mamy do dyspozycji także więcej lub mniej dodatkowych, czasowo działających „mocy”, takich jak odparowanie wody czy jej „zżelkowanie” (no co, dosłowne tłumaczenie „jellify”), co skutecznie powstrzymuje ją przed rozlewaniem się na wszystkie strony.

Tak to wygląda, kiedy nabierzemy jakiejś materii w swoje boskie łapy

Choć w grze nie jest to wprost powiedziane, istnieje jeszcze jeden szkopuł – przedstawiciele plemienia, które dostajemy pod pieczę, są niestety skrajnie niedorozwinięci i w trakcie gry stanowi to sporą trudność. Łażą tam, gdzie chcą, rzadko mając na względzie coś takiego jak”optymalna ścieżka”, czasem nie potrafią przebyć najprostszej przeszkody i stoją, wzywając nas na pomoc, za nic mając to, że za chwilę zaleje ich lawa albo coś w tym guście. Powiedzmy sobie jasno – to banda debili, czemu tak jest – nie wnikam. Może to dlatego, że są czarnoskOH SHI-

Fama głosi, że ta gra ma jakąś fabułę. Istotnie, niby przeprowadzamy te plemię przez kolejne światy, doprowadzając je do jakiegoś celu, a przed każdym etapem jakiś dziadek coś tam gaworzy w ich języku, który składa się głównie z samogłosek, ale nikogo to nie obchodzi i nie ma to żadnego znaczenia, oczywiście. Podobno w miarę postępu gry odblokowujemy kolejne rozdziały jakiejś pisaniny, ale czy ktokolwiek chciałby czytać perypetie ludu ze zbiorowym zespołem Downa?

Mówiąc więc ogólnie, From Dust to luźna, mało zobowiązująca gra, i także mało trudna, ale dająca satysfakcję – bo jednak fajnie jest przez parę minut uporczywie usypywać tamę z piasku, by w końcu zmienić bieg rzeki, która zacznie erodować inne tereny, powstaną jakieś wodospady i tym podobne, a teren, gdzie chcemy osiedlić naszych ludzików, staje się suchy. No nie wiem, jak wam, ale mnie oglądanie tych procesów sprawiała radochę, i o to w sumie w tej grze chodzi. O bawienie się, o tworzenie konstrukcji z piasku i lawy, usypywaniu ścieżek dla naszych małych, głupich lemingów. A najfajniej, kiedy nadchodzi cunami* – a wioska naszych ludków ma ochronę przed wodą, co sprawia, że nie jest zalewana, bo wodę odpycha jakaś bariera kinetyczna (zadziwiająca technologia jak na cywilizację ludzi upośledzonych). Piękny widok, gdy wokół wioski wznoszą się ściany wody, a cały świat wokół znika pod kipielą.

Tak to z grubsza sie prezentuje. Tu co prawda mało efektownie, ale lepszego skrina nie znalazłem, a samemu robić mi się nie chce

Gra dosyć krótka, ale w sumie to chyba dobrze, bo pewnie by się szybko znudziła. A tak, to mamy czas na inne gry, i w moim przypadku jedną z tych innych było Atom Zombie Smasher.

Cholernie obiecująca nazwa, czyż nie? Taaaak, wygląda na to, że temat zombiaków opanowujących świat nieprędko się wyczerpie. Nie mamy jednak tu do czynienia z klonem Resident Evila czy Left 4 Deada. Jest to gra indie za 3 euro, więc wiadomo, że nie może sobie raczej pozwolić na porażającą grafikę i inne tego typu bajery, ale za to opiera się na dobrym pomyśle i jest bardzo grywalna w związku z tym. Tenże pomysł jest prosty – dowodzimy oddziałem najemników, który ma za zadanie ewakuować miasto atakowane przez zombi. Ewakuacją zajmuje się helikopter, a snajperzy, żołnierze, artyleria, miny, dynamity, barykady i inne tego typu rzeczy blokują do niego dostęp zombiakom. Naszym celem jest gromadzenie punktów za ocalone miasta i podbite terytoria (podbijamy je, gdy zabijemy wszystkie zombiaki na mapie w określonym czasie) na dużej mapie świata.

Miasto, którym aktualnie się zajmujemy, widzimy z lotu ptaka, a ludzie i zombi są przedstawione w postaci poruszających się kropek – odpowiednio żółtych i fioletowych. Nie wygląda to imponująco, ale nie musi, bo nie o to w grze chodzi. Każdą misję zaczynamy od fazy planowania, gdzie spokojnie zastanawiamy się, jak rozmieścić nasze jednostki. Od tego w dużej mierze zależy sukces i dlatego ta gra jest bardziej na myślenie i zmysł taktyczny niż na zręczność.

A wygląda to tak

Ma ona, rzecz jasna, parę wad – przede wszystkim, nieco wadliwe AI ludzi (bo to, że zombiaki są durne, jest akurat normalne), którzy czasem zachowują się kompletnie niezrozumiale i lubią np. rzucić się prosto w stronę hordy nieumarłych, gdzie oczywiście natychmiast zostają zarażeni. Oprócz tego, nasi militarni podopieczni także nie grzeszą bystrością – np. snajperzy UWIELBIAJĄ zabijać najmniej groźne zombiaki, zamiast zabić tego jednego, małego gnojka, który właśnie zbliża się do strefy ewakuacyjnej i za chwilę zarazi setki ludzi. Wierzcie mi, potrafi to mocno zirytować.

Niestety, gra się szybko nudzi, mimo że początkowo wciąga. Na szczęście jednak, jest ona łatwo modowalna, a mechanizm ściągania i instalowania modów z neta jest wbudowany w grę – co przedłuża jej żywotność. Dlatego te marne 3 eurasy nie są inwestycją zmarnowaną.

*Bardzo mnie irytuje, że język polski jest jednym z nielicznych języków, w którym właściwie się używa litery „c”, a mimo tego z tego nie korzystamy i kopiujemy Anglików, którzy muszą się ratować jakimiś „ts” czy „tz”. Cunami, mucha ce-ce – piszmy tak, czemu mamy używać kulawej, angielskiej transkrypcji?

Reklamy

Żeby nie było…

…że się nic nie znam na przepowiadaniu przyszłości. Bo przecież się znam.

Raz jeden pozwoliłem sobie na agitację polityczną i się to na mnie musiało zemścić. Ja tu zachęcam do głosowania na KNP, mówiąc, że jest realna szansa na przekroczenie 5%-owego progu wyborczego, a tu nagle wszyscy budzą się z ręką w nocniku, bo okazuje się, że Korwin&Spółka z.o.o nie zebrała dostatecznej liczby podpisów, by zarejestrować listy w całym kraju. Okazuje się, że młoda partia nie jest tak zorganizowana, jakbyśmy chcieli – jako przykład mogę przywołać fakt, że w jednym z okręgów koordynatorem był 18-latek (!), który w ostatnim tygodniu zbierania podpisów wyjechał sobie na wakacje (!!!).

Nie zamierzam się tutaj absolutnie wyżywać,  bo nie mam do tego moralnego prawa – sam nie kiwnąłem leniwym paluchem, by jakoś wspomóc te starania, ale jestem przecież sławnym na cały świat blogerem, a to była robota dobra dla pospolitego gminu. Mimo wszystko – nie ukrywam, że jestem NIECO rozczarowany.

Fakty są proste – zamiast list w całym kraju, są listy w niewiele ponad połowie okręgów. Mimo jakichś tam wyliczeń i teoretycznych rozważań pana Żółtka i Korwina, point de rêveries – to znacząco zmniejsza szanse na wejście KNP do Sejmu. W istocie muszę odszczekiwać swoje słowa – wygląda na to, że prawica w dalszym ciągu będzie za burtą. Uznałem, że lepiej będzie, kiedy przyznam to już teraz, żeby potem nie wyszedł na jakiegoś fantastę.

Nie zmienia to faktu, że głosować na KNP będę (w Łodzi listę mają) i zachęcam do tego każdego, kto ma możliwość. Bo szczerze – i tak nie ma lepszego wyboru. Palikotowi nie wierzę i nie ufam za grosz, poza tym to większy błazen niż JKM, a JKM ledwo ledwo mieści się w dopuszczalnych granicach. Może ewentualnie nie głosować – wszak to i tak nie ma większego znaczenia. Cóż.

PS Przepraszam za rzadkie wpisy. Wygląda na to, że blog staje się naprawdę tym, czym miał być od początku – miejscem nie dla czytelnika, lecz przede wszystkim dla mnie, bym miał gdzie się wyżalić i skrystalizować swe myśli. A że ostatnio nie mam na to ochoty…

 

EDIT: Zapomniałem wspomnieć – czekałem długo z tym wpisem, bo nie wiadomo było, jak to się skończy – i w zasadzie nadal nie wiadomo. Ponoć jest jeszcze szansa, zobaczymy. Możliwe, że będę musiał i ten wpis odszczekiwać.