JEEEEEEE OSAMA IBN LADEN NIE ŻYJE!

Nareszcie będę mógł poczuć się bezpiecznie! Przez ostatnią dekadę nie zmrużyłem oka, bo wiedziałem, że ON gdzieś tam się czai!

Oczywiście, to taki żarcik, z okazji takiej, że różne media próbują z tego zrobić zdarzenie, które ma jakikolwiek wpływ na nasze życie. W TVN24 ponoć naprawdę powiedzieli, że „od tej chwili możecie Państwo spać spokojnie”. No dzięki, kurwa, już nie muszę spać z mamą.

Zabicie człowieka, o którym nie słyszano w zasadzie kompletnie nic od paru ładnych lat i który, jeżeli nie umarł na nerki w 2002 roku (jak to głoszą niektóre teorie), zajmował się głównie zabawą w chowanego (niestety, nie udało mu się pobić światowego rekordu – 11 lat, 2 miesiące, 26 dni, 9 godzin, 3 minuty i 27 sekund). I raczej nie był aż takim geniuszem, by nie dało się go zastąpić i Al-Kaida się rozpadnie. Więc na dobrą sprawę – zabicie jakiegoś człowieka odpowiedzialnego (rzekomo, hehe) za zbrodnię sprzed 10 lat nie ma znaczenia.

Za to możemy sobie z tej okazji poobserwować cyrk w telewizorniach. Takie sytuacje coraz bardziej mnie utwierdzają w przekonaniu, że dzisiejsze media to farsa. Jakieś dziennikarzyny zdążyły już nawet z dumą upublicznić zdjęcie martwego ibn Ladena, które zaraz potem okazało się być fotomontażem – i to żenującej jakości:

Ja rozumiem, że takie czasy, teraz wszyscy są łakomi na sensację – ale jakieś resztki klasy wypadałoby zachować. Są to jednak płonne nadzieje, bo współczesny dziennikarz nie jest ani klasowy, ani wykształcony. To zwykle jakaś pannica po studiach, która generalnie nie rozumie tego, co się do niej mówi, ale wie, co trzeba wyciąć, by wyszło „ciekawie”. I tak przez najbliższe dni będziemy pewnie uparcie karmieni tym njusem, jakby to było najważniejsze wydarzenie w naszym życiu. W końcu jesteśmy bezpieczni!

A podchodząc do tego bardziej poważnie – trochę mi to wszystko śmierdzi. Osama ibn Laden od lat był jedynie pretekstem służącym do usprawiedliwiania wielu różnych działań USA i jej armii. Nie liczyło się już w zasadzie to, czy on żyje, czy nie – ważne, że mógł żyć, dlatego nie możemy jeszcze wycofać wojsk, proszę państwa. Jednakże ta sztuka miała już za dużo aktów – a wymagała jakiegoś rozwiązania. I oto mamy deus ex machina – w postaci Obamy, który ni stąd, ni zowąd ogłasza, że przeprowadzili operację i ibn Laden kopnął w kalendarz. Eee, jakieś oficjalne zdjęcia? Nie ma. To może ciało? Eeee, pochowaliśmy je w morzu. Nic to, że to wbrew muzułmańskiej tradycji, nie zadawajcie pytań.

Jakoś to wszystko podejrzane – czemu, skoro mieli lokalizację Osamy, po prostu nie otoczyli go paroma dywizjami i nie powzięli żywcem? W sensie, teoretycznie jeżeli naprawdę tam był, to pewnie w trakcie akcji popełniłby samobójstwo – ale co szkodziło spróbować? Coś wątpię, by rząd USA z własnej woli zrezygnował z takiej okazji do polepszenia sobie notowań poprzez zrobienie pokazowego procesu „najgroźniejszemu terroryście wszech czasów” – tak, jak pochwycili i zrobili proces Saddamowi Husseinowi. Nie jestem może ekspertem militarnym, ale nie wydaje mi się, by takie zadanie przerastało amerykańskich komandosów.

Zresztą – to tak naprawdę nieważne, czy Osama zginął dzisiaj, czy parę lat temu. I tak był on duchem – istniał on tylko w niepotwierdzonych nagraniach publikowanych w Al-Jazeerze. Przynajmniej nie będą nas już nim męczyć – ani Amerykanie nie będą mogli się tłumaczyć koniecznością jego pochwycenia. Byle sobie tylko nie znaleźli innego pretekstu.

Naród kuriozalny

Czasem wydaje mi się, że w dobie politycznej poprawności zawód dziennikarza, a już zwłaszcza satyryka przypomina zawód sapera – nic, tylko całą swoją uwagę poświęcać na to, by nie wpaść na jakąś minę. Co prawda metafora nie jest do końca trafiona, bo dla sapera taki błąd kończy się zazwyczaj rozczłonkowaniem, a dla publicysty – publicznym linczem i ostracyzmem, zwłaszcza ze strony „oficjalnych” reprezentantów różnych środowisk. Bezczelnie „obrazić”, „zdeptać godność”, „wykazać się kompletnym brakiem kultury” można wobec wielu różnych jednostek i grup. Jednak jako że poprawność polityczna z natury idzie w parze z ogromną hipokryzją, te grupy są specyficznie (i zwykle mało logicznie wyselekcjonowane) – Murzyni, kobiety, duchowni… Ale nigdzie to zjawisko nie jest tak skrajnie i absurdalnie widoczne, jak gdy mowa o Żydach. Część osób zapewne słyszała o najnowszej, wielkiej aferze. „Angora” na pierwszej stronie pozwoliła sobie na satyryczny obrazek komentujący właśnie sprawę Żydów (czego bym się, mimo wszystko po jednej z najlepszych gazet w Polsce, nie spodziewał i za co zgarnęła u mnie dużego plusa). Ów obrazek wyglądał tak:

Jak widzicie, nie dość, że obrazek, to jeszcze uwaga nawiązująca do tego, jak amerykańscy Żydzi zupełnie bezprawnie próbują przypisać sobie majątek tragicznie zmarłych polskich Żydów, z którymi mają tyle wspólnego, co ja z Johnem Kowalsky’m z Ameryki. Tego oczywiście było zdecydowanie za wiele – wulkan wręcz histerycznie wybuchł lawą nienawiści. I już nie chodzi o absurdalne doniesienie do prokuratury, ale przede wszystkim wypowiedzi przedstawicieli tego „specjalnego” narodu:

W zawiadomieniu zarzucono, że okładka „Angory” z 10 kwietnia „zbliżona jest do antysemickich karykatur publikowanych w latach 30. przez nazistów”. – Okładka jest oburzająca! To odwoływanie się do najniższych stereotypów, które stosowało NSDAP we wczesnym okresie swojej działalności. To wywoływanie problemów narodowościowych i etnicznych na tle roszczeń majątkowych – mówi nam Stefan Cieśla, członek zarządu Stowarzyszenia Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”.

Premier Donald Tusk, w imieniu polskiego rządu, powinien niezwłocznie potępić ten pozbawiony smaku i wrażliwości komunikat nienawiści eksponowany na okładce „Angory”, inspirowany stereotypami i prowokujący czytelników pisma do antysemityzmu – uważa prof. Michael Szporer, którego cytuje portal informacjeusa.com Z kolei Pauline Babinski z Denver, jedna z najbardziej znanych w USA prawniczek polskiego pochodzenia, powiedziała, że żaden rozpoznawalny tytuł w Stanach Zjednoczonych „nie pozwoliłby sobie na taki skandal”. (W takim razie cieszę się, że żyję w kraju, gdzie uchowały się jakieś strzępy wolności prasy i słowa)

O okładce polskiego tygodnika piszą także izraelskie gazety. Jeden z największych tam dzienników „Maariv” artykuł zatytułował: „Nienawiść Warszawy”. – Kwestia wypłaty odszkodowań za utracone mienie ukazuje szpetne oblicze polskiego antysemityzmu; z dnia na dzień nasilają się antyżydowskie publikacje – napisał „Maariv”. Z kolei Eli Barbur, znany dziennikarz pracujący w Izraelu, na swoim blogu napisał o „menelstwie Angory”. – Wg mnie taki malunek w stylu „Der Stürmera” nie mógłby się pojawić na okładce popularnego pisma w żadnym innym kraju UE, a nawet w Rosji i w Mongolii. Podobne hitlerowskie ścierwo widniało już zresztą na okładce „Angory” nr 37 w 2008 roku, ale nikogo nie ruszyło – przypomina Eli Barbur.

Tak co do tego ostatniego – stwierdzenie „nawet w Rosji i w Mongolii” zawiera wyraźną sugestię, że lizanie Żydom butów jest wyznacznikiem rozwoju cywilizacyjnego. Tak mnie czasem zastanawia – jak to możliwe? Jak to możliwe, że tygodnik umieszcza na dobrą sprawę nic nieznaczący, niewinny i w dodatku satyryczny fotomontaż, i z miejsca jest atakowany obrzydliwymi oskarżeniami, insynuacjami, a także zwykłymi obelgami ze strony środowisk mniej lub bardziej „żydowskich” – i nikomu to nie przeszkadza? Nikt poważny nie zaprotestuje? Ale zaraz się otrząsam i odzyskuję trzeźwy osąd. Człowieku, przecież ty nie żyjesz w normalnym świecie. Przecież to jakaś kraina absurdu i hipokryzji. To świat, gdzie jedna, specjalnie uprzywilejowana grupa może pluć jadem i obrzucać gównem każdego, kto jest jej choć trochę nieprzychylny – i robią to przy ogólnym przyzwoleniu. Na jakiej podstawie przyznane są te przywileje? Bo mają ciężką historię? Bo ich dziadowie, których przypuszczalnie nawet nie pamiętają, cierpieli już całkiem sporo lat temu z rąk zwyrodnialców? Jak to możliwe?

Nie, człowieku, nie zadawaj takich głupich pytań – pamiętaj, na jakim świecie żyjesz…

Zastanawia mnie, dlaczego w zasadzie ten Naród jest „Wybrany”. Bo na pewno jest. Wystarczy, że większość ludzi tak kojarzy. Ale na dobrą sprawę, jest „wybrany” samozwańczo. Mój zdrowy rozsądek każe mi odrzucić wszelkie jakieś biologiczne i genetyczne uwarunkowania (chociaż słyszałem teorie, że swoją ponadprzeciętną inteligencję i spryt Żydzi zawdzięczają… zdrowotnym właściwościom czosnku i cebuli). Pozostają kulturowe i historyczne. Wygnanie z ich ziemi rozproszyło Żydów po całym świecie – a ich religijne wymagania sprawiły, że wszędzie, gdzie przybywali w większej ilości, opanowywali bardzo ważne sektory życia publicznego – wolne zawody (lekarze, prawnicy…) oraz handel i bankierstwo. A już zwłaszcza to drugie i trzecie wywoływało u prostego chłopa nieznającego podstaw ekonomii zgrzytanie zębami z wściekłości – szczególnie w czasach, gdy po ich własność przychodzili komornicy w czasach Wielkiego Kryzysu. Tę nieco instynktowną nienawiść swego czasu wykorzystali Bardzo Niedobrzy Ludzie – i do tego momentu wszystko jest jasne.

Ale teraz mamy koniec II wojny światowej – większość Żydów albo nie żyje, albo uciekła. W Polsce ostatnie niedobitki wygonił Gomułka. Jak kiedyś Żydzi stanowili 20% mieszkańców Łodzi, tak teraz nigdy żadnego nie widziałem, żyjąc w tym mieście (niedługo, co prawda). Dlatego pozostaje pytanie – dlaczego nas to w ogóle dotyczy? Przecież mowa o narodzie, który swoje państwo ma gdzieś daleko za Morzem Śródziemnym. A jednak Żydzi wciąż są obecni – jeżeli nie fizycznie, gdzieś za kulisami, to w świadomości, strachu i stereotypach ludzi. Ale wszak ponoć zarząd FED-u (prywatnej instytucji, która kontrolując drukowanie dolara, kontroluje w zasadzie całą, amerykańską ekonomię) składa się niemal wyłącznie z Żydów. Nie wiem, nie sprawdzałem. Nie widzę sensu – bo jeśli tak, to co wtedy? A poza tym rozum mi podpowiada, że ludzie, którzy doszli w życiu tak daleko, zwykle nie ograniczali się kwestiami narodowościowymi czy religijnymi.

Oglądałem kiedyś dokument o wycieczce izraelskich uczniów do Polski. Przerażający dokument. Z tego materiału wyłaniał się obraz państwa bezprecedensowej propagandy i indoktrynacji gorszej niż w Korei Północnej. Gorszej, bo skutecznej – jak nie wiesz, jak przeżyć kolejny dzień, w zasadzie mało cię interesuje, jak wygląda świat, więc ta koreańska propaganda to nieco inna bajka. Ale ta izraelska młodzież była sprawnie i skutecznie utwierdzana w przekonaniu, że są ofiarami zła całego świata. Wybierali się w Polsce rzecz jasna do Auschwitz – cała reszta naszego kraju mogłaby dla nich nie istnieć. Zapewne by tego zresztą chcieli, wnioskując po niektórych ich wypowiedziach. Po standardowej obróbce emocjonalnej, gdy z największego twardziela wyciśnięto łzy, przechodzono do obróbki merytorycznej – przekonywano ich, że to trwa nadal. Ich hotel był pod ochroną – „by ich nie pozabijali antysemici”. Ci uczniowie byli przekonani, że codziennie w Polsce są ogromne manifestacje przeciw Żydom. Że każdy, najbardziej niewinny przechodzień na polskich ulicach czyha na ich życie – a co najmniej nienawidzi z całego serca. Że cały świat za swój jedyny cel ma zniszczyć Żydów. Nie przesadzam ani odrobinę – oni naprawdę są wychowani w ten sposób i są o tym święcie przekonani. Świadczy o tym chociażby fakt, że przytłoczeni tą swoją fikcyjną wiedzą, niekiedy izraelskie wycieczki w ramach wyładowania i zemsty niszczyły hotele, w których przebywały (oczywiście nikt złego słowa nie powie, to się nam należy, jebanym antysemitom). Był też przezabawny, ale i przerażająco znamienny fragment, jak kilka Żydówek ucięło sobie pogawędkę (każdy w swoim języku) z dwoma przedstawicielami kwiatu polskiej inteligencji, lubiącej spędzać czas na ławeczce, racząc się trunkami wszelakimi. Generalnie starszy pan mało umiał się wysłowić, ale ogólnie był ciekawy, skąd są – bo myślał, że są z Chin. I to wszystko. A jak to zinterpretowały izraelickie dziewoje? Oczywiście przystosowały kompletnie niezrozumiałą dla nich wypowiedź do swojego schematu poznawczego – po jakimś czasie mówiły z przejęciem jakiemuś dziennikarzowi, że zostały bezpardonowo wyzwane od dziwek. Nie żartuję – one były o tym absolutnie przekonane. I na co to wszystko? Odpowiedź jest, wbrew pozorom, prościutka – Izrael jest państwem, gdzie do wojska musi pójść każdy, czy chłopak, czy dziewczyna. Rosną w związku z tym protesty tych pacyfistycznie nastawionych. I oni tą indoktrynacją są odpowiednio „nastawiani” na właściwą ścieżkę. „Rozumieją”, że muszą bronić swej krwi przed nienawidzących ich światem. I nagle zabijanie palestyńskich dzieci nie stanowi żadnego, moralnego problemu. Tak trzeba.

I tak oto mamy imperialistyczny, wspierany przez imperialistyczne USA, prowadzący skrajnie zaborczą politykę zarówno sposobem militarnym, jak i politycznym i medialnym kraj – a świat milczy. Jak to jest możliwe?

Momentami aż chce się w związku z tym zakrzyknąć jak ten pan:

OK, tak na serio to już by była przesada. Ale wrzucam tego dziadka będącego uosobieniem uroku nie bez powodu. W zasadzie, powody są nawet dwa:

1. Ten dziadek jest cholernie śmieszny.

2. Dobrze pokazuje on, jaki wpływ to wszystko ma na postawy części ludzi generalnie małomyślących

Chodzi mi o to, że wśród plebsu można wyróżnić dwie grupy. Tych, co aspirują do miana tolerancyjnych i oświeconych, w związku z tym łykają całą hipokryzję politycznej poprawności, jednocześnie ją powielając i wygłaszając mało rozgarnięte opinie, że istotnie „tak nie wolno” – ale czemu nie wolno, to już nikt nie wie. I jeszcze tych drugich, którzy bardziej instynktem niż rozumem wyczuwają zagrożenie, co sprawia, że szczekają i warczą jak zaszczuty pies – odpowiadając antysemicką nienawiścią na semicką nienawiść. Ci pierwsi mnie brzydzą, ci drudzy mnie martwią. Ponieważ to się dobrze nie skończy. Jak już mówiłem, po tym, jak już „się stało” (mówię o hitleryzmie i Holokauście), można by po prostu oddalić „problem” Żydów gdzieś daleko, do Izraela, i zapomnieć o wszystkim – znów żyć jak ludzie. Ale wygląda na to, że jednak Żydzi nie są wyjątkowi i przejawiają typową, ludzką cechę – nigdy, przenigdy nie nauczy się czegoś na własnym błędzie. Zamiast w rozsądnym wymiarze zadośćuczynić swe wielkie krzywdy, po dziś dzień dolewają oliwy do ognia, jakby z lubością podsycając nienawiść przeciw sobie. Może są pewni, że są teraz na tyle potężni, że całkowicie bezpieczni? Jeśli tak, to mówię – do czasu. I nie, żebym komuś groził, bo jestem wrednym antysemitą. Ale pewnych podstawowych, społecznych praw się nie oszuka. Im bardziej się wstrząsa szampanem, jednocześnie powstrzymując zakrętkę – tym mocniej w końcu wybuchnie.

Ja się nie obawiam powtórki Holocaustu. Ja się obawiam czegoś gorszego. Wszak, jak wiadomo, „ludzkość się stale rozwija – zabijamy siebie nawzajem na coraz to lepsze sposoby”…

Kto tutaj jest faszystą?

W końcu mój cykl „2 teksty w ciągu 6 dni” pękł. Cóż, nie mogłem utrzymywać tempa wiecznie, tym bardziej, że staram się unikać krótkich notek, a zarazem nie pisać na siłę. Więc teraz trochę spuszczę z tonu – planuję teksty w poniedziałek i w piątek. Zobaczymy, co z tego będzie.

O niezrozumieniu przez większość ludzi, na czym polega idea wolności słowa lub wolności w ogóle pisałem już wcześniej i zdaje się, że to temat-rzeka. Co i rusz napotykam się na jakieś historie, gdzie ktoś w ramach walki o wolność słowa pragnie zakneblowania usta komuś, kto inaczej myśli. Podręcznikowym przykładem jest niedawne wystąpienie niejakiej Sabiny Złotorowicz, która zaapelowała do prezydenta Opola, by ten zabronił przeprowadzenia dyskusji między Pawłem Kukizem a działaczami ORN-u. W ramach wolności poglądów i demokratycznych wartości, oczywiście. Nikt nie będzie nam solą w oku ze swoimi nieprzystającymi poglądami! By dopełnić obrazu zgrozy, pani Złotorowicz działa z ramienia „Amnesty International”, a przynajmniej tak deklaruje. Tak czy owak, respekt minus dla tej organizacji.

Dzisiaj jednak będzie o wzruszającej historii, która nie jest nam tak odległa – gdyż dzieje się ona za zachodnią granicą, we wsi na Pomorzu Przednim. Ten rejon Niemiec słynie z wysokiego poparcia dla rosnących w siłę grup narodowosocjalistycznych. Polecam lekturę dla łatwiejszego ogarnięcia tematu:

http://www.presseurop.eu/pl/content/article/503381-moj-sasiad-nazista

Gdy jednak ktoś jest wyjątkowo leniwy, ja będę wyjątkowo uprzejmy i streszczę, że artykuł opowiada o pewnym, niemieckim małżeństwie, które stanowi ostatni bastion oporu w środowisku wiejskim, które politycznie jest opanowane przez neonazistów. Zacznijmy od tego, że skala opisanych zjawisk, a często wręcz ich absurd sprawia, że mam skłonności do wątpienia w wiarygodność tego reportażu. Przyjmijmy jednak, że wszystko jest prawdą. Na początek możemy przepisowo dać się ogarnąć zgrozie i przerażeniu, czytając o prześladowaniach ostatnich samurajów demokracji przez krwiożerczych faszystów, którzy nie przebierają w środkach, by dać im do zrozumienia, że dla państwa Lohmeyerów nie ma miejsca. Choć nie są oni jedynymi nie-nazistami w okolicy, pozostali wolą się nie wychylać, gdyż nie lubią mieć szczurów w skrzynce pocztowej, za to lubią mieć szyby w oknach. Ofiary więc zdane są na siebie w tej tragicznej walce.

Ale to tylko „na początek”. Potem warto się nieco otrząsnąć i spojrzeć na sprawę trzeźwo i neutralnie. Oczywiście, nie jestem aż takim idącym pod prąd, by popierać to, co robią „Aryjczycy” – ale chodzi o ich konkretne czynności, a nie ich światopoglądy same w sobie. Wciąż jestem jednak na tyle „alternatywny”, by widzieć drugą stronę medalu – która ujawnia się w pojedynczych fragmentach tekstu. Wspieram to nieszczęsne małżeństwo w ich walce o swoje własne życie i własne poglądy – ale nie będę przymykać oczu na przejawy myślenia z cyklu „ja wiem najlepiej, reszta powinna myśleć jak ja”.

Więc zacznijmy po kolei. Tekst jest skonstruowany tak, że powoli wprowadza mnie w to iście „demokratyczne” myślenie i przygotowuje na nie, by w końcu uderzyć takimi twierdzeniami:

Poczucie osamotnienia nie jest także obce Dieterowi Maßmannowi, burmistrzowi Hoppenrade, położonej sto kilometrów stąd na wschód. W grudniu ubiegłego roku rozwścieczeni neonaziści chcieli pobić jego kolegę z sąsiedniej gminy.

Odmówił on bowiem wydania zaświadczenia, że prezydent Niemiec zostanie honorowym ojcem chrzestnym siódmego dziecka rodziców sympatyzujących ze skrajną prawicą [w Republice Federalnej przywilej ten przysługuje dzieciom z rodzin wielodzietnych – przyp. tłum.], a także wstrzymał wypłatę becikowego w wysokości 500 euro.

Czyli mówiąc wprost – odmówił tym ludziom tego, co im się należało tylko dlatego, że wyznają nie takie poglądy, jak trzeba. Oczywiście, nikt tego nie przyzna wprost – zawsze się przecież znajdzie jakaś wymówka, że tak nie można, że przecież to naziści, oni zjadają Żydów na kolację i tak dalej. Ale, choć osobiście jestem przeciwny takim świadczeniom jak becikowe (wszelkim innym w zasadzie też), jednocześnie uznaję i szanuję obowiązujące reguły gry – reguły, które ten burmistrz złamał, a teraz on uchodzi za ofiarę. Choć zapewne nie wyrażam aprobaty dla reakcji neonazistów (coś czuję, że będę musiał często to powtarzać – a i tak pewnie znajdzie się jakiś baran, które powie, że jestem faszystą) – nie dziwię się wcale, że się wściekli.

Na zewnątrz Artamani sprawiają wrażenie ludzi pokojowo nastawionych do świata. Żyją w wielodzietnych rodzinach, zajmują się ekologicznym rolnictwem, protestują przeciwko inżynierii genetycznej – i popierają NPD, z której to w landtagu Meklemburgii-Pomorza Przedniego zasiada obecnie sześciu posłów.

(…)

Artamani są wykształceni i działają bardzo sprytnie. „Starają się zaistnieć w świadomości publicznej za pośrednictwem różnego rodzaju stowarzyszeń oraz działalności w ochotniczej straży pożarnej”, mówi Maßmann.

Konstrukcja pierwszego cytowanego akapitu jest rozczulająca – wymienienie (z pewnością nielicznych) zalet tych ludzi, by na końcu przywalić gromem, który rujnuje cały ten obraz – „popierają NPD”. Co jest emocjonalnie równoważne z „spuszczają krew z małych dzieci i piją ją jako aperitif”. Z drugim akapitem jest podobnie – te potwory nawet jeśli robią coś poza grabieniem i mordowaniem Żydów, to na pewno robią to, by szerzyć zło i zepsucie. Powinno się im zabronić służyć w straży pożarnej! Najlepiej by było ich zamknąć w chacie i zabić drzwi dechami, by się nie wychylali ze swoimi chorymi poglądami. Typowa „demokratyczna” retoryka.

I teraz prawdziwa bomba, najsmaczniejszy kąsek z całego reportażu:

Latem każdego roku Lohmeyerowie organizują festiwal, aby pokazać, że nie całą wioskę wzięli w posiadanie naziści. Na pytanie, czego by sobie najbardziej życzyli, odpowiadają zgodnie – delegalizacji NPD. Tylko w ten sposób można pozbawić tych ludzi struktur organizacyjnych.

Tego samego zdania jest Dieter Maßmann z Hoppenrade. Cała trójka nie robi sobie jednak większych nadziei na wznowienie postępowania o wyjęcie partii spod prawa. Tak długo, jak Berlin widzi w neonazistach problem Niemiec Wschodnich, nie ma co liczyć na poprawę sytuacji

I to jest właśnie to, co autor tego tekstu nazywa na początku „wzorową, obywatelską postawą”. Rzygać mi się chce od tej komunistycznej retoryki. Tępienie wrogów ludu, wszelkich podżegaczy i krwiożerczych przeciwników naszej demokracji – to iście obywatelska postawa. Niewątpliwie ta postawa jest prawdziwie demokratyczna – lecz nie uważam tego za zaletę, tylko mnie to przeraża. Przeraża mnie karanie ludzi za odmienne poglądy, próby kneblowania im ust. Przeraża mnie pojęcie „myślozbrodnia”, którą niewątpliwie popełniają ci neonaziści w oczach tych „bojowników o słuszną sprawę”, walczących pod przykrywką „obrony wolności” – która jest kłamstwem, bo właśnie oni Wolność zwalczają najskuteczniej. To zresztą tylko jedno z szeregu kłamstw. Innym np. jest wmówienie ludziom, że „demokratyczny” to synonim do „wolnościowy”. Tylko w demokracji może istnieć wolność! Jak ktoś ją łamie, to łamie zasady demokracji.

Nie łamie. Właśnie się do nich stosuje, co widać po tej całej sprawie. Temu gronu ludzi zabiera się wolność do własnych poglądów, ponieważ nie podobają się one Większości – a w demokracji to jest wystarczający powód. Dlatego ten ustrój jest właśnie podatny na brak wolności i uciskanie – mniejszości przez większość. Pisałem już o tym kiedyś – nie ma czegoś takiego jak „wolność poglądów, za wyjątkiem poglądów nazistowskich, komunistycznych itp.” To jest jedynie wolność wybiórcza, tylko dla tych, co myślą jak my – czyli czysta kpina, nie wolność. Można karać ludzi za ich czyny – takie jak dręczenie czy paserstwo (za co zamknięto przywódcę tych nazistów, oby nie pod zmyślonym pretekstem…) – ale jeśli karzemy ich również za myśli i poglądy, to stajemy się nimi. Jesteśmy faszystami, którym pojęcie Wolności jest obce. Czas się z tym zmierzyć – i przyznać się do tego, albo zmienić drogę.

Dlatego choć rozumiem desperację państwa Lohmeyerów, którym radykaliści nie uczynili życia łatwym, i popieram ich, jeśli chodzi o ich prawo do obrony swych „demokratycznych” poglądów, kiedy czytam takie wyraźne, przesycone nienawiścią deklaracje, że chcą zakneblować „innym” usta i wpakować ich za kratki tylko za to, że nie myślą „jak trzeba”, to muszę powtórzyć tytułowe pytanie – kto tu jest faszystą?

Ponieważ ja nie potrafię rozróżnić.

Dziecinne rozumienie polityki

Stany Zjednoczone po raz kolejny postanowiły zbrojnie nieść pokój i demokrację. Pojawia się niczym Superman tam, gdzie ludziom dzieje się krzywda.

Znowu. Czy ktoś jeszcze ma déjà vu?

W zasadzie jestem zadowolony. Coraz więcej osób zaczyna powoli rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi – i cynicznie uzasadnia inwazję na Libię słowami „Pewnie im się ropa skończyła”. Zresztą, by tego już po takim czasie nie zauważać – to trzeba by by mieć chyba jakieś klapki na oczach. Ale jednak – wciąż spotykam ludzi, którzy widzą to inaczej. Widzą to jak małe dzieci. Dlaczego Koalicja zaatakowała Libię? Bo Kaddafi to tyran. Bo zabija cywilów. Bo ludzie cierpią głód i nędzę. Bo nie ma demokracji i wolności słowa.

Doprawdy, żeby naprawdę w takie rzeczy wierzyć, trzeba być dzieckiem, idiotą albo Polakiem. Tak, bo można wyciągnąć wniosek (także z naszej historii), że jesteśmy narodem, któremu pojęcie polityki realnej jest szczególnie obce. Jak to podobno rzekł Bismarck – „Polacy są poetami w polityce i politykami w poezji”. Istotnie nas zdecydowanie byłoby stać na przeprowadzenie inwazji tylko dlatego, że gdzieś tam zabijają cywilów. Że w jakimś dalekim kraju jest nie taki ustrój, jak trzeba. Wszak jesteśmy Chrystusem Narodów – to nasza powinność! Ale polityki się tak nie prowadzi od czasów „Księcia” Machiavellego.

„Przeciętny człowiek dla swojego własnego dobra nigdy nie powinien zobaczyć, jak się robi kiełbasę oraz politykę” – rzekł ten sam Bismarck. W tym pozornie żartobliwym zdaniu kryje się cała istota tej niewdzięcznej dziedziny życia, jaką jest polityka. Tak, prawdziwy polityk powinien być ateistą – bo jeśli Piekło by istniało, to on na pewno by doń trafił. Ponieważ nie powinno istnieć dla niego coś takiego jak moralność, etyka czy skrupuły. Politykę prowadzi się tylko na podstawie zimnej kalkulacji, prostego rachunku zysków i strat. Żadnego polityka nie rusza to, że w sąsiednim kraju ludzi żywcem obdzierają ze skóry – choć oczywiście, może pokazowo protestować i demonstrować oburzenie, by ludzie nie widzieli w nim potwora, jakim w istocie musi być. Szalenie niewdzięczny zawód – bo żeby być dobrym politykiem, trzeba być „złym” człowiekiem. Dlatego też wszelkie oficjalne uzasadnienia Koalicji, że inwazja jest po to, by zakończyć okrutny reżim Kaddafiego i przynieść Libijczykom pokój, przyprawiają mnie o pusty śmiech. Nikt nigdy nie będzie marnował swoich pieniędzy tylko po to, by uchronić jakichś ludzi na antypodach przed terrorem. Tak to można sobie uzasadniać w mediach, a gawiedź może sobie w to wierzyć.

My jednak jesteśmy dorosłymi ludźmi, dlatego możemy się zastanowić nad rzeczywistymi powodami inwazji. Można pójść na łatwiznę i standardowo wyjaśnić to ropą naftową, na która chrapkę mają zachodnie koncerny. Można też stwierdzić, że rządy niezależnego i krnąbrnego Kaddafiego były cierniem w oku USA. Oba wyjaśnienia pozostawiają bez odpowiedzi jedno pytanie – dlaczego akurat teraz? Kaddafi rządzi Libią nie od wczoraj. Ropa jest w Libii również nie od wczoraj. Niby jest ta „rewolucja”, więc można by było stwierdzić, że kują żelazo, póki gorące – ale mizerność tej „rewolucji” wskazuje na to właśnie, że została umyślnie sprowokowana, by dać pretekst do ataku. Bo Libijczycy wcale na Kaddafiego nie narzekali – jak się ma tyle pieniędzy z ropy, to można się bawić w socjalizm i palenie kasą w piecu, a i tak wszyscy mają się dobrze. Arabów dodatkowo zawsze przyciągają wyraziste osobowości – mówiąc wprost, lubią być pod batem. Taka ich kultura. Dlatego obstawiam, że Amerykanie podburzyli lub opłacili większość „wywrotowców” w celu wywołania sztucznych rozruchów – i pretekst gotowy. Trzeba nieść demokrację! No ale wciąż prawdziwy powód nie jest jasny. Jednak ktoś zauważył ciekawą rzecz – otóż wizja Kaddafiego o nazwie „Wielka Sztuczna Rzeka” powoli ma się ku realizacji – projekt ogromnej sieci rurociągów przez całą Saharę, która będzie nawadniać pustynny kraj wodą z wielkiego jej źródła odkrytego na południu w latach ’50 przy okazji poszukiwania ropy. Mimo imponującego rozmachu tego pomysłu, media zachodnie coś skąpią informacji na ten temat – poza pojedynczymi felietonami o prześmiewczym charakterze. Wodna konstrukcja rozwiązałaby największy problem Libii – niedostatek wody i żywności. Kaddafiland stałby się zupełnie niezależny.

A niezależność krajów arabskich i afrykańskich to zawsze był cierń w oku byłych i nowych metropolii, które prowadzą politykę kryptokolonialną. Żaden zdrowy na umyśle polityk nie pozwoli ot tak, na utratę strefy wpływów. A Kaddafi, jako że sprawuje władzę absolutną – jest łatwym celem prowokacji. Nikt nie będzie zbyt głośno protestował, gdy Amerykanie będą obalać kolejnego „ciemiężcę” – a w rzeczywistości dbając o swoje własne interesy, jak zresztą każde państwo. W polityce nie istnieje coś takiego jak „bezinteresowność”.

Niezależnie od powodu ataku – ja będę protestował. Nie mogę przyklaskiwać realizacji przez Stany Zjednoczone swojej imperialnej polityki. Bo tu nie chodzi o dobro Libijczyków – ponieważ, jak to zwykle w historii bywa, lud wyjdzie na tym najgorzej. Dlatego, choć oczywiście nie popieram Kaddafiego, rewolucyjnego socjalisty, w samym sobie – w tym konflikcie biorę stronę największej ofiary – Libii. Kolejnej ofiary zachodnich interesów.

Będziemy mieli co wnukom opowiadać. Jeśli przeżyjemy

Podobno jak się komuś źle życzy, to można mu powiedzieć: „Obyś żył w ciekawych czasach!”. Choć ja osobiście chciałbym żyć, to jednak w tym powiedzeniu objawia się ludzka niechęć strach przed nowym, nieznanym, przed zmianą stanu rzeczy, do którego są przyzwyczajeni. Wygląda na to, że wiąże się z tym chroniczne przekonanie, że nas ominą wsze zawieruchy, że te historyczne opowiadania o wojnach i rewolucjach – to nas nie dotyczy. Gdy czytamy o okrucieństwach II Wojny Światowej, myślimy sobie: „To już się nie zdarzy. Ludzie wyciągnęli wnioski.” Jest to przykład straszliwie naiwnego myślenia – wojny i akty bestialstwa towarzyszą ludzkości od zawsze i jakoś nic się nie nauczyliśmy. Bo to leży w naszej naturze, a natura ludzka się nie zmienia. Swoją drogą, już I Wojnę Światową ludzie nazywali „Wojną, która zakończyła wszystkie wojny” – i proszę, jak Historia sobie okrutnie zakpiła z takich ludzi. Minął śmiesznie mały okres czasu – 20 lat – i znów można było kopać doły na trupy, tylko że o wiele większe.

Jest faktem, że od czasu kryzysu kubańskiego, na świecie panuje względny spokój. Wiadomo, że zawsze gdzieś się znajdzie jakaś wojna, ale to gdzieś daleko i nas to nie obchodzi. Ludzie utracili wiarę, że w Europie (no, poza Bałkanami) ktoś jeszcze może kogoś zabijać, bo przecież to nieludzkie, to niezgodne z prawem międzynarodowym i ONZ czy jakaś inna śmieszna organizacja by do tego nie dopuściła. Faktycznie, życie na kredyt i przejadanie dobytku przodków zapewniło nam całkiem sporo czasu spokoju, ale im dłużej żyjemy w takiej iluzji, tym gorsze będzie przebudzenie. Widać już wyraźnie, jak nasza cywilizacja obraca się powoli w finansową i kulturową ruinę. Osobiście jestem przekonany, że będziemy świadkami niejednej rewolucji, wojny i przelewu krwi. Co gorsza, po serii kryzysów wewnętrznych nie sądzę, by było nam dane się pozbierać. Nie po wielu latach starannej hodowli śmiertelnego wroga na własnym terenie – Arabów. Polityka nie rozróżnia dobra i zła, nie zna moralności, zna tylko siłę – a muzułmanie ją znają i rozumieją – i nie podzielają naszych skrupułów.

Wygląda na to, że czarne chmury wiszą nad całym kontynentem, ale skupmy się na naszym podwórku.”Socjalizm totalitarny zmienił się w koncesyjno-etatystyczny” – jak to rzekł wybitny poeta Kazik i jest to dosyć konkretne ujęcie sytuacji. Mówiąc wprost, zrobiono w bambuko – cała III RP wygląda jak jeden, wielki przekręt. Dobrym tego okazaniem jest niedawny felieton Lecha Wałęsy dla wp.pl – symbol polskiej walki  z komunizmem oficjalnie ujawnia się z komunistycznymi poglądami. I dokładnie tak to wygląda. Ludziom wmówiono, że wprowadzono kapitalizm – tymczasem szczytem kapitalizmu była ustawa Wilczka (uchwalona jeszcze w PRL-u!), i od tego czasu wracamy do starego w nowym wydaniu – socjalizmu w stylu europejskim. Prawica nie rządziła w Polsce w zasadzie od przewrotu majowego w 1926 – a i tak endecja była rozdzielona między frakcją liberalną i narodową. Zmarnowaliśmy naszą szansę na wolność – pocieszyliśmy się swoją niepodległością 20 lat. „Historia powtarza się jako farsa” – jak to rzekł Karol Marx, i istotnie – okres jest dokładnie taki sam, jak po I WŚ, ale Druga Rzeczpospolita utraciła swą niepodległość w walce, a Trzecia sprzedała się z własnej woli poprzez podpisanie Traktatu z Lizbony, który wszedł w życie 1 grudnia 2009 roku. Od tamtego dnia wszelkie szanse na jakieś zmiany drastycznie zmalały – a i tak były znikome. Głębokie problemy mają też głębokie źródło – jak się wprowadza ustrój, w którym liczy się tylko zdanie większości, umiejętność manipulowania tłumem, wciskania kitu, robienia wody z mózgu oraz cwaniactwo, to cudów raczej nie ma co oczekiwać. Żadna partia w Polsce powyżej 5% poparcia nie przedstawia żadnej wartości – ich programy to lanie wody i puste slogany, a nawet jeśli nie, to i tak nie wprowadzą ich w życie, bo liczy się wyłącznie władza, możliwość malwersacji i rozkradania oraz stołki. PO to nawet zdaje się konsekwentnie realizować dokładne przeciwieństwo swych przedwyborczych postulatów – zwiększa podatki i rozszerza administrację. Im więcej pieniędzy jest marnowanych, tym więcej można ich rozkraść – a po rozmachu, z jakim robi to PO, przypuszczam, że kryzys już niedaleki  i wychodzą z założenia, że po nas choćby potop – a w końcu trzeba mieć pieniądze, by mieć za co uciec na wyspy Galapagos czy jakieś inne. Osoby, które w istocie mogą coś zmienić, są marginalizowane, a jeśli zaczynają się wybijać tak jak Korwin-Mikke, to włącza się program hejcenia, zarówno tego sterowanego z góry (przez media), jak i oddolnego przez ludzi, którym najwyraźniej pasuje taki stan rzeczy – w którym 80% czyli ile tam pensji jest zabierana przez podatek i przymusowe składki (tj. przymusowy hazard).

Nic nie trwa wiecznie na tym świecie – a, jak już wspominałem, im dłużej spokój jest sztucznie utrzymywany, tym z większym hukiem zawali się ten domek z kart. Ja osobiście jestem pewien, że jesteśmy pokoleniem na przełomie epok – i będziemy obserwować upadek cywilizacji ameroeuropejskiej (czy tam euroamerykańskiej). Zbyt dużo silnych na tym świecie, by słabym pozwolono być. Kiepsko widzę naszą przyszłość.

A na zakończenie – Kaczmarski i utwór napisany z okazji rocznicy rozbiorów Polski. Jak to jest smutnie aktualne…

O sprawach płciowych, czyli czas „uświadomić” co poniektórych

Zdjęcie z łódzkiego Tesco

Jeśli chodzi o różnice między kobietą a mężczyzną, to jest sprawa, w której ludzie mają bardzo mocno zabitego ćwieka w myśleniu. Po wielu wiekach czasów, w których kobieta była traktowana jako coś pośledniejszego, a potem nawet jeśli nie za coś pośledniejszego, to i tak kobieta, która nie siedziała w domu, była generalnie traktowana jak kosmita, zadziałało prawo akcja-reakcja (które wszak działa również w warstwie społecznej i historycznej) i dziś stwierdzenie, że różnice między płciami istnieją, i to nie tylko te fizyczne, jest równoznaczne z wystawieniem się na obelgi w stylu „szowinisty”, „tyrana” czy „zaściankowca”. Prawda jest jednak zawsze taka sama, niezależna od aktualnych uwarunkowań społecznych czy prawnych.

Pan Janusz Korwin-Mikke napisał kiedyś, że teorię ewolucji rozumie może 10% ludzi. Istotnie, ja również nie znajduję innego wytłumaczenia dla światopoglądu większości osób. Bo i owszem, w szkole wszystkich nauczono, czym niby jest ta darwinowska koncepcja, i każdy niewątpliwie potrafiłby wyjaśnić, na czym mniej więcej ona polega. Ale właściwe zrozumienie tej teorii, i to nie tylko jej istoty, ale także jej skutków dla niemalże wszystkiego, co nas otacza – to najwyraźniej domena tylko niektórych. Niepojmowanie teorii ewolucji wiąże się niestety również z niezrozumieniem wielu innych rzeczy, warunków, czynników, i to zarówno biologicznych, jak i społecznych czy innych. Bo darwinizm to nie tylko naukowa koncepcja – to niemal filozofia życia.

Nie wyobrażam sobie człowieka, który jednocześnie rozumie teorię ewolucji i nie uznaje umysłowych różnic między kobietą a mężczyzną. Wystarczy się odrobinę zastanowić – różnice fizyczne między kobietami a mężczyznami są oczywiste. I znaczne. Te różnice mają ogromny wpływ na to, jak żyły kobiety i mężczyźni (dziś te różnice są o wiele mniejsze) – chodzi tu przede wszystkim o dużą ilość czasu, jaką w swoim życiu kobieta musi poświęcić na ciąże i wychowywanie dzieci, a także o konieczność bycia pod opieką z racji fizycznej słabości. Z tego z kolei w oczywisty sposób wynikają różnice w rolach społecznych. I niech mi ktoś teraz powie, że po setkach tysięcy lat działania ewolucji nie wykształciły się różnice nie tylko fizyczne, ale także umysłowe, by każda płeć była bardziej przystosowana do swoich ról. I tak w tandemie kobieta-mężczyzna to facet jest elementem agresywnym, czynnym, sprawczym. Z racji swego rodzaju „niezależności” biologicznej (nie jest uziemiony na sporą ilość czasu z powodu ciąży i wychowywania potomstwa) jest bardziej swobodny w działaniu, w związku z tym to on tworzy, buduje, dokonuje przełomów, rewolucyj, przełamuje bariery, dokonuje postępów. Kobieta natomiast jest z natury pasywna, jej rolą jest utrzymywanie w ryzach tego, co dotychczas mężczyzna stworzył, oraz, rzecz jasna, wychowywanie potomków. Różnice umysłowe z tego wynikające są niezaprzeczalne – można jedynie się kłócić, jak duże są i jaki mają charakter. Jako że inteligencja jest dosyć mistyczną wartością – nie da się jej zmierzyć żadną kompetentną miarą, bo nie wiemy w zasadzie, czym ona właściwie jest – odpowiedzi na te pytania są dyskusyjne. Generalnie należy uznać, że kobieta jest przeciętnie mniej inteligentna od mężczyzny, a rozkład normalny w przypadku mierzenia tejże inteligencji kobiet ma łagodniejszy przebieg niż w przypadku mężczyzn. Oznacza to, że mężczyźni są bardziej „skrajni” – wśród nich jest więcej geniuszów, jak i idiotów. Ci idioci są smutną koniecznością tego „systemu”, który jest użyteczny z tego względu, by istnieli mężczyźni do „dokonywania przełomów”. Można również wymieniać inne różnice – kobiety np. są bardziej sumienne, pilne i mają lepszą pamięć – ale zaprzeczanie im to czysty idiotyzm (swoją drogą, tak samo z różnicami psychicznymi między rasami – tak, uważam, że przeciętny Murzyn jest głupszy od przeciętnego Białego. Pewnie jestem rasistą).

Pewnie niektórzy zdążyli już się zaczerwienić z oburzenia. Mogę ich niejako uspokoić podsumowaniem, że choć cały powyższy wywód jest stwierdzeniem stanu faktycznego, to nie wpłynie to na moje ewentualne tyranizowanie kobiet i zaganiania ich do garów. Po pierwsze, nie można tej inności uznać za drastyczną – jest wiele kobiet mądrzejszych od większości mężczyzn, znajdą się takie, które mogą z powodzeniem robić za naukowców, wynalazców, kierowników. Po drugie – różnice te są biologiczne oraz społeczne i takie mają pozostać – nie należy ich wzmacniać ani osłabiać pod względem prawnym. Dlatego jestem za równouprawnieniem całym sercem, pod warunkiem, że słowo to ma znaczenie takie, jakie wskazuje jego struktura – „równe” i „prawo”. Jak już jednak kiedyś wspominałem, taktyka definicyjnego przekłamania jest bardzo ceniona przez wszelkiego rodzaju totalitarystów i dziś za „równouprawnienie” uznaje się wprowadzanie przepisów faworyzujące kobiety, ingerujące w gospodarkę i rynek, stwarzające sztuczne i nieefektywne warunki. Nie tak dawno głośna była sprawa parytetów – idiotyzmu nad idiotyzmami. Kilka dni temu na Wykopie pojawił się następujący kwiatek – w regulaminie rekrutacji do uczestnictwa w pewnym projekcie pojawił się następujący punkt:

4. Kobiety, które spełnią kryteria formalne otrzymają dodatkowo 2 punkty i będą miały pierwszeństwo w rekrutacji.

Przede wszystkim, na co zwraca uwagę wiele osób, jest to w zasadzie otwarte przyznanie, że kobiety są głupsze i potrzebują niesprawiedliwego faworyzowania. Niech żaden idiota nie wyskoczy tu, że jest to „wyrównywanie szans”, bo kobiety z racji swej płci mają cięższe życie naukowe, są ogólnie szykanowane i w ogóle jest to likwidowanie „niesprawiedliwości społecznej”. W cywilizowanym świecie każda kobieta może, jak chce, olać rodzinę i dzieci, pójść na studia, poświęcić się nauce, pracy, karierze – i nikt jej złego słowa nie powie. Niektóre barany powinny zastanowić się, dlaczego mimo to większość kobiet tego nie robi, a jak już robi, to nie osiągają wyników mężczyzn. Np. takie barany:

http://www.wykop.pl/link/629837/imiona-i-nazwiska-poslow-glosujacych-za-parytetami/

Jeśli kiedyś się zastanawialiście, którzy posłowie i posłanki są skończonymi kretynami – tutaj macie dosyć dokładny wypis. W sensie – pozostali też pewnie są, ale troszkę mniej. Powtórzę jeszcze raz – nikt dzisiaj kobiecie nie rzuca kłód pod nogi, jeśli chce zrobić karierę polityczną. Czas wyciągnąć wnioski z tego, że nadal uparcie te różnice w ilości kobiet i mężczyzn na najwyższych stanowiskach nie chcą się wyrównać – a nie „na bezczela” sztucznie te różnice wyrównywać. Bo na to komentarz może być tylko jeden.

Fajnie, że robią eksperymenty na ludziach!

A co, może nie? Jakich ciekawych rzeczy można się dowiedzieć! A podwójnie cieszy mnie to, że nie są to moi znajomi, moje dzieci, ani nawet rodacy, bo ten eksperyment, który mam na myśli, nie jest przeprowadzany w Polsce. Wbrew pozorom nie jest też przeprowadzany np. w afrykańskim państwie, gdzie się zbiera małe Murzynki, których zniknięcie nie będzie nawet zauważone. Nie, przeprowadzanie eksperymentów bez zgody badanych wyszło z mody po erze dra Mengele. Teraz rodzice są przekonani, że postępują słusznie i oddają dzieci do eksperymentów dla ich dobra. A gdzie? Oczywiście w Szwecji, tam zawsze dzieje się coś ciekawego:

W Sztokholmie dzieci mogą chodzić do przedszkola Egalia, w którym płeć nie istnieje, a wszyscy są dla siebie „kolegami” lub „osobami”. Słów: „dziewczynka” i „chłopiec” się nie używa.

Działalność pedagogiczną placówki przenika ideologia gender i równouprawnienia. Według serwisu internetowego Egalii widać ją dosłownie wszędzie: w urządzeniu wnętrz, wyborze zabawek i lektur dla najmłodszych. Dzieci bawią się wózkami do zakupów i lalkami, po których nie widać płci. W przewidzianych dla przedszkolaków lekturach nie występują heteroseksualni rodzice. Zamiast nich dzieci poznają samotnych rodziców i pary tej samej płci. Kierownictwo przedszkola wychodzi z założenia, że rodziny heteroseksualne i tak są obecne wszędzie, a oni muszą stanowić przeciwwagę dla segregowanego ze względu na płeć, konserwatywnego społeczeństwa.

Personel nie zwykł się zwracać do swoich podopiecznych, określając ich płeć. – Grupy dzieci nie nazywamy dziewczynkami czy chłopcami. Mówimy o nich „koledzy” – tłumaczy „Rz” Lotta Rajalin, szefowa przedszkola Egalia. W niektórych sytuacjach nauczycielki posługują się też hybrydą między zaimkami osobowymi „on” i „ona” – odpowiednikiem nieistniejącego w szwedzkim „ono” (hen).

W Szwecji zaczęło niedawno działalność internetowe pismo „Feministyczna Perspektywa”, w którym propaguje się neutralne ze względu na płeć słowa. W przyszłości zatrudnienie w gazecie znajdą zapewne przeszkoleni w tej materii wychowankowie Egalii.

 

Zacznijmy od tego, że podobno nie wszystko jest prawdą, coś tam Rzepa źle przetłumaczyła, coś dodała od siebie – ale uznajmy, że ogólna myśl jest jasna. Jak można się było spodziewać, wybuchła wielka dyskusja i, jak można się było spodziewać, utworzyły się dwa obozy – jeden twierdzący, że to chore jest i powinno się to przedszkole rozjechać czołgami i drugi, który broni tej idei i w ogóle że tak powinno się to robić. Jak zwykle osoby, u których wykryłem jakiekolwiek zrozumienie idei liberalizmu, stanowią odosobnione przypadki.

To nawet zadziwiające, że ideologia, która opiera się na tak, wydawałoby się, prostej wartości, jaką jest wolność, jest w większości niezrozumiana. A przecież „liberałami” się mienią np. liczni „korwinowcy”, co wzywają do rozniesienia tego przedszkola na kawałki. Ja tymczasem dostojnie głoszę, iż jakiekolwiek pretensje byłyby uzasadnione wyłącznie wtedy, gdyby to było przedszkole publiczne – a nie jest, zdaje się. Jako liberał uznaję prawo rodziców do wychowania swoich dzieci w taki sposób, w jaki uważają za słuszny, i w takich wartościach, które oni cenią. Bo dokładnie do tego służą rodzice – do indoktrynacji swoich dzieci według swoich światopoglądów. I dokładnie faszyzmem jest, kiedy państwo zastępuje rodziców w tej światłej roli – co w demokracji jest powszechne, bo przecież, jak wiadomo, 90% ludzi cierpi na „jawiemlepizm”, w większości kompletnie nieuświadomiony w dodatku – i wiedzą lepiej od Kowalskiego, jak wychować jego własnego syna, albo że Kowalski robi to źle. Tak jakby dałoby się obiektywnie stwierdzić, jakie „wychowanie” jest najlepsze! I jako liberał jak najbardziej szanuję prawo do zakładania takich placówek przez jakichś tam szwedzkich „specjalistów”.

Co nie zmienia faktu, że gdyby takie przedszkole postawiono obok mojego domu, to bym się wyprowadził. Współczuję tym dzieciom jak pewnie współczuto (hmmm… jest w ogóle takie słowo?) tym dzieciom od Fryderyka II Hohenstaufa, który również przeprowadzał ciekawe eksperymenty. Bo tym to przedszkole jest – nie placówką funkcjonującą według „najnowszych badań pedagogicznych i psychologicznych”, a eksperymentem, w dodatku skazanym na klęskę, bo w historii można znaleźć niejeden przypadek, który udowadnia, że płeć nawet jeśli jest uwarunkowana społecznie, to nie całkowicie – a na pewno nie w kluczowym stopniu. Ale nie mam zapędów dyktatorskich, by się w to wtrącać. Jedni są wychowywani lepiej, inni gorzej, i to jest słuszne, bo różnorodność jest rzeczą wartościową i pożądaną. Może coś fajnego z tych dzieci wyrośnie?

A jak nie, no to przecież mamy krzesła elektryczne.