PRAWICOWI MORDERCY SĄ NA WOLNOŚCI

Eee, no tak. Znowu była duża przerwa, ale akurat mam usprawiedliwienie – tym razem wrzucenie czegoś na bloga nie uniemożliwiała mi prokrastynacja, a ogólny brak czasu i spokoju – a ja potrzebuję dużo czasu i spokoju, by coś napisać, bo inaczej to kicha z tego będzie. Z racji niedogodnych warunków zmuszony jestem pisać na tematy mocno już zdezaktualizowane, no ale ostatecznie jakie to ma znaczenie, poza tym dystans czasowy wobec niektórych zdarzeń może okazać się korzystny. Także więc – dziś nie będzie o Lepperze. Poza tym, niewiele wiadomo i warto poczekać, aż pewne rzeczy być może ujrzą światło dziennie. Bo co jak co, ale Lepper nie wyglądał na człowieka, który jest zdolny do popełnienia samobójstwa.

Ostatnie tygodnie upłynęły głównie pod znakiem wydarzeń w Norwegii. Jakiś pan, po latach treningu w Duck Hunta, postanowił wykorzystać zdobyte umiejętności i zrobić masakrę na pewnej wyspie, wykazując się przy tym zadziwiająco zimną krwią i podziwu godną konsekwencją – jak raz zaczął, to przez 2 godziny nie skończył. Krew, krzyki, policja, kamery, telewizja, jupitery i najlepsze – TEORIE.

Zawsze, gdy ma miejsce takie „wstrząsające” wydarzenie (w cudzysłowie, bo fakt, że są świry wśród ludzi i że ludzie umierają czasami w hurtowych ilościach, nie jest w zasadzie niczym nowym i wstrząsającym), media dostają kilkudniowej manii – istna orgia teorii, wyjaśnień, ekspertów i najnowszych doniesień. Wszak pora żniw dla telewizji przychodzi losowo, więc trzeba korzystać z okazji i karmić głodnego odbiorcę różnymi informacjami oraz bzdurami udającymi informacje (zdecydowana przewaga tych drugich).

Tak się już przyjęło – chyba swoista tradycja – że gdy gdzieś się przydarzy jakiś patol, co uśmierci parę osób – zawsze, ale to ZAWSZE, znajdzie się jakiś „głupiomądry” kretyn, który powie, że to przez gry komputerowe. I oczywiście nie inaczej było tym razem – wszak okazja była pierwszorzędna, bo odkryto, że pan Breivik interesował się e-sportem i grywał w Warcrafta. Cóż – niestety, nie jest to Postal 2, ale z braku laku dobry kit, więc kolejny idiota mógł z dumą wygłosić do kamery, co jest powodem tragedii. Brutalne gry komputerowe. Ja już naprawdę nie zamierzam tłumaczyć czegoś, o czym wie każdy inteligentny człowiek, który miał choćby minimalny kontakt z grami. Ale w ogóle nawet jeśli się nie wie, co to jest komputer, wystarczy choćby odrobine pomyśleć – dlaczego wszystkiemu są winne gry, a już np. często o wiele brutalniejsze brutalne filmy nie? Proste – do filmów wszyscy się przyzwyczaili, poza tym każdy jakiś oglądał, więc nie da się nikogo na to nabrać – ale za to Strasznymi Grami można jeszcze postraszyć ignorantów.

To jest jednak taki standard, a chciałem napisać o czymś konkretnym, dotyczącym sprawy Breivika. Teorie przedstawiane przez media muszą być, rzecz jasna, spójne, a przynajmniej muszą się takie wydawać plebsowi. Z rzetelnych, potwierdzonych informacji rzadko da się sklecić coś wystarczająco sycącego masy, więc trzeba dodać trochę od siebie, zgodnie z utartymi schematami, przekonaniami i stereotypami. A czasem przez to można nawet takie schematy stworzyć.

Już w pierwszych dniach po tragedii dowiedzieliśmy się, że Breivik był prawicowym ekstremistą. No ok, to możliwe, ja sam nie miałem problemów z zaakceptowaniem tego, wszak nie jestem głupi i nie zaprzeczam istnienia świrów z takiego np. ONR-u czy NOP-u. Tym bardziej, że to, co się dzieje z Europą, musi takich szczególnie frustrować, więc koncepcja, że jakiś w końcu nie wytrzymał i powystrzelał parudziesięciu ludzi, wydawała się nawet sensowna. Z drugiej strony, od razu mimo wszystko zapaliła mi się ostrzegawcza lampka – coś taki incydent był wyjątkowo na rękę wszelkim federastom, tolerastom i innym takim, którzy teraz będą mogli z dumą rzec: „Patrzcie, do czego prowadzą prawicowe poglądy, musimy to tępić”.

Moja lampka rozbłysła pełnym światłem już wkrótce potem, kiedy wyszło na jaw, że profil Breivika na Facebooku został sfałszowany. W ogóle nie bardzo wiadomo, czy to od początku nie był fejk, ale klucz w tym, że ktoś już po tragedii dodał do jego profilu rubryczkę „Poglądy: Chrześcijański Konserwatyzm”. Co najlepsze, nie bardzo wiadomo, kto w ogóle był w stanie tego dokonać – Facebook od razu zablokował profil. A na chwilę obecną to już jest chyba zamknięty na amen, z tego co wiem.

Moja lampeczka wpadła w istne szaleństwo, kiedy w chwilę potem, zaintrygowany tematem, poczytałem trochę komentarze pod wykopem o Breiviku. Okazuje się, że skrajny antymuzułmanizm to był tylko skromny ułamek bogatych i niewątpliwie oryginalnych poglądów Norwega. Na pozostałe ułamki składały się między innymi prożydowska i prohomoseksualna postawa. Dziwnym trafem, jakoś z telewizji się tego nie dowiedziałem – widocznie zbytnio nie przystawało do wizerunku neofaszysty-psychopaty. Oprócz tego, czy był taki chrześcijański, skoro postulował np. utworzenie Kościoła Antymuzułmańskiego? (nie pytajcie mnie, co to znaczy, sam nie mam pojęcia)

Konkluzja jest taka, że pan Breivik był osobą na tyle nietuzinkową, że równie dobrze media mogłyby z niego zrobić „oszalałego, lewicowego tolerastę”. Wybrały jednak inną opcję, co jest bardzo wymowne. Jak już wcześniej wspomniałem – cała ta afera jest podejrzanie na rękę wszystkim tym, którzy z chęcią dobraliby się do skóry wszelkim osobom prezentującym poglądy choć trochę eurosceptyczne, narodowe, chrześcijański czy ogólnie prawicowe. Do tego stopnia na rękę, że nie wykluczam nawet opcji, iż masakra na wyspie jest świetnie zrobioną prowokacją.

Z całą pewnością nie zamierzam przesądzać – przypuszczalnie nigdy nie poznamy całej prawdy. Jednakże szalonymi prawicowcami nikt mnie nie nastraszy, bo wiem, że istnieje o wiele więcej ludzi, którzy szkodzą Europie znacznie bardziej, niż oni.

Reklamy

JEEEEEEE OSAMA IBN LADEN NIE ŻYJE!

Nareszcie będę mógł poczuć się bezpiecznie! Przez ostatnią dekadę nie zmrużyłem oka, bo wiedziałem, że ON gdzieś tam się czai!

Oczywiście, to taki żarcik, z okazji takiej, że różne media próbują z tego zrobić zdarzenie, które ma jakikolwiek wpływ na nasze życie. W TVN24 ponoć naprawdę powiedzieli, że „od tej chwili możecie Państwo spać spokojnie”. No dzięki, kurwa, już nie muszę spać z mamą.

Zabicie człowieka, o którym nie słyszano w zasadzie kompletnie nic od paru ładnych lat i który, jeżeli nie umarł na nerki w 2002 roku (jak to głoszą niektóre teorie), zajmował się głównie zabawą w chowanego (niestety, nie udało mu się pobić światowego rekordu – 11 lat, 2 miesiące, 26 dni, 9 godzin, 3 minuty i 27 sekund). I raczej nie był aż takim geniuszem, by nie dało się go zastąpić i Al-Kaida się rozpadnie. Więc na dobrą sprawę – zabicie jakiegoś człowieka odpowiedzialnego (rzekomo, hehe) za zbrodnię sprzed 10 lat nie ma znaczenia.

Za to możemy sobie z tej okazji poobserwować cyrk w telewizorniach. Takie sytuacje coraz bardziej mnie utwierdzają w przekonaniu, że dzisiejsze media to farsa. Jakieś dziennikarzyny zdążyły już nawet z dumą upublicznić zdjęcie martwego ibn Ladena, które zaraz potem okazało się być fotomontażem – i to żenującej jakości:

Ja rozumiem, że takie czasy, teraz wszyscy są łakomi na sensację – ale jakieś resztki klasy wypadałoby zachować. Są to jednak płonne nadzieje, bo współczesny dziennikarz nie jest ani klasowy, ani wykształcony. To zwykle jakaś pannica po studiach, która generalnie nie rozumie tego, co się do niej mówi, ale wie, co trzeba wyciąć, by wyszło „ciekawie”. I tak przez najbliższe dni będziemy pewnie uparcie karmieni tym njusem, jakby to było najważniejsze wydarzenie w naszym życiu. W końcu jesteśmy bezpieczni!

A podchodząc do tego bardziej poważnie – trochę mi to wszystko śmierdzi. Osama ibn Laden od lat był jedynie pretekstem służącym do usprawiedliwiania wielu różnych działań USA i jej armii. Nie liczyło się już w zasadzie to, czy on żyje, czy nie – ważne, że mógł żyć, dlatego nie możemy jeszcze wycofać wojsk, proszę państwa. Jednakże ta sztuka miała już za dużo aktów – a wymagała jakiegoś rozwiązania. I oto mamy deus ex machina – w postaci Obamy, który ni stąd, ni zowąd ogłasza, że przeprowadzili operację i ibn Laden kopnął w kalendarz. Eee, jakieś oficjalne zdjęcia? Nie ma. To może ciało? Eeee, pochowaliśmy je w morzu. Nic to, że to wbrew muzułmańskiej tradycji, nie zadawajcie pytań.

Jakoś to wszystko podejrzane – czemu, skoro mieli lokalizację Osamy, po prostu nie otoczyli go paroma dywizjami i nie powzięli żywcem? W sensie, teoretycznie jeżeli naprawdę tam był, to pewnie w trakcie akcji popełniłby samobójstwo – ale co szkodziło spróbować? Coś wątpię, by rząd USA z własnej woli zrezygnował z takiej okazji do polepszenia sobie notowań poprzez zrobienie pokazowego procesu „najgroźniejszemu terroryście wszech czasów” – tak, jak pochwycili i zrobili proces Saddamowi Husseinowi. Nie jestem może ekspertem militarnym, ale nie wydaje mi się, by takie zadanie przerastało amerykańskich komandosów.

Zresztą – to tak naprawdę nieważne, czy Osama zginął dzisiaj, czy parę lat temu. I tak był on duchem – istniał on tylko w niepotwierdzonych nagraniach publikowanych w Al-Jazeerze. Przynajmniej nie będą nas już nim męczyć – ani Amerykanie nie będą mogli się tłumaczyć koniecznością jego pochwycenia. Byle sobie tylko nie znaleźli innego pretekstu.