Call of Duty: Black Ops

Seria Call of Duty ma już swoje lata i można w jej obrębie zaobserwować dosyć ciekawą ewolucję. Zaczynała od swoistej przeciwwagi dla Medal of Honor – ot, wojenna strzelanka, całkiem efektownie zrobiona. Było tam dużo strzelania, trochę historii i szczypta jakichś dialogów. Ale po prawdzie – fabuły tak naprawdę tam za bardzo nie było, poza tym, że jest wojna i dlatego należy robić jedną rzecz – „zabija się Niemców”, jak to rzekł Arni z 13 posterunku.

Potem nadeszła część druga i w zasadzie wszystko było podobnie, poza jednym – była to gra, która jako jedna z pierwszych zrezygnowała z niezapomnianych apteczek i „paska życia”, czym dała przykład większości późniejszych gier. Zamiast tego uleczanie najcięższych ran odbywa się poprzez parę głębszych oddechów, co ma z realizmem jeszcze mniej wspólnego, ale idealnie pasuje do dynamizmu, który powoli staje się charakterystyczny dla serii. Podobnie jak wszechobecne skrypty, widowiskowa grafika i bezustanne „FEINDLICHE TRUPPEN” w słuchawkach/głośnikach.

Po drodze przewinęło się jeszcze Call of Duty 3, ale mało kto o tym słyszał i w to grał (ja akurat grałem, ha!), bo było na konsole, więc nie odbiło się to szerokim echem. Prawdziwą rewolucją była część czwarta, o wszystkomówiącym podtytule „Modern Warfare”. Oj tak, pamiętam ten szok – „Bez drugiej wojny światowej!??!?!”. Nowy CoD okazał się jednak rewelacją – zmiana otoczenia z opukanej i spenetrowanej z każdej strony 2. wojny (nie no, tak naprawdę to wiemy, że wszyscy ciągle klepali Stalingrad i Ardeny) na współczesne pole bitwy wyszła serii na doskonałe. Jednocześnie ostatecznie została opatentowana nowa koncepcja gry – zamiast bezmyślnej rzeźni mamy bezmyślną rzeźnię, ale za to z fabułą. I to jaką. Biorąc pod uwagę rozmach tej gry, jej efektowność, dynamiczność, stałe trzymanie w napięciu, sensacyjną historię political fiction, a także niestety długość (ok. 6 h) – można ją było określić mianem „interaktywnego filmu”. Nawet samo intro jest filmowe, pełne eksplozji, strzelanin i ten „migawkowy” charakter… Jedna z najlepszych czołówek w historii gier.

Cyklowi został nadany nowy kierunek. Co prawda było jeszcze Call of Duty: World at War, która rzucało nas w wir wojny na Pacyfiku, ale ta część okazała się klapą. Sequel Modern Warfare musiał powstać – i powstał. I rozczarował. „Dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi” – rzekłby pewnie Heraklit, gdyby przeszedł CoD:MW2. Pierwowzór był swego rodzaju nowością, poza tym wydawał się jakoś zdecydowanie bardziej dopieszczony i przemyślany. Na dwójkę twórcy już chyba nie mieli pomysłu, a czuli presję – wiedzieli, że skoro to sequel, to musi być „bardziej”. Skutek – fabuła w tej grze została doprowadzona do granic absurdu. My, wychowani na Disneyu i Hollywoodzie, potrafimy wypić litry patosu, banalności, wymuszonej na siłę akcji – ale, do cholery, bez przesady. Zbyt bardzo czuć było target tej gry. Podstawówka, gimnazjum w porywach. Była nadymana niczym balon i pękała w szwach od absurdów nie tylko fabularnych, ale nawet fizycznych:

Potężna fala uderzeniowa niszcząca satelity (tak naprawdę to stacje kosmiczne, ale Emes jest psychologiem)… W PRÓŻNI KOSMICZNEJ? OH COMMON!

Jest to oczywiście możliwe, biorąc pod uwagę obecność rzadkiej atmosfery na takiej wysokości, nie była to przecież przestrzeń kosmiczna w pełnym tego słowa znaczeniu. Poza tym Jakiś Dziwny Koleś nie jest fizykiem, tylko psychologiem, więc nic się nie zna kompletnie. W każdym razie – było epicko, a astronauta osiągnął czwartą prędkość kosmiczną i w tej chwili opuszcza Drogę Mleczną w swej pełnej przygód podróży „Stąd do nieskończoności”. Co na to jego rodzina i znajomi? Cóż, jako że w ich ogródkach pojawiła się jakiś czas temu głowica nuklearna mająca właśnie skorzystać z niesamowitych własności fizyki cząstek elementarnych, a nawet subatomowych, zapewne nie zdążyli pomyśleć „o, mój mąż opuścił niską orbitę okołoziemską i leci z przysłowiową <<Misją na Marsa>>, a tak naprawdę nie wiadomo gdzie”.  Z powrotem na Ziemi potężne EMP dokonało spustoszenia w mózgach elektronów (które to mózgów de facto nie mają, ale Emes jest psychologiem, więc co on tam wie o elektronach i mózgach) i dzięki temu żołnierze Doborowych Jednostek USA nie mogą użyć swoich iksboksów, a także reddotów, środków komunikacji i innych takich. Na szczęście uczono ich polegać na sobie, więc wyjmują maczety i przeganiają swołocz ze swych ziem. A tak serio, to nie wiedzą, gdzie są i co mają robić i jeszcze ktoś do nich strzela, a oni nie mogą wezwać lotnictwa, bo nie działa selfon, więc są bezbronni. A wracając do opisu gry sensu largo, gra była nawet fajoska. Oczywiście „nawet fajoska” nie może być w żadnej mierze traktowane jako rzetelna ocena gry, ale Emes jest psychologiem, więc co on tam wie o recenzowaniu gier. W każdym razie w dwójce było więcej i kiczowaciej, również w kwestii uśmiercania bohaterów. Wnioskowanie było proste w siedzibie producentów – „Podobało się zabicie bohatera? ZABIJAMY WIĘCEJ BOHATERÓW!”. I zabijali. Jednak wraz z licznymi trupami wśród naszych altereg, sama seria pozostała żywa. Czy na dobre, czy na złe? By się tego dowiedzieć, oglądajcie w piątki o 20:05, powtórki w niedziele o 16:05 w TVP2!

…Tak, przepraszam za kolegę – trochę go poniosło. Swoją drogą, jeśli nie graliście w MW2, to w solidne spojlery się wjebaliście, jakże mi przykro, hehehe.

Pora więc przejść do najnowszej części, co nawet częścią nie jest, a dodatkiem. „No nareszcie”, jak to sobie zapewne pomyślałeś, bo póki co cały czas nawijałem o historii – ale mam na to dobre usprawiedliwienie. Otóż pisanie o poprzednich częściach to pisanie o Black Ops, gdyż zmian praktycznie nie ma. Zaczynam więc opis tego, jak najnowsze dziecko Treyarcha niczym się nie różni od swego rodzeństwa spod skrzydeł Activision.

Przede wszystkim – grafika. Już ledwo dostrzegałem różnice między pierwszym Modern Warfare a drugim, więc teraz o jakimś wielkim postępie mowy być nie może. To zresztą staje się częste – myślę, że jeśli chodzi o wygląd, to gry zbliżyły się do fotorealizmu w takim stopniu, że coraz ciężej to poprawiać. Kolejne bariery są w stanie przebijać tylko gry na miarę Crysisa – co wychodzą raz na 2 lata. Jeśli więc grafika w poprzednich MW Cię zadowalała – to i teraz powinieneś być zadowolony. Jeśli jednak oczekujesz czegoś więcej – rozczarujesz się. Co do rozgrywki, nadal to samo – misje przechodzimy wąską ścieżką od punktu A do punktu B. Tak jak w filmie – za drugim przejściem wszystko będzie takie samo, nic nie dzieje się spontanicznie, wszystko warunkują wszechobecne skrypty. Wymuszają one w dosyć niegrzeczny sposób styl grania, drogę, strzelanie, bieganie, skakanie. Rób wszystko, jak Skrypt przykazał – zostaniesz nagrodzony bezproblemową i bezstresową rozgrywką. Ale zrób coś przeciwko Niemu… masz przejebane. Będzie Cię tłukł po głowie, aż załapiesz, że Jemu się nie sprzeciwia – jak Ci coś każe gra zrobić, to to robisz, jak Ci każe przejść taką, a nie inną drogą, to przechodzisz. Jest to szalenie irytujące, ponieważ jest to jakby wymuszanie dynamizmu na siłę – nie możesz zrobić tak, że np. przyczaisz się za osłoną i będziesz systematycznie eliminował przeciwników – o nie, mój drogi, to nie jest jakieś Operation Flashpoint, to jest Call of Duty! Tutaj skrypt będzie generował nieskończone ilości wrogów, dopóki w końcu się nie poddasz i nie zaczniesz na wariata przeć do przodu i uruchamiać kolejne „wyzwalacze”. Gra zmusi Cię do grania „na Rambo”, nieważne, czy tak lubisz, czy nie. Cały czas odnosiłem wrażenie, że toczę bezustanną walkę, ale nie z moimi wirtualnymi nieprzyjaciółmi, a ze skryptami właśnie.

A fabuła? Cóż, przede wszystkim plus dla twórców, że nie ciągnęli wątku dalszych losów panów Price’a (który powinien już umrzeć z 10 razy) i MacTavisha i w ogóle Rosji dokonującej ataku spadochronowego na USA, no Jezu, trzymajcie mnie – choć to niewątpliwie w końcu nastąpi (dalsze ciągnięcie wątku, nie atak – chociaż ten może też, hehe). Zamiast tego mamy nową historię – i lata 60′. Niby to 50 lat temu już, ale jednak warfare nadal jest raczej modern, więc nie nazwałbym tego powrotem do przeszłości, jeśli chodzi o tło – chociaż retrospektywny sposób opowiadania fabuły dał twórcom wolną rękę – przez to jesteśmy rzucani w najróżniejsze miejsca w różnym czasie (czasem przechodzimy te same zadania z innej perspektywy), a zdradzę, że w jednej misji mamy nawet okazję do powrotu do II WŚ i strzelania do starych, dobrych, drących swoje japy Szwabów. Poza tym, osadzenie akcji w przeszłości sprawia, że nie mamy już do czynienia z kompletnym political fiction, gdyż fabuła jest spleciona z rzeczywistymi wydarzeniami historycznymi w sposób, który mi się bardzo podoba. Przez nasz monitor przewinie się też kilka historycznych postaci. Ogólnie jakoś opowiedzianej historii samej w sobie nie mogę za wiele zarzucić – jest ciekawa zrobiona, nie brakuje zwrotów akcji i pewnych Tajemnic, które na końcu zostają rozwikłane.

O, to nie jest screen z gry. W zasadzie to nie wiem, skąd się tu to wzięło. Naprawdę. (pewnie z twojej kamerki internetowej automatycznie wkleiło - schetyna)


A jeśli chodzi o sam charakter tej gry? Cóż – nihil novi sub sole. A może raczej – nowością jest to, że twórcy ostatecznie zdali sobie sprawę, czym jest ich dzieło, czym się charakteryzuje i kto w nie gra. I dlatego wszystkie cechy serii są w Black Ops widoczne jak na dłoni – hektolitry patosu, „epickości”, mnóstwo strzelania, eksplozji, ognia, pościgów, dokonywania niemożliwego, uciekania w ostatniej możliwej sekundzie, eksplozji, wzniosłych momentów, strzelania, dramatycznych poświęceń, beznadziejnych walk w stosunku liczebnym do wroga 1:100, eksplozji, momentów w stylu „Za chwilę powiem Ci coś bardzo ważnego… och nie, ktoś mnie akurat zastrzelił.”, zadań z cyklu „mamy godzinę na uratowanie świata, czas start”, strzelania, „bulet tajmów”, efektownego wykańczania „głównych złych”, dialogów i sytuacji rodem z hollywoodzkiego filmu akcji, eksplozji i wybuchów. Mimo całej tej przyzwoitej otoczki historycznej i ogólnej powagi, nie oszukujmy się – to gra dla 12-latków.

Ale za to jaka fajna gra dla 12-latków!

Pozostaje pytanie, czy warto płacić za coś, co od strony technicznej jest tym samym. Cóż – nowe filmy na DVD kosztują podobnie, a Black Ops jest mimo wszystko dłuższe niż film, a równie emocjonujące. Tęsknię jednak za grami, którym trzeba było poświęcić co najmniej tydzień. Jest jeszcze co prawda nowe multi, ale to na mnie wrażenia nie robi, gdyż multiplayer satysfakcjonował mnie zupełnie już przy pierwszej części – a kolejne usprawnienia polegają głównie na dodawaniu nowych bajerów. Zawsze to jednak coś, a fabuła single’a już nie żenuje tak bardzo, jak przy Modern Warfare 2 – więc chyba warto.

A na zakończenie – zabawne intro do trybu Zombie. Podobno wywołało ono nawet jakieś kontrowersje. Ktoś tutaj chyba nie ma poczucia humoru.

Reklamy

Informacje emes91
Ategotojużwogóle

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: