Nie głosuj, na co chcesz! Nie idź na wybory!

Od kilku lat już przy okazji każdych wyborów organizowane są wszelakie kampanie, finansowane zwykle przez takie czy owakie ministerstwa, które zachęcają szanownych obywateli do głosowania. Twój głos się liczy, wybierz swoją przyszłość i tym podobne bzdety. Czasami wymawiane przez jakąś tam aktorkę czy piosenkarkę, bo w końcu to autorytety i na pewno wiedzą, co mówią. A już najbardziej zachęca się do tego ludzi, którzy pełnoletniość osiągnęli maksymalnie parę lat temu. W końcu trzeba ich wszystkich zachęcić do udziału w tej szopce!

Z parę lat temu po Sieci krążył filmik stworzony przez jakichś dziennikarzy czy coś tam w Stanach Zjednoczonych. Nie chce mi się szukać, więc go nie załączę. Otóż przeprowadzali oni zwykłą sondę uliczną – a zadawali pytania z podstaw polityki. Ilu jest senatorów, kto to jest ten pan na zdjęciu itp. Jak można się łatwo domyśleć, wyszła z tego komedia. Odkryto wielce „szokujący” fakt – większość ludzi nie ma zielonego pojęcia o polityce. A charakterystycznym elementem było to, że na końcu każdego pytano, czy będzie głosował – i zwykle taki delikwent, który przed chwilą popisywał się ignorancją, odpowiadał z obruszeniem, że przecież oczywiście, jak mógłby nie głosować, to jego obowiązek. No, tak…

Czas na odrobinę logicznego myślenia. Demokracja to jest taki absurdalny ustrój, gdzie ludziom udało się wmówić, że są wystarczająco kompetentni, by podejmować jakiekolwiek decyzje polityczne. Pilotowanie samolotu powierzamy wykwalifikowanemu pilotowi, kierowanie pociągiem – maszyniście, sprawę w sądzie – prawnikowi, nawet od zwykłego kierowcy autobusu wymagamy przynajmniej prawa jazdy, natomiast gdy rozchodzi się o jedną z najbardziej rozległych, znaczących i kompleksowych dziedzin życia – to wtedy okazuje się, że ukończenie osiemnastu lat w pełni wystarczy do podejmowania w tym zakresie jakiejś decyzji. Przecież to jest skrajny absurd – a jesteśmy tak przyzwyczajeni, że nikt nawet tego nie zauważa.

Oczywiście, ta konkluzja nieuchronnie doprowadza nas do wniosku, że najlepiej władzę powierzyć jedynie grupie fachowców, a być może nawet jednemu monarsze, ale OK, możemy trochę przystopować i założyć, że jakiś tam procent społeczeństwa ma jakieś kompetencje do tego, by mieć cokolwiek do czynienia z polityką. 10%, powiedzmy. I nie, że pozostałe 90% jest kompletnie tępa – to po prostu nie jest ich bajka, tylko w tym ustroju im się wmawia, że powinni znać się na polityce, w końcu to oni „rządzą” tym krajem, i taki biedak, co to w normalnych warunkach unikałby polityki jak ognia (zresztą pewnie słusznie, bo to straszna, amoralna dziedzina), czuje się z tego powodu winny i w końcu idzie na wybory, bo mu Monika Brodka z telewizora powiedziała, że to jego obowiązek.

A wiadomo, czemu tak powiedziała. Po pierwsze – wiadomo, że taką bezkształtną, naiwną masą manipuluje się z łatwością. Wystarczy, że pani z TVN-u powie, co należy, i już mamy jakieś 40% głosów, no nie ukrywajmy, że tak to się z grubsza przedstawia. Im większa więc frekwencja, im więcej zjaranej i zapitej młodzieży licealnej czy świeżo policealnej głosuje („he, no wiadomo, żeby ten, żeby Kaczor nie wygrał, nie? Bo obciach będzie”), tym lepiej dla establiszmentu. Po drugie – im większa frekwencja, tym większa legitymizacja władzy. Społeczeństwo wybrało – społeczeństwo nie ma zbytniego prawa narzekać. Sprawa dla mnie jest więc prosta – im większa frekwencja, tym gorzej dla nas, tym lepiej dla obranej władzy.

Ale powróćmy do tych 10% społeczeństwa, co ma jakiekolwiek pojęcie o polityce. Wiadomo, że każdy sam będzie się osobiście uważał za przedstawiciela tej wąskiej grupy. No to może kilka pytań – co to jest krzywa Laffera? Czym jest konserwatyzm? Czy kojarzysz, kim był Keynes, a kim Friedman? Potrafisz wymienić przynajmniej 4 partie, które obecnie nie są w Sejmie, podając zarazem ich choćby najogólniejszy zarys programowy? Co to jest „Realpolitik”? Jakie znaczenie miało wprowadzenie Traktatu Lizbońskiego?

Jeżeli na większość tych pytań Twoją reakcją było „Eeee?”, masz mój certyfikat, który oficjalnie zwalnia Cię z „obowiązku” głosowania w wyborach. No ale wiadomo, że test jest raczej mało rzetelny i ciężko go zastosować na dużą skalę. IMHO, skoro już się bawimy w demokrację, można by zaostrzyć kryteria posiadania prawa wyborczego. W miarę dobrym warunkiem byłoby wyższe wykształcenie, a moim zdaniem najlepszy byłby cenzus majątkowy. Jak ktoś jest bogaty, to jest to już całkiem solidna przesłanka, by sądzić, że ten ktoś nie jest kompletnym tłumokiem – a sporą część biedoty stanowi menelstwo, którzy by jedynie chcieli, by ktoś wlał im papu do gęby przez lejek.

A więc jeżeli czujesz, że polityka Cię kompletnie nie kręci, nie potrafisz się jasno samookreślić i w sumie to nie wiesz, o co w tym wszystkim biega – nie daj sobie wmówić, że głosowanie to jakiś Twój obowiązek. Zaufaj mi – w dzień wyborów obejrzyj sobie serial, wypij herbatkę, pograj w jakąś fajną grę i oddaj się innym przyjemnościom – tak będzie lepiej dla kraju.

Przemyślenia kolibrowe

Pomalutku zbliża się ten festiwal demokracji, który tyleż dumnie, co durnie, nazywamy „wyborami” (co za śmieszna, nieadekwatna nazwa w sytuacji, kiedy od dwudziestu już lat notorycznie wybierane jest to samo). Zaniepokojonych uspokajam – to tylko taki wstęp, nie będę znowu pisał o demokracji czy czymś tam. Z drugiej jednak strony, ten wpis chyba jednak nie będzie dla wszystkich, bo będą to przemyślenia dotyczące konkretnego środowiska, w którym się niejako obracam, i dotyczące konkretnej partii, którą nie wszyscy lubią. Innymi słowy – przemyślenia kolibra (z naciskiem na „libra”).

Uwaga, to będzie chyba pierwszy moment w historii tego bloga, kiedy jasno i precyzyjnie zdeklaruję się politycznie – tak, w wyborach zagłosuję na Kongres Nowej Prawicy. Zagłosuję, choć wiele zjawisk i ludzi próbowało mnie od tego odwieść, w tym moje drugie, krytyczne Ja. Nie zamierzam tu się teraz rozwodzić, dlaczego chcę to zrobić – poglądy mam, jakie mam, mam tę swoją głupią, naiwną wiarę, że każdy człowiek powinien być w pełni wolny i odpowiedzialny za to, co robi, że nie wolno traktować ludzi jak małe dzieci, że jeśli ktoś chce wydać swoje własne pieniądze na hazard, papierosy czy na „złoty strzał”, to ma do tego pełne prawo, dopóki nie szkodzi bezpośrednio innym. Że każdy człowiek wie lepiej, jak i na co ma wydać swoją krwawicę, a nie państwo, które mu te pieniądze zabierze i wyda za niego, bo ono wie lepiej, czego obywatel chce i potrzebuje. Że ludzie nieodpowiedzialni, nierozsądni czy zwyczajnie głupi muszą również w pełni odpowiadać za swe złe decyzje. Te wszystkie założenia są dla mnie naturalne jak Słońce na niebie, a przecież nie będę Wam tłumaczył, dlaczego Słońce sobie świeci każdego dnia.

Tak się składa, że najbliższe wybory wyjątkowo mają szansę wprowadzić jakąś zmianę. Ten chory, podły system nie mógł przecież trwać w nieskończoność i wygląda na to, że powoli zmierza on ku upadkowi. Coraz gorsza sytuacja gospodarcza, coraz bardziej jawne i bezczelna kłamstwa polityków, coraz bardziej skandaliczne afery – to wszystko prowadzi do tego, że coraz więcej ludzi skłania się ku alternatywie. A ja osobiście nie widzę na polskiej scenie politycznej większej (i sensownej przy tym) alternatywy niż Janusz Korwin-Mikke. I istotnie, słyszę już dużo głosów ludzi, którzy deklarują się w końcu zagłosować na JKM-a – w końcu, bo wcześniej głosowali na standardowe „partie” albo nie głosowali w ogóle. JKM w swoim stylu fantazjuje na blogu, pisząc o 15% – to oczywiście nierealne, ale już 5%-owy próg wyborczy jest, w mojej ocenie, jak najbardziej w zasięgu. A osiągnięcie tego progu to mógłby być prawdziwy przełom.

Co więc mnie martwi? To, że z przypływem ze strony „nawróconych”, obserwuję jednocześnie odpływ wśród „weteranów”. Słyszę głosy ludzi, którzy potrafią wyłuszczyć na parę stron swoje konserwatywno-liberalne poglądy, a na końcu napisać „Wcale nie jestem zwolennikiem JKM-a”. Słyszę głosy ludzi, którzy mówią „Kiedyś głosowałem na Korwina, ale już z tego wyrosłem”. A potem wyłuszczają swe konserwatywno-liberalne poglądy.

Wbrew pozorom, jako wiecznie niedojrzały zwolennik Korwina, potrafię to zrozumieć. To znaczy, „rozumiem” o tyle, o ile wiem, co nimi kieruje. Wiem, co kieruje tymi, których cierpliwość na wybryki Korwina się wyczerpała. Wiem, co kieruje tymi, którzy wysnuwają teorie o tym, że JKM jest tak naprawdę agentem służb specjalnych mający na celu skompromitowanie ideologii wolnościowej. I ja sam często nie potrafię pojąć, jak to jest, że JKM nierzadko prowadzi idealne zaprzeczenie polityki realnej – czyli pojęcia, które było w nazwie partii, którą stworzył. Polityka realna – czyli polityka pozbawiona skrupułów i moralności, nastawiona na zysk i efekt, podczas gdy Korwin otwarcie mówi, że nigdy nie będzie się ograniczał i zawsze będzie mówił to, co myśli. Efekty są, jakie są. Zbliżają się wybory – niektórzy ludzie, zaintrygowani Nową Prawicą, wchodzą na blog Korwina, by zobaczyć, co zacz, i co widzą? Że socjaliści nie są ludźmi, tylko brakującym ogniwem, i jeszcze parę podobnych uwag. Zwolennicy wiedzą już, co jest poważnym stwierdzeniem, a co jest z przymrużeniem oka, znają też uzasadnienie i źródło poszczególnych poglądów – ale tego wszystkiego nie wie ktoś „nowy”, który zostaje na starcie zmiażdżony kontrowersją. Istotnie można odnieść wrażenie, że JKM robi to celowo – zamiast nieco przystopować, emanuje jeszcze większym radykalizmem, czym skutecznie odstrasza potencjalnych wyborców.

Bardzo bawi mnie ten mem

To wszystko sprawia, że nie takie głupie są te teorie twierdzące, że Korwin w istocie staje na głowie, byle tylko nie dojść do władzy. Z drugiej strony, JKM odpowiedział kiedyś bardzo dobrym i celnym argumentem – w tym kraju w rzeczywistości jest wielu ludzi, którzy wyznają dokładnie takie same poglądy, jak on – i nikt nigdy o nich nie słyszał. O Korwinie – czy dobrze, czy źle – słyszał chyba każdy. Kontrowersyjność to jest po prostu jego siła przebicia, jego narzędzie, dzięki któremu ktoś w ogóle usłyszał o czymś innym, niż to, co mówi Pan z Telewizora. Narzędzie, które jednak zarazem nam niewyobrażalnie szkodzi – bo jak raz zdobędziemy te parę procent poparcia, tak nie możemy marzyć o niczym więcej. Większość ludzi zostaje skutecznie odpędzona już na starcie. Znajduje to pokrycie w badaniach, które pokazały, że JKM ma jeden z największych, jeśli nie największy elektorat negatywny (czyli ludzi, którzy NA PEWNO NIE będą głosować na danego kandydata. Jakby ktoś nie wiedział).

Jednak najgorsze nastało w momencie, kiedy pan Janusz uznał, że jego główną areną działań powinien być Internet, gdyż tylko tam w ogóle idea będzie miała szanse do kogokolwiek dojść, a poza tym – to przecież przyszłość. Wniosek niby słuszny, ale konsekwencje tragiczne. Od tamtej chwili JKM zaczął wysyłać swe wierne bojówki w internetowy świat, by głosiły wszędzie korwinowską Dobrą Nowinę. Tysiące apostołów zaczęło żarliwie wypełniać swą życiową misję, dosłownie zalewając i spamiąc wszelkie możliwe strony, serwisy, portale, fora internetowe i co tam jeszcze. Tak oto właśnie powstał stereotyp zwolennika Korwina – pryszczaty licealista, ślepo powtarzający różne prawdy i dogmaty, żywcem wzięte z blogu swego życiowego idola. Naprawdę, mimo że uważam, że jeśli ktoś głosuje na JKM-a, to można założyć, że jest to w miarę rozsądny człowiek, to mnie samego ogarniała groza, kiedy widziałem te wypociny akolitów, które składały się w zasadzie wyłącznie z cytatów z pana Janusza. Tak oto niby słuszny projekt głoszenia idei liberalnej w Internecie zaczął przynosić skutki odwrotne od zamierzonych – bo jak wiadomo, w nadmiarze wszystko szkodzi. Ci, których się przekonać dało, byli przekonani już wcześniej, natomiast cała reszta została bardzo skutecznie odstręczona. A w końcu i przekonani zaczęli tracić przekonanie.

Do nich w zasadzie kieruję ten tekst. Do tych biednych, zakompleksionych ludzi, którzy dali sobie wmówić, że popieranie Korwina to wstyd i dziecinada. Którzy teraz nadal hołdują poglądom konserwatywno-liberalnym (w mniejszym lub większym stopniu), ale na JKM-a nie zagłosuje, byle tylko uniknąć upokarzającej łatki „korwinisty” – czyli pryszczatego licealisty i tak dalej i tak dalej. Jest to, rzecz jasna, postawa wysoce nieracjonalna i dlatego tak mnie to martwi. To oczywiste, że JKM nie jest idealny, wszak nikt, poza mną, nie jest. To naturalne i normalne, że się można z nim nie zgadzać w 100% (ja sam przecież tego nie robię – główny zgrzyt to mój pogląd na temat legalności eutanazji). Można się z programem Nowej Prawicy zgadzać nawet tylko w 90%, 70%, 60%. Ale czy naprawdę tym wszystkim ludziom nie zależy, by w tym kraju było choć odrobinę lepiej? Bo zwykle tacy ludzie teraz deklarują, że nie będą głosować, bo nie mają na kogo, a „Korwin nie jest alternatywą”. Owszem, kurna, jest. Daliście się zakrzyczeć hejterom, ulegliście wyśmiewaniu i tym podobnym praktykom. Zamiast zagłosować na kogoś, którego poglądy w największym stopniu pokrywają się z Waszymi, wolicie umyć ręce, byle Was nikt znowu nie nazwał zapalczywym upeerowcem. I przez to jedna z najlepszych, dotychczasowych okazji na to, by coś zmienić w tym kraju, może przejść koło nosa.

Taka moja opinia przynajmniej. Ostatecznie, przecież nie będę nikogo zmuszał.

Nie róbmy polityki – budujmy… tfu, zamykajmy stadiony

Wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że pan premier Tusk w końcu zdobył przezwisko, na które pracował od już długiego czasu. Pewien bloger ochrzcił go mianem „Kononowicza” – od idola politycznego, na którym pan Tusk zdaje się wzorować. A przede wszystkim na pamiętnym haśle „żeby nie było niczego”. Żeby nie było dopalaczy, żeby nie było hazardu, żeby nie było stadionów i innych pokus dla zagubionego, wymagającego opieki Polaka. Ale za to – żeby było poparcie i żeby była złuda jakiejś działalności, mająca zamaskować przebimbanie większości kadencji. Co do tego ostatniego – niestety, to może być nawet skuteczne. Ludzie mają krótką pamięć i już spotkałem się z głosami „TERAZ IM JUŻ NIE POWIECIE, ŻE NIC NIE ZROBILI”.

Szkoda tylko, że robią tylko rzeczy, których by lepiej dla ogółu nie robili. Tym bardziej, kiedy są one tak ewidentnie nastawione nie na jakąś korzyść dla tego styranego kraju i ludzi, tylko na korzyść dla rządu i jego słupków poparcia – najwyższej wartości w demokracji. Zamykanie stadionów jest tego najlepszym przykładem – pan premier postanowił zastosować się do znanej i sprawdzonej w obozach koncentracyjnych zasady odpowiedzialności zbiorowej i z powodu wybryków paru chuliganów (możliwe, że podstawionych, wg niektórych teorii spiskowych) ukarać wszystkich ludzi chcących się rozerwać w weekend, a także kluby, które ponoszą ogromne straty. Ukarać podobno całkowicie bezprawnie, ja tam nie wiem, ale czy to naprawdę ma jakieś znaczenie? Po tym, jak już prawo zostało bezceremonialnie zdeptane przy okazji delegalizacji dopalaczy i nikomu jakoś to nie przeszkadzało? Niestety, „państwo demokratyczne” i „państwo prawa” to dwa pojęcia pozostające ze sobą w wielkiej niezgodzie.

Jest nadzieja, że ten czysto populistyczny zabieg jednak się panu Donaldu Tusku nie opłaci. Wśród kibiców z pewnością definitywnie stracił poparcie – a to nie jest wcale taki mikroskopijny elektorat. Pozostaje niestety jeszcze masa, tak samo naiwna i głupia jak zawsze. Strach pomyśleć, jakich desperackich kroków podejmie się rząd, byle tylko uratować swoje stołki. Wszak premier zamknął te stadiony z niewątpliwym bólem serca, w końcu to znany fan futbolu, okazyjnie także piłkarz. W końcu to on nam pobudował Orliki – polską receptę na świetlaną przyszłość! Przejeżdżałem niedawno obok takiego – we wsi liczącej ze 200 osób, piękne boisko z oświetleniem nawet (!). Lampy nie świeciły, bo był dzień, za to sam Orlik oczywiście świecił pustkami. Stadiony Narodowe w miniaturze. Ale jednak coś nam ten rząd kochany buduje! Nie powiesz, że nie! Gdzieś widziałem nawet, że na Orliki wydaje się więcej niż na drogi. I nikogo to nie powinno dziwić, to całkowicie logiczne z demokratycznego punktu widzenia – co daje większe szanse na przetrwanie kadencji, jest ważniejsze. A Orliki niewątpliwie są zdecydowanie bardziej widowiskowe niż jakieś nikomu niepotrzebne drogi.

Ech, demokracja – demokracja nigdy się nie zmienia. Jak można popierać ustrój, w którym wszelka inwestycja, która zwróci się po okresie dłuższym niż kadencja, jest ze strony władzy działalnością charytatywną? Dokładnie charytatywną, bo jej się nie opłaca robić czegoś, co nie dość, że nie przełoży się pozytywnie na wynik najbliższych wyborów, to dodatkowo może wpłynąć na nie negatywnie (bo przecież „nic nie robią” – jak wiadomo, przyszłość dla masy nie istnieje, bo jej nie widać. Orliki widać). Sens ma jedynie ustrój, w którym korzyść dla narodu i państwa jest jednocześnie korzyścią dla rządzących. Obecnie jest to rozdzielone – państwo jest w stanie agonalnym, ale posłom diety jakoś nigdy nie zabrakło.

I tak to będzie trwało, aż nadejdzie bolesny upadek. Ten wydaje mi się nieunikniony, także biorąc pod uwagę działalność kolejnych rządów. Nawet Tusk, człowiek o, bądź co bądź, liberalnych korzeniach, robi wszystko na opak, jeśli miałoby się na celu ratowanie państwa – tj. podwyższa podatki i zwiększa wydatki na coraz większą administrację. Ratowanie państwa jednak wyraźnie nikomu na sercu nie leży i odnoszę wrażenie, że te wszystkie działania mają jeden tylko cel – nachapać jak najwięcej kasy, póki jeszcze można. Teza strasznie prymitywna i wręcz naiwna, ale szczerze – biorąc pod uwagę klasę naszych polityków, nie zdziwiłoby mnie to. Im jeno kury szczać prowadzić, jak to rzekł onegdaj marszałek Piłsudski.

Do czego służy związek zawodowy?

Taaak, bardzo ważkie pytanie w naszych czasach, w których od związków zawodowych aż się roi – w każdym zawodzie, w każdym zakładzie pracy musi być związek zawodowy, a jak nie ma, to będzie, bo musi, bo to nieładnie i w ogóle ucisk. Zaraza zasiana przed laty (nieumyślnie zapewne) w umysłach ludzi przez Karola Marxa po dziś dzień zostawia po sobie pokłosie.

Temat ten jest mi bliski o tyle, że w ramach swoich przykrych, studenckich obowiązków pracuję aktualnie nad referatem na temat samorządu psychologów. Z tego względu miałem okazję poczytać trochę o Polskim Towarzystwie Psychologicznym i ich postulatach w kontekście owego samorządu (który na tę chwilę nie istnieje, co kapeńkę utrudnia napisanie pracy), a także ustawy o zawodzie psychologa. Co postuluje więc ta znacząca siła w polskim światku psychologów? Żądają oni mianowicie „ustawowego uregulowania zasad wykonywania tego zawodu”, a także uniemożliwienie „wykonywania zawodu psychologa przez osoby bez uprawnień zawodowych i wystarczających kompetencji oraz otwieraniu przez nie gabinetów psychologicznych, udzielaniu pomocy psychologicznej.”. Po cóż to? – spyta rozsądny człowiek. Otóż, drogi rozsądny człowiecze…

"...dla ochrony interesu publicznego, pacjentów oraz rynku pracy, a także by zatroszczyć się o jakość usług świadczonych przez psychologów"

Oczywiście trzeba być tragicznie niedorozwiniętym, by autentycznie wierzyć w powyższe bzdury rodem z „Manifestu komunistycznego”. I część osób działających w takich organizacjach istotnie wierzy. Są to, rzecz jasna, ludzie „z dołu”, marionetki w rękach tych, którzy wiedzą, o co naprawdę chodzi z tą całą sprawą. A jeśli ty wciąż nie wiesz, niech znane przysłowie Ci odpowie.

Tak, tylko i wyłącznie o pieniądze. Związki zawodowe to zorganizowana cyganeria – działają one wyłącznie po to, by wyłudzać pieniądze od państwa i pracodawcy, a także by skutecznie forsować rozwiązania i przepisy tworzące odpowiednie warunki do kolejnych przekrętów. To zabawne – przyzwyczaiłem się, że to zwykle państwo i jego przedstawiciele są promotorami socjalistycznych rozwiązań, tym razem jednak w pierwotnym zamierzeniu Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej planowało, co prawda, utworzenie samorządu psychologów, ale przynależność doń nie byłaby obowiązkowa. W tamtym momencie jednak większość stowarzyszeń podniosła larum, pod którym rząd się ugiął, rzecz jasna, gdyż niestety żyjemy w najgłupszym z ustrojów – demokracji.

Przynależność do samorządu będzie więc obowiązkowa – ten, kto się temu nie przyporządkuje, nie uzyska prawa do wykonywania zawodu, więc będzie mógł 5 lat studiów o kant dupy potłuc. Tak samo obowiązkowa ma być, oczywiście, składka – i jeżeli nie jesteś na tyle bystry(a), by domyśleć się, gdzie większość tych pieniędzy trafi, to poradzę Ci od serca, byś nie czytał(-a) tego bloga, bo tylko się zmęczysz. Idź sobie zagłosuj na PO albo coś.

Wprowadzenie regulacji zawodu oraz restrykcji co do jego wykonywania ma także na celu możliwe jak największe ograniczenie wolnego rynku, czyli najgorszego wroga wszelkich nierobów i oszustów. Tak, nikt się nie wyrwie szponom państwa i samorządu – zagrożenie w postaci wolnej konkurencji zostanie zlikwidowane, natomiast dla nieposłusznych wprowadzono szereg jakichś niejasnych Kodeksów Etycznych czy zasad etyki zawodowej, które pod otoczką niewątpliwie słusznie i pięknie brzmiących haseł skrywa bat na tych zbyt niepokornych, których nie dało się uciszyć innymi sposobami. Przewidziano też oczywiście szereg innych, pomniejszych sposobów na marnotrawienie środków – np. wprowadzenie obowiązku tzw. „doskonalenia zawodowego” – które ma się odbywać m. in. na różnorakich szkoleniach. Ich główną istotą będzie zapewne zjedzenie dużej ilości fundowanych przekąsek i obejrzeniu paru slajdów zrobionych w PowerPoint’cie, ale to zawsze większa ilość kasy do zmarnowania – a część zmarnotrawionej kasy można rozkraść.

45 lat PRL-u i 20 lat PRL-bis gówno ludzi nauczyło i ciekawe, czy kiedykolwiek czegoś nauczy – wygląda na to, że Polak kupił sobie nową przypowieść, o której pisał Kochanowski. Z drugiej strony może wyspy czystego komunizmu słabiej się wyróżniają, gdy leżą na oceanie eurosocjalizmu. Jeżeli ktoś mi nie wierzy lub wierzyć nie chce, niech sobie popatrzy na sytuację w zawodach, gdzie już takie światłe idee wprowadzono – i na ogólną sytuację nie tylko naszego kraju, ale i całej Europy. To chyba wystarczy, by stwierdzić, że coś tu jest nie tak. O związkach zawodowych nie można nawet powiedzieć, by idea była dobra – bo już w założeniu to jest mafia, który w obronie swojego interesu wspiera terroryzm i sabotaż (np. strajki). I błagam, niech mi nikt nie pisze, że służą one do obrony pracowników przed krwiopijnym pracodawcą. Każdy, w miarę kumający człowiek, który nie ma umysłu wypranego przez socjalistyczną propagandę, wie, jak to działa w nienormalnym państwie (bo obecna, chora sytuacja jest niestety normą) – gdzie państwo nie ogranicza rynku i nie utrudnia życia przedsiębiorcom, co skutkuje dużą konkurencją, więc jeśli w jednej firmie szef bije swych pracowników rózgą, to Ci przeniosą się do innej – chyba, że są durniami, a takich mi nie żal. Albo masochistami.

Niestety, nic w tej kwestii się nie zmieni, dopóki nie zlikwidujemy źródła gangreny – a mianowicie ustroju, który wspiera plebs i głupotę, który zwykliśmy dumnie nazywać „demokracją”. Wiedział o tym już Karol Marx, gdy rzekł: „By wprowadzić socjalizm, wystarczy wprowadzić demokrację”. W zasadzie to był wcale inteligentny człowiek – nie miał porównania, więc może nie mógł przewidzieć. Ale my już porównanie mamy. I jak ludzie byli głupi, tak są.

Jeszcze zobaczycie, czym się to wszystko skończy.