Assassin’s Creed: Brotherhood

Sobie z okazji świąt zrobiłem przerwę, więc ci, co tu w tym czasie wchodzili, zmarnowali swoje 5 sekund życia na zobaczenie, że nic tu nie ma. A było spędzać czas z rodziną! Jajko zjeść albo co.

A jakby ktoś nie znał tematu dzisiejszego wpisu, to podpowiem, że w tytule jest zawarta pewna wskazówka.

„Bractwo” przeszedłem już jakiś czas temu, w związku z tym teoretycznie może mi się coś pokićkać, zwłaszcza że gra pod względem technicznym, tj. grafiki, interfejsu, silnika, kompletnie się nie różni od części drugiej. Gdybym był złośliwy (a nie jestem ani trochę), napisałbym, że jeżeli chcecie poczytać o Brotherhoodzie, przeczytajcie moją recenzję Assassin’s Creeda 2. Problem w tym, że: a) nie napisałem recenzji AC2 oraz b) skłamałbym, mówiąc, że nie ma żadnych różnic. Jakieś tam na pewno są. Trzeba tylko poszukać. Czy coś.

No dobra, przede wszystkim jest tryb multiplayer. Ale ja się w niego nie bawiłem, zresztą uważam, że to nie jest ten typ gier, przy których multi pełni kluczową rolę. Więc co zostaje? Nowa fabuła. W sensie, kontynuacja tej starej. To było zresztą do przewidzenia z racji tego, jak nieco urywała się historia na końcu dwójki. Czyli idea jest prosta – „zrobimy kontynuację, nie wprowadzając w zasadzie żadnych zmian i usprawnień w samej grze, a lud to kupi”.

Pójście na łatwiznę, ot co.

W porządku, przejdźmy na razie do spraw formalnych. W grze, zamiast trzech, mamy jedno miasto – Rzym. W moim odczuciu, ani nie jakoś specjalnie większe, ani nie bardziej atrakcyjne od miast z drugiej części. W dodatku 75% stanowią nieco pustawe łąki i polany poza murami miasta, na których tylko czasem można się natknąć na coś ciekawego, np. Koloseum czy coś.

Jednak mimo tych moich narzekań – klimat bardzo mi odpowiada. Mój historyczny bakcyl sprawia, że jara mnie taka możliwość wirtualnej podróży zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Biegam sobie po dachach, zwiedzam, czytam wpisy w bazie danych nt. postaci i budynków napisane bynajmniej nie encyklopedycznie, a w miarę lekkim i czasem dowcipnym językiem i staram się nie myśleć, że pewnie jest bardzo dużo przekłamań, bo zepsułoby to cały czar.

Ale to przecież już było w AC2, a miało być o zmianach. Tyle że to oznacza nadejście momentu, w którym ze smutkiem odkrywam, że nie ma już o czym pisać. Bo co jest zmianą? To, że teraz można używać kuszy (z naciskiem na „można” – bo ja przez całą grę nie użyłem ani razu, po co, skoro już mam pistolet i noże do rzucania, z których też zresztą korzystałem od święta)? I co tam jeszcze dodali – jakieś strzelanie strzałkami, czy może to już było? Widać skończyły im się pomysły, bo trzeciego ukrytego ostrza dodać już nie wypadało – są pewne limity głupoty, hehe. Aha, no tak, w walce teraz można robić „kombinacje” – które polegają na tym, że po zabiciu jednego przeciwnika każdego następnego zabijamy jednym kliknięciem. Tym samym stopień trudności walki został sprowadzony do poziomu, na którym na luzie poradzi sobie tragicznie niedorozwinięty szympans.

O taki właśnie, o.

W ogóle do Brohterhooda póki co należą rekordy wyjaskrawienia wszelkich zjawisk, jakie dotykają współczesne gry. Splebsienie, maksymalne uproszczenie, nastawienie na „robienie dobrze” graczowi, no i oczywiście niezbędna dzisiaj synchronizacja z Facebookiem – zapewne zrobienie i dopracowanie tego elementu stanowiło priorytet w pracach Ubisoftu. Bractwo, gdyby tylko mu na to pozwolić, najchętniej co 5 minut umieszczałoby na tablicy stosowne informacje, powiadamiając cały świat, jacy to fajni jesteśmy, bo właśnie przeszliśmy kolejny etap tej gry. I gdyby chociaż ta gra stanowiła jakieś wyzwanie, jak Tetris, dajmy na to… Oprócz tego, oczywiście w ciągu całej gry otrzymamy około miliona „acziwmętów”, które utwierdzają nas w przekonaniu, jacy to zajebiści jesteśmy – mimo że tak na oko 3/4 z nich otrzymuje się za rzeczy, które musieliśmy zrobić, by w ogóle przejść to dzieło sztuki informatycznej. Więc nie bardzo łapię ideę tych „nagród” – rozumiem, że są to, pozostając przy szympansowej retoryce, banany za to, że tak ładnie grę przechodzimy.

Więc ogólnie w kwestii rozgrywki nic się nie zmieniło. Dalej skaczemy po dachach, wspinamy się na wieże, z palcem w nosie pokonujemy wrogów na tuziny, tam kogoś mordujemy, tutaj kogoś gonimy. OK, z większych nowości należy dodać rekrutowanie i zarządzanie asasynami. Inaczej mówiąc – zrekrutowanie to kwestia jednej, 10-sekundowej walki, a zarządzanie polega tylko na klikaniu w odpowiednie nazwy misji w różnych miastach.Czyli raczej nie jest to najfajniejsza rzecz świata. Za to wyszkolonych już pobratymców możemy później przywołać w sytuacji „kryzysowej” – za pomocą jednego klawisza nasi nowi koledzy i koleżanki (tych drugich chyba nawet więcej, pewnie w ramach parytetów) spadną z nieba i za nas załatwią sprawę w minutę, co sprawia, że nawet ten nasz szympans ziewnie z nudy, narzekając na zbyt dużą łatwość gry.

Co do fabuły – z jednej strony ma ona charakter jakby nieco poboczny, uzupełniający, z drugiej jednak nie mogę powiedzieć, że nie ma znaczenia dla całej serii, zwłaszcza ze względu na zakończenie – ale tu już przecież nie będę spojlerował. Wciąż jednak jest to ten sam Assassin’s Creed, ze swoją śmieszną, prymitywnie nakreśloną i dziecinną spiskową teorią dziejów, na której opiera się cała historia, oraz ze swoją nawet filozofią („nic nie jest prawdą” – to co w takim razie ze zdaniem „nic nie jest prawdą” – jest prawdą czy nie? <trollface>). Z drugiej jednak strony, cudów nie oczekiwałem, więc nie jestem rozczarowany. Najciekawiej jednak będzie przy ostatniej części, kiedy będą musieli to jakoś wszystko rozwiązać. Generalnie mają dwa wyjścia:

1. Spróbować wszystko wyjaśnić – problem w tym, że wyjaśnienia wszelkich rzeczy, w których jakąś rolę pełnią jakieś paranormalne zjawiska i tajemnice, zwykle są niemożebnie głupie, bo zresztą trudno, by takie  nie były. Taką drogęwybrano np. przy „Fahrenheicie”, którego pierwsze 75% było genialne i bardzo klimatyczne, a potem żałosna próba rozwiązania intrygi i historii zniweczyła te pozytywne wrażenia.

2. Zostawić większość pytań bez odpowiedz – jak w „Loście” na przykład. Oznacza to jednocześnie wielkie rozczarowanie, ale co zrobić.

Słowem, jeżeli nie obmyślili już jakiegoś sensownego zakończenia, to wpakowali się w niezłą kabałę.

Podsumowując – nie nazwałbym Assassin’s Creeda: Brotherhood grą, w którą trzeba koniecznie zagrać. Ale zarazem nie odradzam tego, bo mimo wszystko fajnie było. Można zagrać choćby dla samego, renesansowego Rzymu. Ale jest to „must have” co najwyżej dla fanów serii. Reszta może się obejść bez tego, lecz mimo wszystko – polecam.

Reklamy

Informacje emes91
Ategotojużwogóle

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: