Nie głosuj, na co chcesz! Nie idź na wybory!

Od kilku lat już przy okazji każdych wyborów organizowane są wszelakie kampanie, finansowane zwykle przez takie czy owakie ministerstwa, które zachęcają szanownych obywateli do głosowania. Twój głos się liczy, wybierz swoją przyszłość i tym podobne bzdety. Czasami wymawiane przez jakąś tam aktorkę czy piosenkarkę, bo w końcu to autorytety i na pewno wiedzą, co mówią. A już najbardziej zachęca się do tego ludzi, którzy pełnoletniość osiągnęli maksymalnie parę lat temu. W końcu trzeba ich wszystkich zachęcić do udziału w tej szopce!

Z parę lat temu po Sieci krążył filmik stworzony przez jakichś dziennikarzy czy coś tam w Stanach Zjednoczonych. Nie chce mi się szukać, więc go nie załączę. Otóż przeprowadzali oni zwykłą sondę uliczną – a zadawali pytania z podstaw polityki. Ilu jest senatorów, kto to jest ten pan na zdjęciu itp. Jak można się łatwo domyśleć, wyszła z tego komedia. Odkryto wielce „szokujący” fakt – większość ludzi nie ma zielonego pojęcia o polityce. A charakterystycznym elementem było to, że na końcu każdego pytano, czy będzie głosował – i zwykle taki delikwent, który przed chwilą popisywał się ignorancją, odpowiadał z obruszeniem, że przecież oczywiście, jak mógłby nie głosować, to jego obowiązek. No, tak…

Czas na odrobinę logicznego myślenia. Demokracja to jest taki absurdalny ustrój, gdzie ludziom udało się wmówić, że są wystarczająco kompetentni, by podejmować jakiekolwiek decyzje polityczne. Pilotowanie samolotu powierzamy wykwalifikowanemu pilotowi, kierowanie pociągiem – maszyniście, sprawę w sądzie – prawnikowi, nawet od zwykłego kierowcy autobusu wymagamy przynajmniej prawa jazdy, natomiast gdy rozchodzi się o jedną z najbardziej rozległych, znaczących i kompleksowych dziedzin życia – to wtedy okazuje się, że ukończenie osiemnastu lat w pełni wystarczy do podejmowania w tym zakresie jakiejś decyzji. Przecież to jest skrajny absurd – a jesteśmy tak przyzwyczajeni, że nikt nawet tego nie zauważa.

Oczywiście, ta konkluzja nieuchronnie doprowadza nas do wniosku, że najlepiej władzę powierzyć jedynie grupie fachowców, a być może nawet jednemu monarsze, ale OK, możemy trochę przystopować i założyć, że jakiś tam procent społeczeństwa ma jakieś kompetencje do tego, by mieć cokolwiek do czynienia z polityką. 10%, powiedzmy. I nie, że pozostałe 90% jest kompletnie tępa – to po prostu nie jest ich bajka, tylko w tym ustroju im się wmawia, że powinni znać się na polityce, w końcu to oni „rządzą” tym krajem, i taki biedak, co to w normalnych warunkach unikałby polityki jak ognia (zresztą pewnie słusznie, bo to straszna, amoralna dziedzina), czuje się z tego powodu winny i w końcu idzie na wybory, bo mu Monika Brodka z telewizora powiedziała, że to jego obowiązek.

A wiadomo, czemu tak powiedziała. Po pierwsze – wiadomo, że taką bezkształtną, naiwną masą manipuluje się z łatwością. Wystarczy, że pani z TVN-u powie, co należy, i już mamy jakieś 40% głosów, no nie ukrywajmy, że tak to się z grubsza przedstawia. Im większa więc frekwencja, im więcej zjaranej i zapitej młodzieży licealnej czy świeżo policealnej głosuje („he, no wiadomo, żeby ten, żeby Kaczor nie wygrał, nie? Bo obciach będzie”), tym lepiej dla establiszmentu. Po drugie – im większa frekwencja, tym większa legitymizacja władzy. Społeczeństwo wybrało – społeczeństwo nie ma zbytniego prawa narzekać. Sprawa dla mnie jest więc prosta – im większa frekwencja, tym gorzej dla nas, tym lepiej dla obranej władzy.

Ale powróćmy do tych 10% społeczeństwa, co ma jakiekolwiek pojęcie o polityce. Wiadomo, że każdy sam będzie się osobiście uważał za przedstawiciela tej wąskiej grupy. No to może kilka pytań – co to jest krzywa Laffera? Czym jest konserwatyzm? Czy kojarzysz, kim był Keynes, a kim Friedman? Potrafisz wymienić przynajmniej 4 partie, które obecnie nie są w Sejmie, podając zarazem ich choćby najogólniejszy zarys programowy? Co to jest „Realpolitik”? Jakie znaczenie miało wprowadzenie Traktatu Lizbońskiego?

Jeżeli na większość tych pytań Twoją reakcją było „Eeee?”, masz mój certyfikat, który oficjalnie zwalnia Cię z „obowiązku” głosowania w wyborach. No ale wiadomo, że test jest raczej mało rzetelny i ciężko go zastosować na dużą skalę. IMHO, skoro już się bawimy w demokrację, można by zaostrzyć kryteria posiadania prawa wyborczego. W miarę dobrym warunkiem byłoby wyższe wykształcenie, a moim zdaniem najlepszy byłby cenzus majątkowy. Jak ktoś jest bogaty, to jest to już całkiem solidna przesłanka, by sądzić, że ten ktoś nie jest kompletnym tłumokiem – a sporą część biedoty stanowi menelstwo, którzy by jedynie chcieli, by ktoś wlał im papu do gęby przez lejek.

A więc jeżeli czujesz, że polityka Cię kompletnie nie kręci, nie potrafisz się jasno samookreślić i w sumie to nie wiesz, o co w tym wszystkim biega – nie daj sobie wmówić, że głosowanie to jakiś Twój obowiązek. Zaufaj mi – w dzień wyborów obejrzyj sobie serial, wypij herbatkę, pograj w jakąś fajną grę i oddaj się innym przyjemnościom – tak będzie lepiej dla kraju.

From Dust i Atom Zombie Smasher

Ostatnimi czasy nie grałem w jakieś nowe tytuły – tylko World of Tanks, no i przechodziłem sobie pierwszego STALKER-a, bo tak wyszło, że go nigdy nie skończyłem. Nie ma sensu oceniać tak starych gier, więc o grach nie pisałem. Ale ostatnio miałem okazje przejść dwie pozycje, których nazwy są w tytule.

Więc po kolei – From Dust. Gra niemalże indie. Niemalże – bo jednak jest robione przez duże studio, jakim jest niewątpliwie Ubisoft. Niestety, początkowo powielała ona wspólne cechy większości gier tej stajni – była zabugowana i dodatkowo, w ramach „walki z piractwem”, utrudniała, jak tylko się da życie uczciwym graczom, głównie poprzez system DRM. Na szczęście, w chwili obecnej te problemy już przeminęły i w From Dust można już grać bez łez i zgrzytania zębów.

Więc z czym to się je? Opisując grę w paru słowach – jest to symulator piaskownicy, tyle że w dużej skali. I zabawa w Boga. Więc jeśli w dzieciństwie uwielbialiście przypalać mrówkom czułki lupą, a potem niszczyć ich mrowisko, by patrzeć, jak się uwijają – ta gra jest wprost idealna dla was. Także mamy do dyspozycji świat, w którym możemy lać wodę, przesypywać piasek i budować z lawy litą skałę, tym samym tworząc góry, doliny, wyspy i zmieniając bieg rzek, czy tym podobne przyjemności. Ma to jednak cel – na tym świecie żyje prymitywne plemię, które musimy chronić przed różnymi żywiołami i mu pomóc (już po tym, jak znudzi nam się zalewanie ich wodą i lawą) w stworzeniu paru wiosek, czy czegoś w tym stylu. W tym celu mamy do dyspozycji także więcej lub mniej dodatkowych, czasowo działających „mocy”, takich jak odparowanie wody czy jej „zżelkowanie” (no co, dosłowne tłumaczenie „jellify”), co skutecznie powstrzymuje ją przed rozlewaniem się na wszystkie strony.

Tak to wygląda, kiedy nabierzemy jakiejś materii w swoje boskie łapy

Choć w grze nie jest to wprost powiedziane, istnieje jeszcze jeden szkopuł – przedstawiciele plemienia, które dostajemy pod pieczę, są niestety skrajnie niedorozwinięci i w trakcie gry stanowi to sporą trudność. Łażą tam, gdzie chcą, rzadko mając na względzie coś takiego jak”optymalna ścieżka”, czasem nie potrafią przebyć najprostszej przeszkody i stoją, wzywając nas na pomoc, za nic mając to, że za chwilę zaleje ich lawa albo coś w tym guście. Powiedzmy sobie jasno – to banda debili, czemu tak jest – nie wnikam. Może to dlatego, że są czarnoskOH SHI-

Fama głosi, że ta gra ma jakąś fabułę. Istotnie, niby przeprowadzamy te plemię przez kolejne światy, doprowadzając je do jakiegoś celu, a przed każdym etapem jakiś dziadek coś tam gaworzy w ich języku, który składa się głównie z samogłosek, ale nikogo to nie obchodzi i nie ma to żadnego znaczenia, oczywiście. Podobno w miarę postępu gry odblokowujemy kolejne rozdziały jakiejś pisaniny, ale czy ktokolwiek chciałby czytać perypetie ludu ze zbiorowym zespołem Downa?

Mówiąc więc ogólnie, From Dust to luźna, mało zobowiązująca gra, i także mało trudna, ale dająca satysfakcję – bo jednak fajnie jest przez parę minut uporczywie usypywać tamę z piasku, by w końcu zmienić bieg rzeki, która zacznie erodować inne tereny, powstaną jakieś wodospady i tym podobne, a teren, gdzie chcemy osiedlić naszych ludzików, staje się suchy. No nie wiem, jak wam, ale mnie oglądanie tych procesów sprawiała radochę, i o to w sumie w tej grze chodzi. O bawienie się, o tworzenie konstrukcji z piasku i lawy, usypywaniu ścieżek dla naszych małych, głupich lemingów. A najfajniej, kiedy nadchodzi cunami* – a wioska naszych ludków ma ochronę przed wodą, co sprawia, że nie jest zalewana, bo wodę odpycha jakaś bariera kinetyczna (zadziwiająca technologia jak na cywilizację ludzi upośledzonych). Piękny widok, gdy wokół wioski wznoszą się ściany wody, a cały świat wokół znika pod kipielą.

Tak to z grubsza sie prezentuje. Tu co prawda mało efektownie, ale lepszego skrina nie znalazłem, a samemu robić mi się nie chce

Gra dosyć krótka, ale w sumie to chyba dobrze, bo pewnie by się szybko znudziła. A tak, to mamy czas na inne gry, i w moim przypadku jedną z tych innych było Atom Zombie Smasher.

Cholernie obiecująca nazwa, czyż nie? Taaaak, wygląda na to, że temat zombiaków opanowujących świat nieprędko się wyczerpie. Nie mamy jednak tu do czynienia z klonem Resident Evila czy Left 4 Deada. Jest to gra indie za 3 euro, więc wiadomo, że nie może sobie raczej pozwolić na porażającą grafikę i inne tego typu bajery, ale za to opiera się na dobrym pomyśle i jest bardzo grywalna w związku z tym. Tenże pomysł jest prosty – dowodzimy oddziałem najemników, który ma za zadanie ewakuować miasto atakowane przez zombi. Ewakuacją zajmuje się helikopter, a snajperzy, żołnierze, artyleria, miny, dynamity, barykady i inne tego typu rzeczy blokują do niego dostęp zombiakom. Naszym celem jest gromadzenie punktów za ocalone miasta i podbite terytoria (podbijamy je, gdy zabijemy wszystkie zombiaki na mapie w określonym czasie) na dużej mapie świata.

Miasto, którym aktualnie się zajmujemy, widzimy z lotu ptaka, a ludzie i zombi są przedstawione w postaci poruszających się kropek – odpowiednio żółtych i fioletowych. Nie wygląda to imponująco, ale nie musi, bo nie o to w grze chodzi. Każdą misję zaczynamy od fazy planowania, gdzie spokojnie zastanawiamy się, jak rozmieścić nasze jednostki. Od tego w dużej mierze zależy sukces i dlatego ta gra jest bardziej na myślenie i zmysł taktyczny niż na zręczność.

A wygląda to tak

Ma ona, rzecz jasna, parę wad – przede wszystkim, nieco wadliwe AI ludzi (bo to, że zombiaki są durne, jest akurat normalne), którzy czasem zachowują się kompletnie niezrozumiale i lubią np. rzucić się prosto w stronę hordy nieumarłych, gdzie oczywiście natychmiast zostają zarażeni. Oprócz tego, nasi militarni podopieczni także nie grzeszą bystrością – np. snajperzy UWIELBIAJĄ zabijać najmniej groźne zombiaki, zamiast zabić tego jednego, małego gnojka, który właśnie zbliża się do strefy ewakuacyjnej i za chwilę zarazi setki ludzi. Wierzcie mi, potrafi to mocno zirytować.

Niestety, gra się szybko nudzi, mimo że początkowo wciąga. Na szczęście jednak, jest ona łatwo modowalna, a mechanizm ściągania i instalowania modów z neta jest wbudowany w grę – co przedłuża jej żywotność. Dlatego te marne 3 eurasy nie są inwestycją zmarnowaną.

*Bardzo mnie irytuje, że język polski jest jednym z nielicznych języków, w którym właściwie się używa litery „c”, a mimo tego z tego nie korzystamy i kopiujemy Anglików, którzy muszą się ratować jakimiś „ts” czy „tz”. Cunami, mucha ce-ce – piszmy tak, czemu mamy używać kulawej, angielskiej transkrypcji?

Żeby nie było…

…że się nic nie znam na przepowiadaniu przyszłości. Bo przecież się znam.

Raz jeden pozwoliłem sobie na agitację polityczną i się to na mnie musiało zemścić. Ja tu zachęcam do głosowania na KNP, mówiąc, że jest realna szansa na przekroczenie 5%-owego progu wyborczego, a tu nagle wszyscy budzą się z ręką w nocniku, bo okazuje się, że Korwin&Spółka z.o.o nie zebrała dostatecznej liczby podpisów, by zarejestrować listy w całym kraju. Okazuje się, że młoda partia nie jest tak zorganizowana, jakbyśmy chcieli – jako przykład mogę przywołać fakt, że w jednym z okręgów koordynatorem był 18-latek (!), który w ostatnim tygodniu zbierania podpisów wyjechał sobie na wakacje (!!!).

Nie zamierzam się tutaj absolutnie wyżywać,  bo nie mam do tego moralnego prawa – sam nie kiwnąłem leniwym paluchem, by jakoś wspomóc te starania, ale jestem przecież sławnym na cały świat blogerem, a to była robota dobra dla pospolitego gminu. Mimo wszystko – nie ukrywam, że jestem NIECO rozczarowany.

Fakty są proste – zamiast list w całym kraju, są listy w niewiele ponad połowie okręgów. Mimo jakichś tam wyliczeń i teoretycznych rozważań pana Żółtka i Korwina, point de rêveries – to znacząco zmniejsza szanse na wejście KNP do Sejmu. W istocie muszę odszczekiwać swoje słowa – wygląda na to, że prawica w dalszym ciągu będzie za burtą. Uznałem, że lepiej będzie, kiedy przyznam to już teraz, żeby potem nie wyszedł na jakiegoś fantastę.

Nie zmienia to faktu, że głosować na KNP będę (w Łodzi listę mają) i zachęcam do tego każdego, kto ma możliwość. Bo szczerze – i tak nie ma lepszego wyboru. Palikotowi nie wierzę i nie ufam za grosz, poza tym to większy błazen niż JKM, a JKM ledwo ledwo mieści się w dopuszczalnych granicach. Może ewentualnie nie głosować – wszak to i tak nie ma większego znaczenia. Cóż.

PS Przepraszam za rzadkie wpisy. Wygląda na to, że blog staje się naprawdę tym, czym miał być od początku – miejscem nie dla czytelnika, lecz przede wszystkim dla mnie, bym miał gdzie się wyżalić i skrystalizować swe myśli. A że ostatnio nie mam na to ochoty…

 

EDIT: Zapomniałem wspomnieć – czekałem długo z tym wpisem, bo nie wiadomo było, jak to się skończy – i w zasadzie nadal nie wiadomo. Ponoć jest jeszcze szansa, zobaczymy. Możliwe, że będę musiał i ten wpis odszczekiwać.

Przemyślenia kolibrowe

Pomalutku zbliża się ten festiwal demokracji, który tyleż dumnie, co durnie, nazywamy „wyborami” (co za śmieszna, nieadekwatna nazwa w sytuacji, kiedy od dwudziestu już lat notorycznie wybierane jest to samo). Zaniepokojonych uspokajam – to tylko taki wstęp, nie będę znowu pisał o demokracji czy czymś tam. Z drugiej jednak strony, ten wpis chyba jednak nie będzie dla wszystkich, bo będą to przemyślenia dotyczące konkretnego środowiska, w którym się niejako obracam, i dotyczące konkretnej partii, którą nie wszyscy lubią. Innymi słowy – przemyślenia kolibra (z naciskiem na „libra”).

Uwaga, to będzie chyba pierwszy moment w historii tego bloga, kiedy jasno i precyzyjnie zdeklaruję się politycznie – tak, w wyborach zagłosuję na Kongres Nowej Prawicy. Zagłosuję, choć wiele zjawisk i ludzi próbowało mnie od tego odwieść, w tym moje drugie, krytyczne Ja. Nie zamierzam tu się teraz rozwodzić, dlaczego chcę to zrobić – poglądy mam, jakie mam, mam tę swoją głupią, naiwną wiarę, że każdy człowiek powinien być w pełni wolny i odpowiedzialny za to, co robi, że nie wolno traktować ludzi jak małe dzieci, że jeśli ktoś chce wydać swoje własne pieniądze na hazard, papierosy czy na „złoty strzał”, to ma do tego pełne prawo, dopóki nie szkodzi bezpośrednio innym. Że każdy człowiek wie lepiej, jak i na co ma wydać swoją krwawicę, a nie państwo, które mu te pieniądze zabierze i wyda za niego, bo ono wie lepiej, czego obywatel chce i potrzebuje. Że ludzie nieodpowiedzialni, nierozsądni czy zwyczajnie głupi muszą również w pełni odpowiadać za swe złe decyzje. Te wszystkie założenia są dla mnie naturalne jak Słońce na niebie, a przecież nie będę Wam tłumaczył, dlaczego Słońce sobie świeci każdego dnia.

Tak się składa, że najbliższe wybory wyjątkowo mają szansę wprowadzić jakąś zmianę. Ten chory, podły system nie mógł przecież trwać w nieskończoność i wygląda na to, że powoli zmierza on ku upadkowi. Coraz gorsza sytuacja gospodarcza, coraz bardziej jawne i bezczelna kłamstwa polityków, coraz bardziej skandaliczne afery – to wszystko prowadzi do tego, że coraz więcej ludzi skłania się ku alternatywie. A ja osobiście nie widzę na polskiej scenie politycznej większej (i sensownej przy tym) alternatywy niż Janusz Korwin-Mikke. I istotnie, słyszę już dużo głosów ludzi, którzy deklarują się w końcu zagłosować na JKM-a – w końcu, bo wcześniej głosowali na standardowe „partie” albo nie głosowali w ogóle. JKM w swoim stylu fantazjuje na blogu, pisząc o 15% – to oczywiście nierealne, ale już 5%-owy próg wyborczy jest, w mojej ocenie, jak najbardziej w zasięgu. A osiągnięcie tego progu to mógłby być prawdziwy przełom.

Co więc mnie martwi? To, że z przypływem ze strony „nawróconych”, obserwuję jednocześnie odpływ wśród „weteranów”. Słyszę głosy ludzi, którzy potrafią wyłuszczyć na parę stron swoje konserwatywno-liberalne poglądy, a na końcu napisać „Wcale nie jestem zwolennikiem JKM-a”. Słyszę głosy ludzi, którzy mówią „Kiedyś głosowałem na Korwina, ale już z tego wyrosłem”. A potem wyłuszczają swe konserwatywno-liberalne poglądy.

Wbrew pozorom, jako wiecznie niedojrzały zwolennik Korwina, potrafię to zrozumieć. To znaczy, „rozumiem” o tyle, o ile wiem, co nimi kieruje. Wiem, co kieruje tymi, których cierpliwość na wybryki Korwina się wyczerpała. Wiem, co kieruje tymi, którzy wysnuwają teorie o tym, że JKM jest tak naprawdę agentem służb specjalnych mający na celu skompromitowanie ideologii wolnościowej. I ja sam często nie potrafię pojąć, jak to jest, że JKM nierzadko prowadzi idealne zaprzeczenie polityki realnej – czyli pojęcia, które było w nazwie partii, którą stworzył. Polityka realna – czyli polityka pozbawiona skrupułów i moralności, nastawiona na zysk i efekt, podczas gdy Korwin otwarcie mówi, że nigdy nie będzie się ograniczał i zawsze będzie mówił to, co myśli. Efekty są, jakie są. Zbliżają się wybory – niektórzy ludzie, zaintrygowani Nową Prawicą, wchodzą na blog Korwina, by zobaczyć, co zacz, i co widzą? Że socjaliści nie są ludźmi, tylko brakującym ogniwem, i jeszcze parę podobnych uwag. Zwolennicy wiedzą już, co jest poważnym stwierdzeniem, a co jest z przymrużeniem oka, znają też uzasadnienie i źródło poszczególnych poglądów – ale tego wszystkiego nie wie ktoś „nowy”, który zostaje na starcie zmiażdżony kontrowersją. Istotnie można odnieść wrażenie, że JKM robi to celowo – zamiast nieco przystopować, emanuje jeszcze większym radykalizmem, czym skutecznie odstrasza potencjalnych wyborców.

Bardzo bawi mnie ten mem

To wszystko sprawia, że nie takie głupie są te teorie twierdzące, że Korwin w istocie staje na głowie, byle tylko nie dojść do władzy. Z drugiej strony, JKM odpowiedział kiedyś bardzo dobrym i celnym argumentem – w tym kraju w rzeczywistości jest wielu ludzi, którzy wyznają dokładnie takie same poglądy, jak on – i nikt nigdy o nich nie słyszał. O Korwinie – czy dobrze, czy źle – słyszał chyba każdy. Kontrowersyjność to jest po prostu jego siła przebicia, jego narzędzie, dzięki któremu ktoś w ogóle usłyszał o czymś innym, niż to, co mówi Pan z Telewizora. Narzędzie, które jednak zarazem nam niewyobrażalnie szkodzi – bo jak raz zdobędziemy te parę procent poparcia, tak nie możemy marzyć o niczym więcej. Większość ludzi zostaje skutecznie odpędzona już na starcie. Znajduje to pokrycie w badaniach, które pokazały, że JKM ma jeden z największych, jeśli nie największy elektorat negatywny (czyli ludzi, którzy NA PEWNO NIE będą głosować na danego kandydata. Jakby ktoś nie wiedział).

Jednak najgorsze nastało w momencie, kiedy pan Janusz uznał, że jego główną areną działań powinien być Internet, gdyż tylko tam w ogóle idea będzie miała szanse do kogokolwiek dojść, a poza tym – to przecież przyszłość. Wniosek niby słuszny, ale konsekwencje tragiczne. Od tamtej chwili JKM zaczął wysyłać swe wierne bojówki w internetowy świat, by głosiły wszędzie korwinowską Dobrą Nowinę. Tysiące apostołów zaczęło żarliwie wypełniać swą życiową misję, dosłownie zalewając i spamiąc wszelkie możliwe strony, serwisy, portale, fora internetowe i co tam jeszcze. Tak oto właśnie powstał stereotyp zwolennika Korwina – pryszczaty licealista, ślepo powtarzający różne prawdy i dogmaty, żywcem wzięte z blogu swego życiowego idola. Naprawdę, mimo że uważam, że jeśli ktoś głosuje na JKM-a, to można założyć, że jest to w miarę rozsądny człowiek, to mnie samego ogarniała groza, kiedy widziałem te wypociny akolitów, które składały się w zasadzie wyłącznie z cytatów z pana Janusza. Tak oto niby słuszny projekt głoszenia idei liberalnej w Internecie zaczął przynosić skutki odwrotne od zamierzonych – bo jak wiadomo, w nadmiarze wszystko szkodzi. Ci, których się przekonać dało, byli przekonani już wcześniej, natomiast cała reszta została bardzo skutecznie odstręczona. A w końcu i przekonani zaczęli tracić przekonanie.

Do nich w zasadzie kieruję ten tekst. Do tych biednych, zakompleksionych ludzi, którzy dali sobie wmówić, że popieranie Korwina to wstyd i dziecinada. Którzy teraz nadal hołdują poglądom konserwatywno-liberalnym (w mniejszym lub większym stopniu), ale na JKM-a nie zagłosuje, byle tylko uniknąć upokarzającej łatki „korwinisty” – czyli pryszczatego licealisty i tak dalej i tak dalej. Jest to, rzecz jasna, postawa wysoce nieracjonalna i dlatego tak mnie to martwi. To oczywiste, że JKM nie jest idealny, wszak nikt, poza mną, nie jest. To naturalne i normalne, że się można z nim nie zgadzać w 100% (ja sam przecież tego nie robię – główny zgrzyt to mój pogląd na temat legalności eutanazji). Można się z programem Nowej Prawicy zgadzać nawet tylko w 90%, 70%, 60%. Ale czy naprawdę tym wszystkim ludziom nie zależy, by w tym kraju było choć odrobinę lepiej? Bo zwykle tacy ludzie teraz deklarują, że nie będą głosować, bo nie mają na kogo, a „Korwin nie jest alternatywą”. Owszem, kurna, jest. Daliście się zakrzyczeć hejterom, ulegliście wyśmiewaniu i tym podobnym praktykom. Zamiast zagłosować na kogoś, którego poglądy w największym stopniu pokrywają się z Waszymi, wolicie umyć ręce, byle Was nikt znowu nie nazwał zapalczywym upeerowcem. I przez to jedna z najlepszych, dotychczasowych okazji na to, by coś zmienić w tym kraju, może przejść koło nosa.

Taka moja opinia przynajmniej. Ostatecznie, przecież nie będę nikogo zmuszał.

PRAWICOWI MORDERCY SĄ NA WOLNOŚCI

Eee, no tak. Znowu była duża przerwa, ale akurat mam usprawiedliwienie – tym razem wrzucenie czegoś na bloga nie uniemożliwiała mi prokrastynacja, a ogólny brak czasu i spokoju – a ja potrzebuję dużo czasu i spokoju, by coś napisać, bo inaczej to kicha z tego będzie. Z racji niedogodnych warunków zmuszony jestem pisać na tematy mocno już zdezaktualizowane, no ale ostatecznie jakie to ma znaczenie, poza tym dystans czasowy wobec niektórych zdarzeń może okazać się korzystny. Także więc – dziś nie będzie o Lepperze. Poza tym, niewiele wiadomo i warto poczekać, aż pewne rzeczy być może ujrzą światło dziennie. Bo co jak co, ale Lepper nie wyglądał na człowieka, który jest zdolny do popełnienia samobójstwa.

Ostatnie tygodnie upłynęły głównie pod znakiem wydarzeń w Norwegii. Jakiś pan, po latach treningu w Duck Hunta, postanowił wykorzystać zdobyte umiejętności i zrobić masakrę na pewnej wyspie, wykazując się przy tym zadziwiająco zimną krwią i podziwu godną konsekwencją – jak raz zaczął, to przez 2 godziny nie skończył. Krew, krzyki, policja, kamery, telewizja, jupitery i najlepsze – TEORIE.

Zawsze, gdy ma miejsce takie „wstrząsające” wydarzenie (w cudzysłowie, bo fakt, że są świry wśród ludzi i że ludzie umierają czasami w hurtowych ilościach, nie jest w zasadzie niczym nowym i wstrząsającym), media dostają kilkudniowej manii – istna orgia teorii, wyjaśnień, ekspertów i najnowszych doniesień. Wszak pora żniw dla telewizji przychodzi losowo, więc trzeba korzystać z okazji i karmić głodnego odbiorcę różnymi informacjami oraz bzdurami udającymi informacje (zdecydowana przewaga tych drugich).

Tak się już przyjęło – chyba swoista tradycja – że gdy gdzieś się przydarzy jakiś patol, co uśmierci parę osób – zawsze, ale to ZAWSZE, znajdzie się jakiś „głupiomądry” kretyn, który powie, że to przez gry komputerowe. I oczywiście nie inaczej było tym razem – wszak okazja była pierwszorzędna, bo odkryto, że pan Breivik interesował się e-sportem i grywał w Warcrafta. Cóż – niestety, nie jest to Postal 2, ale z braku laku dobry kit, więc kolejny idiota mógł z dumą wygłosić do kamery, co jest powodem tragedii. Brutalne gry komputerowe. Ja już naprawdę nie zamierzam tłumaczyć czegoś, o czym wie każdy inteligentny człowiek, który miał choćby minimalny kontakt z grami. Ale w ogóle nawet jeśli się nie wie, co to jest komputer, wystarczy choćby odrobine pomyśleć – dlaczego wszystkiemu są winne gry, a już np. często o wiele brutalniejsze brutalne filmy nie? Proste – do filmów wszyscy się przyzwyczaili, poza tym każdy jakiś oglądał, więc nie da się nikogo na to nabrać – ale za to Strasznymi Grami można jeszcze postraszyć ignorantów.

To jest jednak taki standard, a chciałem napisać o czymś konkretnym, dotyczącym sprawy Breivika. Teorie przedstawiane przez media muszą być, rzecz jasna, spójne, a przynajmniej muszą się takie wydawać plebsowi. Z rzetelnych, potwierdzonych informacji rzadko da się sklecić coś wystarczająco sycącego masy, więc trzeba dodać trochę od siebie, zgodnie z utartymi schematami, przekonaniami i stereotypami. A czasem przez to można nawet takie schematy stworzyć.

Już w pierwszych dniach po tragedii dowiedzieliśmy się, że Breivik był prawicowym ekstremistą. No ok, to możliwe, ja sam nie miałem problemów z zaakceptowaniem tego, wszak nie jestem głupi i nie zaprzeczam istnienia świrów z takiego np. ONR-u czy NOP-u. Tym bardziej, że to, co się dzieje z Europą, musi takich szczególnie frustrować, więc koncepcja, że jakiś w końcu nie wytrzymał i powystrzelał parudziesięciu ludzi, wydawała się nawet sensowna. Z drugiej strony, od razu mimo wszystko zapaliła mi się ostrzegawcza lampka – coś taki incydent był wyjątkowo na rękę wszelkim federastom, tolerastom i innym takim, którzy teraz będą mogli z dumą rzec: „Patrzcie, do czego prowadzą prawicowe poglądy, musimy to tępić”.

Moja lampka rozbłysła pełnym światłem już wkrótce potem, kiedy wyszło na jaw, że profil Breivika na Facebooku został sfałszowany. W ogóle nie bardzo wiadomo, czy to od początku nie był fejk, ale klucz w tym, że ktoś już po tragedii dodał do jego profilu rubryczkę „Poglądy: Chrześcijański Konserwatyzm”. Co najlepsze, nie bardzo wiadomo, kto w ogóle był w stanie tego dokonać – Facebook od razu zablokował profil. A na chwilę obecną to już jest chyba zamknięty na amen, z tego co wiem.

Moja lampeczka wpadła w istne szaleństwo, kiedy w chwilę potem, zaintrygowany tematem, poczytałem trochę komentarze pod wykopem o Breiviku. Okazuje się, że skrajny antymuzułmanizm to był tylko skromny ułamek bogatych i niewątpliwie oryginalnych poglądów Norwega. Na pozostałe ułamki składały się między innymi prożydowska i prohomoseksualna postawa. Dziwnym trafem, jakoś z telewizji się tego nie dowiedziałem – widocznie zbytnio nie przystawało do wizerunku neofaszysty-psychopaty. Oprócz tego, czy był taki chrześcijański, skoro postulował np. utworzenie Kościoła Antymuzułmańskiego? (nie pytajcie mnie, co to znaczy, sam nie mam pojęcia)

Konkluzja jest taka, że pan Breivik był osobą na tyle nietuzinkową, że równie dobrze media mogłyby z niego zrobić „oszalałego, lewicowego tolerastę”. Wybrały jednak inną opcję, co jest bardzo wymowne. Jak już wcześniej wspomniałem – cała ta afera jest podejrzanie na rękę wszystkim tym, którzy z chęcią dobraliby się do skóry wszelkim osobom prezentującym poglądy choć trochę eurosceptyczne, narodowe, chrześcijański czy ogólnie prawicowe. Do tego stopnia na rękę, że nie wykluczam nawet opcji, iż masakra na wyspie jest świetnie zrobioną prowokacją.

Z całą pewnością nie zamierzam przesądzać – przypuszczalnie nigdy nie poznamy całej prawdy. Jednakże szalonymi prawicowcami nikt mnie nie nastraszy, bo wiem, że istnieje o wiele więcej ludzi, którzy szkodzą Europie znacznie bardziej, niż oni.

Ale głupi ten hałs…

…jakby zapewne skrótowo ujął Obeliks to, co dziś napiszę.

Jeżeli chodzi o seriale i w ogóle o wszelką kinematografię, to jestem tak do tyłu, że trudno to sobie wyobrazić. W zasadzie nie widziałem większości z tak zwanych „klasyków”, jakoś wyszło, że mnie nigdy do ruchomych obrazków nie ciągnęło. Do książek zresztą też nie, żebyście nie myśleli, że w tym czasie się zaczytywałem. Raczej się po prostu opieprzałem i oglądałem filmiki na jutubie, takie jak ten:

(sry, musiałem to umieścić – rzadko się zdarza, bym płakał ze śmiechu)

Ale akurat „Dr House” wlicza się do tego niewiarygodnie wąskiego grona seriali, które obejrzałem (bo jeszcze jest „Kompania braci”. I chyba wszystko. Nie udało mi się skończyć pierwszego sezonu „Skazanego na śmierć”). Wszyściutkie odcinki, jeden po drugim. Jakoś tak wyszło, że się przełamałem i zacząłem śledzić, i mnie wciągnęło. W sensie, wciągnęło na początku, a potem trzymało mnie chyba przyzwyczajenie bardziej. O tym mniej więcej jest ten wpis zresztą.

No, chyba każdy wie, o czym mówię, bo każdy kiedyś zaczynał oglądać House’a i wie, co do niego głównie przyciągało. Ni to komedia, ni to dramat medyczny, a wiadomo, że i tak oglądało się głównie dla Grześka i jego tekstów, a reszta stanowiła dla większości mało znaczące tło. Mnie, co prawda, interesował jeszcze aspekt medyczny – to jedno z mojego miliarda zainteresowań – ale dla przeciętnego widza długie nazwy leków i chorób mogłyby być losowymi słowami, bo i tak mało kto by to ogarniał.

Hałs, choć w zasadzie przez większość czasu był zabawny, z pewnością komedią nie był, albo przynajmniej nie chciał być – wszak przecież ludzie umierali i w ogóle. Czasem nawet im wychodziły ciekawe i smutne historie, a cały serial co jakiś czas był okraszany charakterystyczną, nihilistyczną filozofią. Więc było to coś wahającego się między lekkością i zabawnością, ot taki serialik na weekend, a momentami przygnębiającą atmosferą, w której odczuwamy, że świat jest zły i smutny, ludzie umierają, panta rhei i tym podobne. Dawało to w sumie ciekawy efekt, ale generalnie pomysł, na którym opierał się serial, zaczął się zużywać. W ogóle i zwłaszcza w szczególe – wszak o „kreatywności” scenarzystów dra House’a opowiadano dowcipy. Zaistniały więc potrzeby zmian – i od tego momentu już zaczęło się psuć.

BÓG NIE ISTNIEJE JESTEŚCIE WSZYSCY GŁUPI TROLOLOLOLOLO

Przede wszystkim – postać ekscentrycznego doktora była tak charakterystyczna, że aż za bardzo. Więc, po pierwsze – zaćmiewała wszystkie inne. Twórcy walczyli z tym na wszystkie sposoby, wymienili nawet całą ekipę House’a, wprowadzali inne, charakterystyczne postacie, takie jak Lucas – wszystko na nic. A jednak serial kręcący się wokół jednej osoby może jednak nudzić. Po drugie – trochę ciężko uwierzyć, że ktoś tak nietypowy jak House może sobie tak ciągle żyć, nie zmieniając się. I próbowali go zmieniać – a pierwszą próbą było wyleczenie mu nogi. Nie pomogło, więc po paru odcinkach okulawili go znowu. No genialne. Okazało się także parę razy, że House bez Vicodinu to nie House. Po prostu beznadziejna sprawa. A wydawałoby się, że nie aż tak skomplikowana jest postać mizantropa, który całe otoczenie traktuje jak plac zabaw, w którym cokolwiek nie zrobisz, nie ma to wielkiego znaczenia – więc możesz się pobawić. House z intrygującego i zabawnego, stawał się powoli irytujący.

O wspomnianej już schematyczności każdego odcinka opowiadają już legendy, i w zasadzie to dopiero od stosunkowo niedawna zaczęli to „zwalczać”. W ostatnich dwóch sezonach mamy już całkiem sporo odcinków, w których nie choroba pacjenta jest głównym tematem, a jakieś osobiste perypetie poszczególnych postaci – nie tylko House’a, bo przecież trzeba przypomnieć widzom, że są jeszcze inni w tym serialu – czyli nijaki Wilson, któremu doktorr Dom mógłby spalić dom, a ten i tak by nic pewnie na to nie powiedział, bo jest takim wielkim przyjacielem, no i wiedźmowata Cuddy, kobieta wyzwolona z objawami syndromu „jestem stara i nikt mnie już nie chce, więc będę pracować dzień i noc”.

Nawet aspekt medyczny przestał przyciągać – chociaż serial od początku był pod tym względem nieco wyolbrzymiony. No bo idea wydziału, gdzie trafiają najfantastyczniejsze i najrzadsze przypadki bardzo zróżnicowanych chorób z całego świata wydaje się mało realna. Ale jakoś szło to przełknąć, ale idzie coraz trudniej. No chyba kiedyś im się muszą te choróbska wyczerpać, i widać to coraz wyraźniej, kiedy kolejne przypadki stają się coraz bardziej wymyślne, a House&Spółka z.o.o rozszyfrowują je w coraz bardziej niewiarygodny i zawiły sposób. Staje się to powoli groteskowe i momentami odnoszę wrażenie, że nie oglądam jakiegoś realistycznego serialu, że oglądam rzeczy, które mogłyby się naprawdę wydarzyć. Że to jakieś fantasy, science-fiction czy inne coś.

Obejrzałem wszystkie dotychczasowe odcinki – to, co House zrobił w tym ostatnim (siódmego sezonu), jest dobrym ukazaniem tego, co się dzieje z tym fajnym kiedyś serialem – stał się dziwny, absurdalny, niezrozumiały, niewiarygodny i przejaskrawiony. Jest to dobry moment, żeby to zakończyć i wstydu oszczędzić, w zasadzie powinno to się zrobić już wcześniej. Bo z House’a zrobiona tasiemca, a formuła tego serialu po prostu na to nie pozwala i tego nie toleruje, więc efekty widzimy. Niestety jednak, ósmy sezon ma wyjść. Zapewne go obejrzę, bo przyzwyczajenie, bo może House powie czasem coś zabawnego – ale szkoda. Lepiej chyba jednak było zejść ze sceny „niepokonanym”, a nie dalej to ciągnąć, a ci nieliczni, pozostali widzowie będą myśleć „niech on się już powiesi, albo coś”.

Kiedy dziennikarstwo zmienia się w parodię

Naprawdę, były czasy kiedy miałem swój nieco idealistyczny obraz dziennikarstwa. Obraz, z którym związane były takie pojęcia jak bezstronność, rzetelność i umiłowanie prawdy. Dziennikarz nie zmyśla, nie szuka na siłę sensacji, mówi o rzeczach istotnych, nie pozwala, by jego poglądy uniemożliwiło mu sporządzenie obiektywnego sprawozdania, jego celem jest szerzenie informacji, a nie wzbudzanie emocji i tworzenie iluzji. Różne brukowe twory pokroju „Faktu” trochę mi ten obraz burzyły, ale hej – nikt przecież nie może być idealny, ale klucz, żeby ideał istniał, by można było doń dążyć.

Niestety, ten obraz już dawno umarł, nie wytrzymał starcia z jak zawsze brutalną rzeczywistością. Współczesny dziennikarz to hiena, rzadko ma wykształcenie mające jakąkolwiek wartość, zależy mu wyłącznie na jak największej oglądalności/poczytności/klikalności, gra na uczuciach, manipuluje faktami, wykazuje kompletny brak taktu, obiektywne czy chociażby alternatywne zapatrywanie na jakąś sprawę jest mu kompletnie obce, wygłasza opinie i sądy na podstawie nikłych przesłanek, czyniąc niekiedy krzywdę ludziom, z lubością rozpisuje się na tematy, o których nie ma żadnej, rzetelnej wiedzy, nierzadko wprowadzając więc w błąd setki ludzi i przyprawiając o zawał serca ekspertów z danej dziedziny. Oprócz tego w zasadzie nie istnieją już stacje czy gazety, których misją jest szerzenie prawdy samo w sobie – ponieważ zawsze są one opłacane przez określone spółki, firmy i grupy, które w zamian oczekują, nie owijając w bawełnę, korzyści – a te są ogromne, bo w dzisiejszych czasach kto ma media – ten ma władzę nad umysłami ludzi, a w demokracji kto ma władzę nad ludźmi – ten ma władzę w ogóle. Dlatego też dziennikarzy nie obchodzi już ten mój ideał, a ich zadaniem jest po prostu służenie nie ludziom, a tym, co go opłacają.

Mój ideał jest martwy – w ogóle to czy kiedykolwiek żył? Nie jestem w sumie pewien – tak się mówi tylko o „starych, dobrych czasach”, ale w końcu mnie tam nie było. Z drugiej strony, ten mój wzorzec skądś się musiał wziąć.

Cóż, zazwyczaj nie piszę takich tekstów bez jakiegoś bodźca i w tym wypadku owym bodźcem było to, co miało miejsce już jakiś czas temu (już taki leniwy chłopak jestem) na antenie TVN24, serwisu podającego się za informacyjny, oglądanego przez miliony Polaków, więc mającego istotny wpływ na opinie wielu z nich. A miało miejsce to:

http://www.wykop.pl/link/800559/fakty-po-faktach-bosak-i-richardson/

Polecam obejrzeć, bo to naprawdę daje dobry pogląd, w jakim stanie jest polskie dziennikarstwo. Okej, ja rozumiem, ze to program publicystyczny – ale kiedy formuła programu jest taka, że jest prowadzący i dwóch gości, to raczej powinno być tak, że to goście się gryzą, a prowadzący pełni rolę mediatora. Tymczasem tutaj mamy dosyć nierówną walkę 2vs1, gdzie jeden z gości został zaproszony w charakterze „oszołoma”, którego przez cały czas antenowy się obśmiewa, zakrzykuje i zadziobuje, by pokazać społeczeństwu, kto tutaj jest Głównym Złym niczym z bajki Disneya, który chce nam zniszczyć nasze piękne państwo i psuje nam wielką radość z tego, że akurat przyszła nasza kolej na objęcie przewodnictwa w UE (co, oczywiście, nie ma żadnego znaczenia, ale ciiiii, bo Ryczardsą usłyszy i nas tu zaleje szczebiotliwym bełkotem o tym, jak jest wspaniale i w ogóle nie jest tak, że jakiś dług publiczny i państwo w ruinie, więc cieszmy się i tańczmy).

I w ogóle to potępienie i pogarda w głosie… no po prostu słodkie. Oglądałem to i zbierało mi się na wymioty od tej obrzydliwej, najprymitywniejszej propagandy (głównie z ust pani Richardson, panią prowadzącą może ograniczały nieco resztki przyzwoitości, które wynikały z jej roli), która sugeruje nam, że jeżeli nie zesraliśmy się z radości, że przez pół roku Polska będzie pełnić mało znaczącą funkcję, to jesteśmy jacyś dziwni. A wiadomo, takiego dziwnego, jak pan Bosak, trzeba zaszczebiotać, zakrzyczeć, wyśmiać, powiedzieć, że nic nie wie o życiu, powiedzieć, że pewnie w domu pali Żydów i morduje gejów i w ogóle jest głupi i śmierdzi. Tak się prowadzi merytoryczną dyskusję w dzisiejszych czasach. Jakbyście nie wiedzieli.

Oj, rząd tak rozpaczliwie potrzebuje sukcesów, że musi je aż wymyślać. W takim razie na przyszłość – zapraszajcie kogoś mniej rzetelnego niż pan Bosak, kogoś, kogo można łatwiej wyprowadzić z równowagi. Pan Krzysztof dzielnie wytrzymał bezustanny ostrzał przez cały program, mnie na jego miejscu szlag by trafił co najmniej z pięć razy. Ale tak to jest, jak się wyznaje poglądy nieprzystające do „normalnych”, tak to jest, jak się nie lubi Unii i nie czci się jej codziennie hekatombą (za to czci niebotycznymi podatkami i posłusznością wobec absurdalnych przepisów – niestety przymusowo) – to tak dla tych, którzy wierzą w jakąś wolność poglądów na tym kontynencie. Po prostu propaganda tak prymitywna, że aż przywodzi na myśl niechlubne czasy ZSRR – tylko dziś zamiast „kułaków” i wrażych agentów, mamy faszystów i pedofilów.

Swoją drogą – pani Richardson przez cały program była wesolutka i obłudnie miła, ale po programie ostatecznie wyszła jej słoma z butów tam, gdzie wielu ludziom wychodzi – na Facebooku.

http://niezalezna.pl/13040-bosak-pozwie-monike-richardson

W skrócie – pani Richardson nazwała Bosaka „neofaszystą” i „świnią”. O ile drugie dowodzi po prostu niewiarygodnego (zwłaszcza, jak na kobietę) chamstwa, to pierwsze z kolei dowodzi albo kompletnej ignorancji – albo obrzydliwego wyrachowania. Wszak jak dzisiaj chce się kogoś oszkalować, to się nazywa go faszystą – nieważne, czy to określenie jest choć trochę adekwatne do rzeczywistości. Akurat idea megapaństwa, które ingeruje w życie obywateli i ogranicza ich wolność „dla ich dobra” jest o wiele bliższa faszyzmowi niż liberalne poglądy pana Bosaka, ale kto by tam na to zwracał uwagę. Ciemny lud to kupi. Tam jest zresztą więcej takich kwiatków – np. nazywanie wypowiedzi Bosaka „bezprawnymi” – no po prostu boskie! Albo nazywanie ludzi wykazujący sceptycyzm wobec Unii „naiwnymi”… No nie powiem, ciekawa interpretacja.

A tak w ogóle – zauważcie, że w sumie pan Bosak przez cały program nie stracił równowagi i praktycznie nie dał pani Richardson powodu do takiej agresji. Co więc spowodowało taką transformację ze rozszczebiotanej, rozchichanej panieneczki z pustostanem we łbie w plującą jadem stalinówę?

„Więc przypuszczenie myśl nieufną biesi…” – osobiście wolę chyba nie myśleć, że istnieją ludzie, którzy byliby zdolni do takiego zachowania sami z siebie, bo uważają to za słuszne. Dla mnie to są solidne przesłanki, że pani Richardson w istocie solennie wykonuje polecenia „z góry”. Ktoś może uznał, że niezbyt dostatecznie obrzuciła gównem Bosaka w trakcie programu, więc musiała nadrobić zaległości na innej arenie. Tak bajdełej – jak już zapoznałem się z tą historią, zastanowiłem się – ciekawe, jakie konotacje rodzinne ma kochana pani Monika? I okazało się, że ma – kuzynka Piotra Kraśki, czyli powiązania z rodziną z esbeckimi tradycjami.

Nie, żebym coś sugerował…