Sniper Elite V2

To jest rakieta V2, więc macie jakby ilustrację 1/3 tytułu.

Tak, minęło już parę miesięcy, więc czas na kolejny wpis pisany chyba wyłącznie dla sportu.

Tak sobie pływałem po odmętach jutuba i natknąłem się na gejmpleje z gry Sniper Elite V2. Ba, nawet ją kojarzyłem z pierwszej części, ale pierwsza część jest stara i brzydka, więc się nie liczy. Do czego zmierzam – kiedy zobaczyłem tę cudną kamerę pocisku i rozwalane kości i czaszki, to doszedłem do wniosku, że jestem spragniony krwi i tylko Sniper Elite V2 może to pragnienie zaspokoić.

Zatem po jakimś czasie przysiadłem do rozgrywki i zacząłem samotną przygodę moim jakże bohaterskim bohaterem, którym jest amerykański snajper, działający samotnie w rejonie frontu niemiecko-radzieckiego w Niemczech pod koniec wojny. Czyli zniszczony Berlin, zniszczony Berlin, zniszczony Berlin i… tak, to chyba wszystko.

No dobra, żeby być uczciwym, czasem trafia się misja w jakimś kompleksie czy bazie wojskowej. Ale krajobrazy i tak są jednostajne.

Fabuła gry kręci się wokół (tu niespodzianka!) rakiet V2, a pisząc ogólniej – wokół tych sławetnych niemieckich naukowców, o których bili się Alianci i Związek Radziecki. Ogółem gra polega na tym, że jednych mamy zabić, innych pozyskać, a gdzieś po drodze okazuje się, że musimy ocalić setki tysięcy istnień. Jakżeby inaczej.

Mówiąc wprost – historia gry jest banalna, średnio ciekawa i nie ma w sobie nic z oryginalności. Oprócz tego, jest pełna dziur fabularnych i typowo hollywoodzkiego kiczu. Pytanie jednak, czy kiedykolwiek w drugowojenne strzelanki grało się dla fabuły?

Bo w zasadzie Sniper Elite V2 nie jest niczym więcej niż drugowojenną strzelanką. Jeśli oczekujecie jakiegoś powiewu świeżości po wszystkich medalofhonorach czy kolofdjutich i myśleliście, że SE jest bardziej wymagające czy przynajmniej inne ze względu na swą tematykę – to się zawiedziecie. Sniper Elite w zasadzie niczym się nie różni od wcześniej wymienionych tytułów – mamy ten karabin snajperski, ale i tak zabijamy nim całe dywizje Niemców czy Rosjan, a zresztą i tak mamy do dyspozycji też pistolet maszynowy – dla tradycjonalistów (choć ten przydaje się jedynie na króciutkie dystanse – chociaż tyle realizmu). Poza tym, gra nie ma nic wspólnego z fachem snajpera – skradania jest tu mało, a i tak jest ono trochę bezcelowe, bo przeciwników w większości przypadków nie da się ominąć – zwykle bardziej opłacalne i ciekawsze jest po prostu wyrżnięcie ich co do nogi. Co jakiś czas opłaca się zastawiać jakieś pułapki przy użyciu min i innych ładunków wybuchowych – ale to rzadko. I tak to sobie przemierzamy sobie kolejne mapy, całkowicie samotnie likwidując wrażych żołnierzy na kopy i nieśmiało ziewając, bo kamera pocisku już nam się znudziła.

Skoro już o tym wspomniałem, to napiszę o tej jednej z nielicznych zalet gry, rzeczy, dzięki której w ogóle zapragnąłem sprawdzić Sniper Elite V2. Jest to wspomniana kamera pocisku, czyli coś, co jest znane już z poprzedniej części, ale w tej zostało znacznie ulepszone. Teraz każdy strzał możemy w spokoju podziwiać, obserwując w zwolnionym tempie lecący pocisk, a następnie dokonywane przezeń spustoszenia w ciele wroga wręcz z sadystyczną dokładnością w czymś, co przypomina prześwietlenie rentgenowskie. I tak możemy obserwować druzgotane czaszki i kości oraz niszczone mózgi, płuca, serca, zęby, gałki oczne, wątroby, jelita, nerki czy jądra (sic!). Możemy nawet odstrzelić przeciwnikowi palce u dłoni albo zdetonować granat przypięty do jego pasa. I jakkolwiek dziwnie to nie brzmi – naprawdę ładnie się to prezentuje. Widać, że twórcy nad tym elementem gry bardzo się napracowali. Szkoda, że prawdopodobnie tylko nad tym – cała reszta gry robi wrażenie tła jeno do tych efektów.

Wygląda to z grubsza tak

Poza tym, gra nie prezentuje nic ciekawego i wygląda na to, że nieco zmarnowała swój potencjał. Nie ma tu nawet jakichś epickich pojedynków snajperskich (znaczy, zdarzają się, ale są kpiną – w 99% przypadków to wrogi snajper zauważa nas pierwszy, a my po prostu zgarniamy parę hitów, patrząc, skąd strzela, po czym go uśmiercamy) ani nawet jakichś szczególnie efektownych strzałów. Przeważnie najdalsze cele, do których strzelamy, są oddalone gdzieś o 200 metrów – rzadko zdarza się więcej. Czasem tylko mamy podjarę, jak nam się uda zastrzelić dwóch Szkopów jednym pociskiem.
Reasumując – w Sniper Elite V2 możesz zagrać, ale możesz też nie i nic szczególnego nie stracisz. Ocena jak dla mnie to 6+/10.

Plusy:
– kamera pocisku

– kamera pocisku

– kamera pocisku

Minusy:

– nędzna fabuła

– kiepska SI

– monotonne krajobrazy

– prymitywność

A teraz niespodzianka – macie poniżej gejmplej, który nagrałem z tej gry. Nie mówię jednak w nim nic specjalnie poza tym, co tu napisałem, więc w sumie nie wiem, po co miałbyś go oglądać.

Reklamy

Call of Duty: Black Ops

Seria Call of Duty ma już swoje lata i można w jej obrębie zaobserwować dosyć ciekawą ewolucję. Zaczynała od swoistej przeciwwagi dla Medal of Honor – ot, wojenna strzelanka, całkiem efektownie zrobiona. Było tam dużo strzelania, trochę historii i szczypta jakichś dialogów. Ale po prawdzie – fabuły tak naprawdę tam za bardzo nie było, poza tym, że jest wojna i dlatego należy robić jedną rzecz – „zabija się Niemców”, jak to rzekł Arni z 13 posterunku.

Potem nadeszła część druga i w zasadzie wszystko było podobnie, poza jednym – była to gra, która jako jedna z pierwszych zrezygnowała z niezapomnianych apteczek i „paska życia”, czym dała przykład większości późniejszych gier. Zamiast tego uleczanie najcięższych ran odbywa się poprzez parę głębszych oddechów, co ma z realizmem jeszcze mniej wspólnego, ale idealnie pasuje do dynamizmu, który powoli staje się charakterystyczny dla serii. Podobnie jak wszechobecne skrypty, widowiskowa grafika i bezustanne „FEINDLICHE TRUPPEN” w słuchawkach/głośnikach.

Po drodze przewinęło się jeszcze Call of Duty 3, ale mało kto o tym słyszał i w to grał (ja akurat grałem, ha!), bo było na konsole, więc nie odbiło się to szerokim echem. Prawdziwą rewolucją była część czwarta, o wszystkomówiącym podtytule „Modern Warfare”. Oj tak, pamiętam ten szok – „Bez drugiej wojny światowej!??!?!”. Nowy CoD okazał się jednak rewelacją – zmiana otoczenia z opukanej i spenetrowanej z każdej strony 2. wojny (nie no, tak naprawdę to wiemy, że wszyscy ciągle klepali Stalingrad i Ardeny) na współczesne pole bitwy wyszła serii na doskonałe. Jednocześnie ostatecznie została opatentowana nowa koncepcja gry – zamiast bezmyślnej rzeźni mamy bezmyślną rzeźnię, ale za to z fabułą. I to jaką. Biorąc pod uwagę rozmach tej gry, jej efektowność, dynamiczność, stałe trzymanie w napięciu, sensacyjną historię political fiction, a także niestety długość (ok. 6 h) – można ją było określić mianem „interaktywnego filmu”. Nawet samo intro jest filmowe, pełne eksplozji, strzelanin i ten „migawkowy” charakter… Jedna z najlepszych czołówek w historii gier.

Cyklowi został nadany nowy kierunek. Co prawda było jeszcze Call of Duty: World at War, która rzucało nas w wir wojny na Pacyfiku, ale ta część okazała się klapą. Sequel Modern Warfare musiał powstać – i powstał. I rozczarował. „Dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi” – rzekłby pewnie Heraklit, gdyby przeszedł CoD:MW2. Pierwowzór był swego rodzaju nowością, poza tym wydawał się jakoś zdecydowanie bardziej dopieszczony i przemyślany. Na dwójkę twórcy już chyba nie mieli pomysłu, a czuli presję – wiedzieli, że skoro to sequel, to musi być „bardziej”. Skutek – fabuła w tej grze została doprowadzona do granic absurdu. My, wychowani na Disneyu i Hollywoodzie, potrafimy wypić litry patosu, banalności, wymuszonej na siłę akcji – ale, do cholery, bez przesady. Zbyt bardzo czuć było target tej gry. Podstawówka, gimnazjum w porywach. Była nadymana niczym balon i pękała w szwach od absurdów nie tylko fabularnych, ale nawet fizycznych:

Potężna fala uderzeniowa niszcząca satelity (tak naprawdę to stacje kosmiczne, ale Emes jest psychologiem)… W PRÓŻNI KOSMICZNEJ? OH COMMON!

Jest to oczywiście możliwe, biorąc pod uwagę obecność rzadkiej atmosfery na takiej wysokości, nie była to przecież przestrzeń kosmiczna w pełnym tego słowa znaczeniu. Poza tym Jakiś Dziwny Koleś nie jest fizykiem, tylko psychologiem, więc nic się nie zna kompletnie. W każdym razie – było epicko, a astronauta osiągnął czwartą prędkość kosmiczną i w tej chwili opuszcza Drogę Mleczną w swej pełnej przygód podróży „Stąd do nieskończoności”. Co na to jego rodzina i znajomi? Cóż, jako że w ich ogródkach pojawiła się jakiś czas temu głowica nuklearna mająca właśnie skorzystać z niesamowitych własności fizyki cząstek elementarnych, a nawet subatomowych, zapewne nie zdążyli pomyśleć „o, mój mąż opuścił niską orbitę okołoziemską i leci z przysłowiową <<Misją na Marsa>>, a tak naprawdę nie wiadomo gdzie”.  Z powrotem na Ziemi potężne EMP dokonało spustoszenia w mózgach elektronów (które to mózgów de facto nie mają, ale Emes jest psychologiem, więc co on tam wie o elektronach i mózgach) i dzięki temu żołnierze Doborowych Jednostek USA nie mogą użyć swoich iksboksów, a także reddotów, środków komunikacji i innych takich. Na szczęście uczono ich polegać na sobie, więc wyjmują maczety i przeganiają swołocz ze swych ziem. A tak serio, to nie wiedzą, gdzie są i co mają robić i jeszcze ktoś do nich strzela, a oni nie mogą wezwać lotnictwa, bo nie działa selfon, więc są bezbronni. A wracając do opisu gry sensu largo, gra była nawet fajoska. Oczywiście „nawet fajoska” nie może być w żadnej mierze traktowane jako rzetelna ocena gry, ale Emes jest psychologiem, więc co on tam wie o recenzowaniu gier. W każdym razie w dwójce było więcej i kiczowaciej, również w kwestii uśmiercania bohaterów. Wnioskowanie było proste w siedzibie producentów – „Podobało się zabicie bohatera? ZABIJAMY WIĘCEJ BOHATERÓW!”. I zabijali. Jednak wraz z licznymi trupami wśród naszych altereg, sama seria pozostała żywa. Czy na dobre, czy na złe? By się tego dowiedzieć, oglądajcie w piątki o 20:05, powtórki w niedziele o 16:05 w TVP2!

…Tak, przepraszam za kolegę – trochę go poniosło. Swoją drogą, jeśli nie graliście w MW2, to w solidne spojlery się wjebaliście, jakże mi przykro, hehehe.

Pora więc przejść do najnowszej części, co nawet częścią nie jest, a dodatkiem. „No nareszcie”, jak to sobie zapewne pomyślałeś, bo póki co cały czas nawijałem o historii – ale mam na to dobre usprawiedliwienie. Otóż pisanie o poprzednich częściach to pisanie o Black Ops, gdyż zmian praktycznie nie ma. Zaczynam więc opis tego, jak najnowsze dziecko Treyarcha niczym się nie różni od swego rodzeństwa spod skrzydeł Activision.

Przede wszystkim – grafika. Już ledwo dostrzegałem różnice między pierwszym Modern Warfare a drugim, więc teraz o jakimś wielkim postępie mowy być nie może. To zresztą staje się częste – myślę, że jeśli chodzi o wygląd, to gry zbliżyły się do fotorealizmu w takim stopniu, że coraz ciężej to poprawiać. Kolejne bariery są w stanie przebijać tylko gry na miarę Crysisa – co wychodzą raz na 2 lata. Jeśli więc grafika w poprzednich MW Cię zadowalała – to i teraz powinieneś być zadowolony. Jeśli jednak oczekujesz czegoś więcej – rozczarujesz się. Co do rozgrywki, nadal to samo – misje przechodzimy wąską ścieżką od punktu A do punktu B. Tak jak w filmie – za drugim przejściem wszystko będzie takie samo, nic nie dzieje się spontanicznie, wszystko warunkują wszechobecne skrypty. Wymuszają one w dosyć niegrzeczny sposób styl grania, drogę, strzelanie, bieganie, skakanie. Rób wszystko, jak Skrypt przykazał – zostaniesz nagrodzony bezproblemową i bezstresową rozgrywką. Ale zrób coś przeciwko Niemu… masz przejebane. Będzie Cię tłukł po głowie, aż załapiesz, że Jemu się nie sprzeciwia – jak Ci coś każe gra zrobić, to to robisz, jak Ci każe przejść taką, a nie inną drogą, to przechodzisz. Jest to szalenie irytujące, ponieważ jest to jakby wymuszanie dynamizmu na siłę – nie możesz zrobić tak, że np. przyczaisz się za osłoną i będziesz systematycznie eliminował przeciwników – o nie, mój drogi, to nie jest jakieś Operation Flashpoint, to jest Call of Duty! Tutaj skrypt będzie generował nieskończone ilości wrogów, dopóki w końcu się nie poddasz i nie zaczniesz na wariata przeć do przodu i uruchamiać kolejne „wyzwalacze”. Gra zmusi Cię do grania „na Rambo”, nieważne, czy tak lubisz, czy nie. Cały czas odnosiłem wrażenie, że toczę bezustanną walkę, ale nie z moimi wirtualnymi nieprzyjaciółmi, a ze skryptami właśnie.

A fabuła? Cóż, przede wszystkim plus dla twórców, że nie ciągnęli wątku dalszych losów panów Price’a (który powinien już umrzeć z 10 razy) i MacTavisha i w ogóle Rosji dokonującej ataku spadochronowego na USA, no Jezu, trzymajcie mnie – choć to niewątpliwie w końcu nastąpi (dalsze ciągnięcie wątku, nie atak – chociaż ten może też, hehe). Zamiast tego mamy nową historię – i lata 60′. Niby to 50 lat temu już, ale jednak warfare nadal jest raczej modern, więc nie nazwałbym tego powrotem do przeszłości, jeśli chodzi o tło – chociaż retrospektywny sposób opowiadania fabuły dał twórcom wolną rękę – przez to jesteśmy rzucani w najróżniejsze miejsca w różnym czasie (czasem przechodzimy te same zadania z innej perspektywy), a zdradzę, że w jednej misji mamy nawet okazję do powrotu do II WŚ i strzelania do starych, dobrych, drących swoje japy Szwabów. Poza tym, osadzenie akcji w przeszłości sprawia, że nie mamy już do czynienia z kompletnym political fiction, gdyż fabuła jest spleciona z rzeczywistymi wydarzeniami historycznymi w sposób, który mi się bardzo podoba. Przez nasz monitor przewinie się też kilka historycznych postaci. Ogólnie jakoś opowiedzianej historii samej w sobie nie mogę za wiele zarzucić – jest ciekawa zrobiona, nie brakuje zwrotów akcji i pewnych Tajemnic, które na końcu zostają rozwikłane.

O, to nie jest screen z gry. W zasadzie to nie wiem, skąd się tu to wzięło. Naprawdę. (pewnie z twojej kamerki internetowej automatycznie wkleiło - schetyna)


A jeśli chodzi o sam charakter tej gry? Cóż – nihil novi sub sole. A może raczej – nowością jest to, że twórcy ostatecznie zdali sobie sprawę, czym jest ich dzieło, czym się charakteryzuje i kto w nie gra. I dlatego wszystkie cechy serii są w Black Ops widoczne jak na dłoni – hektolitry patosu, „epickości”, mnóstwo strzelania, eksplozji, ognia, pościgów, dokonywania niemożliwego, uciekania w ostatniej możliwej sekundzie, eksplozji, wzniosłych momentów, strzelania, dramatycznych poświęceń, beznadziejnych walk w stosunku liczebnym do wroga 1:100, eksplozji, momentów w stylu „Za chwilę powiem Ci coś bardzo ważnego… och nie, ktoś mnie akurat zastrzelił.”, zadań z cyklu „mamy godzinę na uratowanie świata, czas start”, strzelania, „bulet tajmów”, efektownego wykańczania „głównych złych”, dialogów i sytuacji rodem z hollywoodzkiego filmu akcji, eksplozji i wybuchów. Mimo całej tej przyzwoitej otoczki historycznej i ogólnej powagi, nie oszukujmy się – to gra dla 12-latków.

Ale za to jaka fajna gra dla 12-latków!

Pozostaje pytanie, czy warto płacić za coś, co od strony technicznej jest tym samym. Cóż – nowe filmy na DVD kosztują podobnie, a Black Ops jest mimo wszystko dłuższe niż film, a równie emocjonujące. Tęsknię jednak za grami, którym trzeba było poświęcić co najmniej tydzień. Jest jeszcze co prawda nowe multi, ale to na mnie wrażenia nie robi, gdyż multiplayer satysfakcjonował mnie zupełnie już przy pierwszej części – a kolejne usprawnienia polegają głównie na dodawaniu nowych bajerów. Zawsze to jednak coś, a fabuła single’a już nie żenuje tak bardzo, jak przy Modern Warfare 2 – więc chyba warto.

A na zakończenie – zabawne intro do trybu Zombie. Podobno wywołało ono nawet jakieś kontrowersje. Ktoś tutaj chyba nie ma poczucia humoru.

Fallout: Nowe Vegas

Na tym blogu będą umieszczane co jakiś czas „recenzje” gier – jak jakąś przejdę i będzie mi się chciało napisać. Jak wie każdy nie-ograniczony umysłowo człowiek, gry to świetne medium, które wpisuje się już w kulturę i które za 15 lat będzie się bez zastanowienia traktować na równi z książkami i filmami. Oczywiście, to nie jakieś nudne gry-online.pl, nie będzie tu recenzyj w ścisłym tego słowa znaczeniu, tylko zbiór moich opinii i przemyśleń – pisane chaotycznie i nieuporządkowanie zapewne, ale i tak nikt tego nie czyta, więc kogo to obchodzi.

Nowego Fallouta skończyłem niedawno, ale przechodziłem go długo z dwóch powodów:

1. Zepsuł mi się komputer

2. Bo to długa gra jest

A konkretnie 70 godzin – tyle dokładnie mi zajęło dosyć staranne przejście, z questami pobocznymi i przeszukiwaniem lokacji. Jeśli więc czujecie się rozczarowani długością gier typu Call of Duty, to Fallout jest dla was. Chyba że nie chcecie.

Jest to dziecko nowej mody na rynku gier komputerowych (obok DLC, niech je trąd stoczy), a mianowicie wydawanie w zasadzie nowych części gry (bo długością dorównują lub przewyższają podstawki) na starym silniku i w zasadzie bez zmian w samym gameplayu – głównymi przykładami tego procederu są Call of Duty: Black Ops i Assassin’s Creed: Brotherhood. Jak widać, obok tendencji dodawania do tytułu oryginalnego jakiegoś śmiesznego podtytułu po dwukropku (co jest w zasadzie przypadłością wszelkich dodatków, ale mniejsza), cechą tych tytułów jest to, że sprzedają się równie dobrze, co podstawowe wersje – wygląda to więc na taktykę skuteczną. Można się zastanowić, jakie to ma efekty dla samych gier – otóż rewolucji raczej się nie można spodziewać, w zasadzie ewolucji też nie – co najwyżej jakieś drobne zmiany w gameplayu i nowe menu, żeby nam nie było smutno. Otrzymujemy więc w zasadzie możliwość przejścia drugi raz tej samej gry, co, jak rozumiem, ma nasycić nasz głód przed właściwym sequelem (który też pewnie nie będzie się zbytnio różnił – ogólnie nie podoba mi się kierunek, w którym zmierzają gry, ale to temat na osobny wpis). W zasadzie nie ma co narzekać – jeżeli gra była dobra, to ważne, by jej nie zepsuli.

A powiem od razu, że Fallouta nie zepsuli (czego można było się domyślać, bo jak można wytrzymać 70 godzin przy kiepskiej grze). Co prawda Fallouta 3 można było nazwać co najwyżej przeciętnym, więc nie wiem, czy to osiągnięcie na miarę Nobla – ale tendencja jest właściwa. Przede wszystkim – fabularnie jest o wieeele lepiej. Gdy 2 lata temu seria Fallout powstawała z martwych poprzez część trzecią, wszyscy mieli wielkie oczekiwania co do zachowania klimatu pierwszych dwóch falałtów – jednocześnie przeczuwając, że nie zostaną one spełnione. Klasyczny Fallout miał bardzo specyficzny charakter – unikalna mieszanka groteski, czarnego humoru i zarazem bezdusznej brutalności w ukazaniu postnuklearnego świata. Ta gra poruszała niebagatelne kwestie i problemy natury moralnej, etycznej i jakiej tam jeszcze, a zarazem była autoironiczna, sama siebie traktowała z przymrużeniem oka – twórcy jakby nam mówili z uśmiechem: „To wszystko to nie jest naprawdę”. Gra, przy której można było się zadumać, jak i się pośmiać. No i kiedy się tak śmiejemy z tego specyficznego poczucia humoru, nagle wkracza Fallout 3 z poważną miną  i mówi: „no, dobra, dobra, koniec śmiechów, proszę o powagę – jestem dorosłą grą komputerową i chcę, by mnie tak traktowano.”

A wszyscy: "Coooooo?"

Efekt? Fallout 3 był niczym 8-latek w za dużym garniturze, który na rodzinnej imprezie chodzi wszędzie dostojnym krokiem i próbuje udawać tego „dorosłego” – jednocześnie co jakiś czas wycierając nos rękawem. Śmieszne, tyle że w żałosny sposób. Jak można próbować zrobić grę „na serio” w świecie Fallouta, gdzie bycie solidnie napromieniowanym objawia się życiem długim na 300 lat?

Mimo że nie potrafię wskazać konkretnie różnic w samym świecie, w New Vegas wygląda to już dużo lepiej. Jak w Fallout’cie 3 były tylko „momenty”, tak można stwierdzić, że ogólnie dodatek ma swój specyficzny klimat. Widać, że ktoś się porządnie wziął za scenariusz po tym, jak trójka została zań niemiłosiernie wykpiona (w skrócie: stary nam uciekł i go gonimy przez całe Pustkowia).  Można też zaobserwować nową modę na wprowadzanie do gry niejednoznacznych postaci, jakichś wybitnych jednostek, które dążą do słusznego – przynajmniej w swoim mniemaniu – celu, nie przebierając przy tym w środkach. Po Człowieku-Iluzji w Mass Effect’cie 2 przyszła kolej na Pana House’a (ciekawe czy nazwisko nieprzypadkowe). Obu oczywiście pokornie służyłem, gdyż lubię takich zwolenników polityki realnej, ale można się również obruszyć i powiedzieć, że to nieładnie. W New Vegas mamy jeszcze opcję pójścia własną drogą, bo ogólnie gra oferuje sporo możliwości, co jest zresztą charakterystyczne dla serii.

Fajne robociki, co? Dziwne, że się nie wypierdalają. No, ten z prawej się wypierdala, ale ma prawo.

Strona techniczna, żeby nie było – graficznie kiepsko, ale przy takich rozmiarach świata można wykazać się wyrozumiałością. Niestety, dla bugów takiej litości nie będzie – ale w oczach dewelopera zawsze lepiej jest wydać grę wcześniej i poprawić patchami, niż dokonać prac wykończeniowych. Mimo wszystko, IMHO zakrawa to na skandal, by zmuszać gracza do grzebania w konsoli, by naprawić błędy, które się nam przypałętały. A potem się dziwią, że takie piractwo – a ja powiem: „jak traktujesz, tak będziesz traktowany”. No i oczywiście muzyka – nie wiem, kto (już przy okazji Fallouta 3) wpadł na pomysł zrobienia soundtracka głównie z utworów zrobionych przed lub krótko po drugiej wojnie światowej, ale chyba jest geniuszem lub miał zajebisty dzień. Kiedyś to robiono prawdziwą muzykę, a nie ta dzisiejsza mielonka dla plebsu.

Co prawda nie z New Vegas, ale fajne.